SUKNIA LAURY – CZĘŚĆ 3

Suknia Laury, cz. 1

Suknia Laury, cz. 2

Magdalena Pfeifer przedstawia opowiadanie pt.:

Suknia Laury

Część 3

Nadszedł dzień balu. Rankiem przybył kurier z salonu krawieckiego i gdy Laura wróciła ze śniadania, ze zdziwieniem spostrzegła, że  na szafie wiszą dwie, niemal identyczne suknie, jedna czarna, a druga z tej cudownej, pąsowej satyny! Na podłodze stały pantofle do tańca, na niewysokim obcasie, przyozdobione… tak, maleńkimi różyczkami. Róże były jej ulubionymi kwiatami. Marianna, która krzątała się po pokoju, ukradkiem obserwowała dziewczynę. Ta, pobladła na twarzy, nieśmiało dotknęła obu sukien, dostrzegła, że pąsowa miała doszyte na staniczku przy ramiączkach  małe różyczki, a we wcięciu dekoltu większą, czego nie było przy czarnej, bardziej ascetycznej. Po chwili nagle zebrała się i prędkim krokiem wyszła na swój codzienny spacer do ogrodu. Ale zapomniała wziąć książkę, co stara niania uznała za oznakę poruszenia.

Tymczasem  w Laurze rzeczywiście walczyły ze sobą sprzeczne uczucia! Chodziła po ogrodzie i rozmyślała. Ta pąsowa suknia – jak  Marianna mogła jej to zrobić?! Tak ją wodzić  na pokuszenie? Po co?! Po co? Przecież wcale nie chciała iść  na ten bal, jak już, to w tej czarnej sukni, tak jak wybrała! A Marianna obstalowała jej tę pąsową suknię, cudo, po prostu marzenie! Jej ulubiony kolor! Tak pięknie będzie współgrała ta suknia z jej cerą i włosami! Do tego te róże… nie, nie, absolutnie nie może jej założyć! Założy czarną. Przecież to miał być symbol jej pamięci o Robercie! Powie Mariannie, co sądzi o jej pomyśle!

Po dwóch godzinach takich rozmyślań wróciła do swojego apartamentu, ale niani tam  nie było i Laura straciła impet. Nie było jej także ani na obiedzie, ani  na spacerze. Starsza pani zniknęła, cóż, może w ogóle się dziś  nie pojawi?

Laura wobec tego będzie musiała sama przygotować się do tego balu, a może            w ogóle nie pójdzie? Ale tak  naprawdę tak bardzo zapragnęła pójść, pokazać się tam choć  na chwilę i to w tej drugiej sukni!…

Dziewczyna nie poszła na poobiedni spacer po plaży, zamiast tego postanowiła się zdrzemnąć. Kiedy się przebudziła i otworzyła oczy niania siedziała w fotelu przy łóżku, jak niegdyś. Laura poczuła wzruszenie i wyrzuty sumienia – Jak mogła tak się  na nią złościć? Tak, starsza pani  miała rację, czas powoli wychodzić z żałoby. Wyszła z łóżka i uścisnęła nianię mocno.

– Marianno, dziękuję ci za wszystko! Również… za tę suknię!

Starsza Pani uśmiechnęła się ciepło i ponagliła ją tylko.

Po godzinie Laura była gotowa. Wyglądała olśniewająco! Kasztanowe włosy miała wysoko upięte w kok, kilka niesfornych loków opadało jej  na twarz i kark. Pąsowa suknia miękko współgrała z lekko tylko ozłoconą słońcem skórą, wspaniale opinała piersi i talię subtelnie je podkreślając i miękko opływała biodra, a rozszerzająca się spódnica falowała przy każdym kroku, sprawiając wrażenie, jakby dziewczyna nie szła, lecz płynęła. Po tak długim okresie żałoby, Laura rozkwitła, jak róża.

Przyjęcie rozpoczęło się już jakiś czas temu i zabawa trwała w najlepsze, kiedy Laura zeszła na dół. Poczuła się oszołomiona gwarem, muzyką, blaskiem świateł! Weszła w tłum rozbawionych ludzi i poczuła się, jak Alicja w Krainie Czarów – nie na miejscu. Chciała uciec, ale co i rusz ktoś ją to zagadywał, to prosił do tańca, a ona niezdolna była się sprzeciwić, zaprotestować, odwykła od kurtuazyjnych rozmów dawała się w nie wciągać, choć jej interlokutorzy nie zauważali, że nie uczestniczy ona w pełni w rozmowach, że nie nadąża za nimi, nie śmieje się tak wariacko, jak oni, właściwie tylko się nieśmiało uśmiecha czasem, spłoszona. W końcu, zmęczona gwarem i udawaniem, postanowiła wrócić do pokoju. Wcześniej wyszła jeszcze na chwilę  na taras, by odetchnąć wieczornym, czystym powietrzem.

Niedawna krótka burza, która narobiła wśród gości  na przyjęciu pewnego zamieszania, pozostawiła w powietrzu świeżość, wyraźnie wyczuwalny zapach ozonu. Taras był teraz pusty, pomimo, że wieczór ciepły, a deszcz, a właściwie krótka ulewa była już tylko wspomnieniem.  Laura przystanęła przy balustradzie, oparła dłonie o wilgotne jeszcze drewno i zaczęła wpatrywać się w morze.  Słońce dopiero znikało za widnokręgiem, przebłyskując zza chmur, które, jak to zwykle o zachodzie bywa rozstępowały się, by słońce mogło ucałować Ziemię na dobranoc. Nagle jej rozmyślania przerwał ciepły, męski głos:

– Pani również tu nie pasuje, prawda?

Drgnęła. Nigdy nie słyszała tego głosu. Podobał się jej, wzbudzał zaufanie. Mężczyzna ciągnął dalej:

– To takie krępujące uczestniczyć w tych wszystkich płytkich rozmowach z ludźmi, których się właściwie nie zna, uśmiechać się uprzejmie i tylko czekać, aż sobie pójdą. Jestem Aleksander W… pani Lauro, cieszę się, że wreszcie osobiście panią poznałem!

Oszołomiona Laura podała mu rękę… tak, słyszała o nim, wie kim jest, ale… skąd on wiedział, kim ona jest?

– Zastanawia się Pani, skąd znam jej imię? – ruchem  ręki przywołał  na czekającego  na to skinienie kamerdynera, który w tej samej chwili stanął przy nich z tacą i szampanem – Od kilku tygodni mieszkam tu, w tym hotelu, nawet na tym samym piętrze, co pani, nie wiedziała pani, prawda? – Laura bez słowa przyjęła kieliszek musującego napoju i uważnie słuchała mężczyzny, jednocześnie usilnie próbowała przypomnieć sobie, czy wcześniej go spotkała, ale nie, nie przypominała sobie jego twarzy. – Proszę się nie martwić, nie widziała mnie pani. Prowadzę raczej samotniczy tryb życia i unikam towarzystwa. A pani… pani również, jak zauważyłem! Obserwowałem panią. Proszę mi to wybaczyć! – szybko dodał, gdy ujrzał błysk oburzenia w jej oczach. – Ale pani jest… pani jest taka inna! Inna, niż wszyscy ludzie tutaj! – zatoczył ramieniem krąg – Pani jest, jak piękna, samotna róża, róża, która potrzebuje słońca, wody i ręki dobrego ogrodnika, który wie, że taki szlachetny kwiat potrzebuje przestrzeni!…

Zawiesił na głos i przez chwilę patrzeli na siebie zmieszani. W końcu mężczyzna się odezwał:

– Pani Lauro, żadne z nas nie pasuje do tego przyjęcia, co pani powie na to, żebyśmy stąd uciekli i wybrali się  na spacer po plaży? Wiem, że pani to lubi… Będą  nam towarzyszyć kamerdyner, gdybyśmy czegoś potrzebowali i pani pokojowa, dla pani spokoju.

Podał jej ramię, a ona widząc uśmiech aprobaty  na twarzy Marianny, która nagle pojawiła się obok, jakby wyrosła spod ziemi, ujęła je i zeszli po drewnianych schodach na promenadę i zaraz na mokry piasek. Dziewczyna nie omieszkała posłać niani gromiącego spojrzenia, ale ta udawała, że nic nie widzi i o niczym nie wie. Laura przebrnęła przez piasek kilka kroków, aż w końcu przeprosiła Aleksandra i  zdjęła pantofelki ze stóp. Poprosiła go, żeby się odwrócił i zdjęła również pończochy, które Marianna natychmiast od niej zabrała

i schowała do kieszeni swojego białego fartuszka służącej, a pantofle wzięła w dłonie.

Laura musiała przyznać, ze ten mężczyzna ją zaintrygował!  Był niewątpliwie niebanalnym człowiekiem. Spotkanie, najwyraźniej zaaranżowane (niania chyba musiała brać w tym spisku udział, ma minę, jak kot, który wypił całą śmietankę, udając, ze nie ma z tym nic wspólnego, choć wąsiki jeszcze umorusane – no, cóż… rozmówią się później… albo i nie?), sposób w jaki mówił i co mówił… spacerowali po plaży kilka godzin zatopieni w ożywionej rozmowie, Laura nawet czasem uśmiechała się radośnie… sama była zdziwiona łatwością, z jaką rozmawiali, ilością tematów, swoją własną śmiałością i spontanicznością. Aleksander wyzwalał w niej uczucia, o jakie już siebie nie podejrzewała, zadawał trudne pytania i pomagał jej uporać się

z emocjami, które nią targały, po czym wspaniale umiał rozbawić ją umiejętnie dobraną opowieścią, czy prostym żartem. Patrzeli  najpierw na pozostałości zachodu słońca, a potem już przy świetle księżyca przykrywającego się od czasu do czasu kołderką z chmur obserwowali w milczeniu odpływ, to było niezwykłe widowisko, zapierające dech

w piersiach, morze nagle znikało, zostawiając po sobie tylko ogromną połać mokrego błota. Leżeli  na piasku i pokazywali sobie gwiazdy. Rozmawiali o ulubionych książkach, wierszach,  o miejscach  na ziemi, które kochali. O ludziach, o swoich uczuciach, potrzebach, marzeniach. To było coś, za czym Laura tęskniła, czego było jej trzeba, coś, co wypełniało jej pierś ożywczym oddechem, serce nadzieją, a umysł mnóstwem pytań.  Nie nudziła się ani przez chwilę! Świt zastał ich zatopionych wciąż w rozmowie, na pustej, nie licząc drzemiących na piasku Marianny i kamerdynera, plaży. Cała czwórka zaskoczona została porannym deszczykiem. Aleksander zerwał się pierwszy i ze śmiechem, i niewiarygodnie głośnym śpiewem porwał Laurę do tańca! W pierwszej chwili zaskoczona, już w następnej poddała się jego mocnym i pewnym ramionom. Wirowali po mokrym piasku, on obejmował jej wiotką kibić, ona śmiała się z odchyloną do tyłu głową, uszczęśliwiona tą niezwykłą nocą, tą spontanicznością, jej suknia falowała wokół ich stóp, czuła się tak, jakby unosili się

w powietrzu! Czuła się wspaniale, kobieco, do tego nieziemsko szczęśliwa! Czuła, że mogłaby pokochać tego mężczyznę, który właśnie trzymał ja w ramionach, a może właściwie… już go kochała? Jego, Aleksandra, mężczyznę tak mądrego i dowcipnego, tak różnego od innych. Myślała dotąd, że to niemożliwe, a jednak… a jednak ten mężczyzna ją zauroczył! Był wspaniały! Poczuła przy nim, że jest kobietą, podziwianą nie tylko za urodę, ale również  za temperament, poczucie humoru, wiedzę i charakter. Dała się uwieść jego czarowi i czarowi tej niezwykłej nocy, nie bacząc na to, co będzie potem. W tym momencie nic nie było dla niej ważne, poddała się mu, upajała się nim – jaśniejącym z każdą chwilą niebem, śpiewem Aleksandra, swoim własnym śmiechem i szalonym tańcem po mokrym piasku, wirowaniem, wirowaniem… jakby życie miało się za chwilę skończyć! Albo zacząć!…

Ostatni goście balu pożegnalnego ze zdziwieniem obserwowali z tarasu hotelowego tę dziwną parę wakacyjnych odludków elegancko ubranych, dziko tańczących po plaży… Ona bosa, w pąsowej balowej sukni, on w smokingu i lakierkach – oboje zatopieni w tańcu, wpatrzeni w siebie nawzajem, zdawali się świata poza sobą nie widzieć i tylko ich zbudzeni ze snu nagłym deszczykiem służący próbowali dobiec do nich z parasolami, ale młodzi zupełnie nie zwracali na nich uwagi. Słychać też było ich radosne głosy.

Na drugi dzień nikt ich nie widział już w hotelu, oboje wyjechali w pośpiechu wczesnym porankiem, czym wywołali burzę plotek i domysłów, jedynie przysłano potem po ich bagaże.

Jednak widok tych dwojga był tak ujmujący, że jeszcze długo potem opowiadano

w tym kurorcie miłosną historię pięknej i smutnej Laury oraz przystojnego, bogatego Aleksandra, a także o tym, jak tańczyli o brzasku  na plaży. Nawet oni słyszeli czasem  tę historię, gdy po II wojnie, która wybuchła kilka dni po tym, jak się poznali zaczęli przyjeżdżać tu na wypoczynek z rodziną. Uśmiechali się tylko do siebie, szczęśliwi, ze mieli siebie nadal, pomimo trudów wojny, w czasie której oboje angażowali i swoje pieniądze, i ryzykowali życiem.

Oboje już dawno nie żyją, ale w tym znanym angielskim kurorcie ich legenda jest ciągle żywa, a ten, kto będzie miał szczęście, może po letniej burzy o brzasku, tuż przed przypływem,  zobaczyć na plaży wciąż tańczące tam duchy tych dwojga młodych ludzi

i biegających wokół nerwowo niemłodą już służącą oraz starego, chudego i wysokiego kamerdynera w meloniku. Ta osoba, która usłyszy śpiew Aleksandra i śmiech Laury, na pewno spotka wkrótce swoją drugą połowę, miłość swojego życia, miłość spełnioną

i szczęśliwą.

Dlatego tyle ludzi można spotkać na tamtejszej plaży każdego świtu – mają nadzieję, spotkać swoją miłość, za którą każdy przecież tęskni. Kto wie, ile par złączyli Laura i Aleksander? Par, które, co prawda, nie ujrzały ich duchów, ale spotkały się  na plaży z nadzieją

w romantycznych sercach…

Koniec

Magdalena Pfeifer

SUKNIA LAURY – CZĘŚĆ 2

Suknia Laury, cz. 1

Magdalena Pfeifer przedstawia opowiadanie pt.:

Suknia Laury

Część 2

Nagle poczuła piekący ból w oczach, a jej  pierś zadrżała. Zaczęła spazmatycznie oddychać. Łzy płynęły jej po policzkach, szloch wstrząsał ramionami. Nie płakała tak dawno!  Nie umiała… Jej dusza zamarzła po śmierci Roberta, a teraz nagle zaczęła tajać. Siedziała skulona, przez potoki łez patrzyła na taflę morza…

Poczuła wokół ramion  macierzyński uścisk  Marianny. Kochana niania, jak tylko zobaczyła, że jej podopieczna płacze, czym prędzej podbiegła, żeby ją przytulić!

– Płacz, maleńka, płacz! Łzy przynoszą oczyszczenie i uzdrowienie! Płacz… aż wypłaczesz swój ból!… – Marianna płakała razem z nią. Siedziały tak przytulone, w jakiejś wspólnocie cierpienia, jednocześnie obie odczuwały, że demony odchodzą z każdą wypłakaną łzą,

z każdym oddechem robią się coraz bledsze.

W końcu Laurze zabrakło łez. Opadła z sił. Bezwolnie opadła w ramiona Marianny – siedziały tak długi czas, starsza pani tuliła dziewczynę, kołysząc łagodnie i dziękując Bogu za tę łaskę, za łaskę oczyszczających duszę z bólu łez!

Zachodziło już słońce i Laura z głową  na kolanach Marianny obserwowała je. Był to taki piękny, kojący widok! Różne odcienie czerwieni, oranżu, żółci, różów i błękitów ścieliły się po niebie. Czerwona kula słońca powoli zanurzała się w morzu, które tak chętnie odbijało wszystko to, co działo się powyżej jego tafli, lekko tylko zmarszczonej poranną bryzą.

– Marianno, to słońce jest symbolem  naszego dotychczasowego życia –w  końcu odezwała się Laura – było piękne, do czasu co prawda, ale było. Jutro też  będzie dzień. Dzień dany mi od Boga, nie mogę więcej ich zmarnować.– nabrała powierza i z jej piersi wyrwało się głębokie westchnienie. Marianna uważnie słuchała, trzymając dziewczynę za ręce – Wiesz Marianno – Laura kontynuowała – jestem taka zmęczona tym cierpieniem… mam już dość, trzeba rozpocząć życie od nowa. Cieszyć się każdym dniem, każdą chwilą. Muszę to robić dla Roberta, dla siebie, ale też… – Laura spojrzała z czułością i miłością, ale też z wielką wdzięcznością  na nianię – dla Ciebie!

Starsza pani zdawała się być poruszona i zdziwiona tym, co mówiła dziewczyna. Nie była w stanie wydobyć z siebie słowa.

– Tak, droga Marianno. Jesteś jedyną osobą, która kocha mnie bezwarunkowo. Jesteś jedyną bliską mi osobą! Jesteś jedyną osobą, którą ja kocham!  Kiedyś miałam jeszcze Roberta, po jego… – zawahała się trochę, zanim wypowiedziała na głos słowa, które sprawiały jej tak wielki ból – tak… po jego śmierci zapomniałam o wszystkim, świat mi się zawalił i też chciałam umrzeć. Jakie to było egoistyczne z  mojej strony – zapomniałam o tobie! Wybacz mi, Marianno! Wybacz mi, proszę, że o tobie zapomniałam!

– Moje dziecko… moja mała…  dziękuję Bogu, że pozwolił tobie wyrwać się z tego lodowatego uścisku bólu i cierpienia! Nie mam żalu do ciebie, maleńka, ani trochę! – Marianna gładziła Laurę po włosach, obie znów płakały, ale był to już płacz innego rodzaju.

– Marianno,  będę pamiętać o Robercie, ale także i on chciałby, abym żyła dalej – od dziś  nie będzie on jedynym obiektem moich myśli, tak jak dotąd. Muszę mu pozwolić odejść tam, gdzie jego miejsce teraz. Czas zaakceptować, że go nie ma. Muszę znaleźć cel, a wcześniej  nabrać sił, bo trzeba będzie wziąć się do pracy, muszę zadbać o interesy… i o ciebie, moja przyjaciółko! – obie kobiety uśmiechnęły się do siebie – od dziś będziemy razem  wychodzić  na spacery, a ja będę  się starała czynnie uczestniczyć w życiu!

Posiedziały jeszcze jakiś czas na plaży, aż w końcu chłód wieczora zmusił je do powrotu do hotelu.

Powrót do aktywnego życia nie był taki łatwy. Laura bardzo się starała, ale rozmowy z hotelowymi gośćmi ją męczyły, a ból po stracie wciąż dawał znać o sobie. Zaczęła jednak schodzić  na posiłki do hotelowej sali jadalnej i po jakimś czasie nie potrzebowała już brać zastrzyków wzmacniających, gdyż, jak  Marianna z satysfakcją zauważyła, biodra dziewczyny leciutko się zaokrągliły, znikła jej przerażająca chudość, oczy  nabrały blasku, a skóra nabrała zdrowych kolorów. Laura zaczęła interesować się otoczeniem, ludźmi wokoło. Zauważała piękno przyrody spędzała długie godziny w ogrodzie, w którym w spokoju dochodziła do siebie. Codziennie po obiedzie, razem  z Marianną wychodziły  na spacer i prowadziły długie rozmowy. Bardzo się do siebie zbliżyły. Młoda kobieta wreszcie zauważyła urok i luksus tego wspaniałego angielskiego kurortu, w którym mieszkały, tyle miesięcy już przecież, od wczesnej wiosny, a teraz sierpień zbliżał się już ku końcowi. Marianna musiała przyznać, że odkąd jej podopieczna przeszła przemianę, odkąd zaakceptowała śmierć ukochanego

i pogodziła się z nią, jej powrót do świata żywych i do zdrowia  następował oszałamiająco szybko! Ostatnio nawet słychać było jej śmiech, kiedy obserwowała na plaży bawiące się piłką dzieci!

Laura wielokrotnie wspominała o tym, ze świat jest taki piękny, że raduje ją  najmniejszy drobiazg, uśmiech dziecka, promień słońca igrający w kropli porannej rosy, szum fal morskich, nawet nawoływania mew… odkrywała i smakowała życie od nowa.

Po kilku tygodniach wspólnych spacerów Marianna uznała, że Laura jest gotowa na to, żeby samej zacząć na nie chodzić. Zaczęła wynajdywać preteksty, żeby z nią nie iść . Na początku dziewczyna nie chciała się na to zgodzić, ale w końcu uległa i po obiedzie znów wędrowała samotnie po plaży, teraz jednak niania nie obawiała się o nią. Poza tym… zauważyła, że Laurą zaczął interesować się pewien młody człowiek. Przez tyle miesięcy pobytu w kurorcie Marianna nawiązała parę cennych znajomości, szczególnie wśród służby

i zrobiła mały wywiad. Dowiedziała się, ze ten mężczyzna nazywa się Aleksander W.  i jest właścicielem kilku statków handlowych – interesy idą  mu nieźle. Jest kawalerem, ale nie kobieciarzem, ma piękny ogród, który z przyjemnością sam pielęgnuje, gra na fortepianie, czytuje książki… jest człowiekiem o dobrym sercu, sprawiedliwym pracodawcą, chętnie pomaga innym, sam nie boi się ciężkiej pracy, gdy trzeba zakasać rękawy, po prostu to robi

i pracuje wraz z innymi. Ale jest samotny. A to dlatego, że dotąd nie spotkał kobiety, która sprostałaby jego wymaganiom. Większość z tych, które spotykał, pociągał blichtr, a to nie był jego świat. Jego służący, stary kamerdyner z uwielbieniem opowiadał o swoim pracodawcy!

Służba hotelowa również pochlebnie się o nim wyrażała, był stałym bywalcem, co roku przyjeżdżał  na kilka tygodni, aby odpocząć.

To wszystko, a także osobista obserwacja tego człowieka utwierdziły Mariannę w jej postanowieniach. Widziała, jak po śniadaniu siadywał w ogrodzie i przyglądał się kwiatom, czasem czule obrywając z nich suche liście i zwiędłe płatki, czy spulchniając palcami ziemię. Widziała jakie czytywał książki. Zauważyła, że przeważnie bywał sam, choć zdarzało się jej widywać go w towarzystwie, nawet otoczonego wianuszkiem szczebioczących panien, mających  najwyraźniej  nadzieję na bogate zamążpójście. W końcu był tak zwana dobrą partią! Jednak pomimo, że bywał na codziennych uroczystych kolacjach, po posiłku, na drinku zostawał tylko przez chwilę, przez grzeczność,  jak tylko mógł, wymykał się stamtąd

i znikał w swoim apartamencie, skąd dobiegała muzyka z gramofonu. Nawet Laura mówiła

o tej muzyce i zastanawiała się, skąd dobiega.

Kilkakrotnie widziała, jak o brzasku spacerował sam brzegiem morza. Był Anglikiem, ale jego matka pochodziła ze znanej polskiej hrabiowskiej rodziny. To była świetna rekomendacja, przynajmniej dla Marianny. Laura pochodziła przecież ze szlacheckiej rodziny.  Wszystkie te zebrane o tym człowieku informacje wystarczyły starszej pani do tego, żeby mieć nadzieję, że podopieczna zwróci  na niego uwagę.

Namawiała dziewczynę wielokrotnie na  zejście na kolację, ale Laura konsekwentnie odmawiała. Nie czuła się jeszcze na siłach, aby podjąć życie towarzyskie. Z kolei czujna opiekunka dziewczyny widziała, jak ten przystojny młody człowiek przyglądał się Laurze

z daleka z zainteresowaniem, jednak nigdy nie podszedł do niej, nigdy nie zagaił rozmowy. Tylko z zachwytem na nią spoglądał, gdy była w pobliżu. A to akurat starej niani nie dziwiło, gdyż Laura była pięknością, do tego mądrą dziewczyną, nie jakąś trzpiotką, a cierpienie, jakie było jej udziałem pozostawiło w jej oczach pewną głębię. Była też spokojniejsza

i uważniejsza, również  na cierpienie innych.

Powoli zbliżał się koniec sezonu i bal z tej okazji, bal na którym mieli obowiązek pojawić się wszyscy goście hotelowi, jeśli ktoś nie przybył, traktowano to jako afront. Laura chcąc nie chcąc musiała zatem na nim być. Tym bardziej, że naprawdę czuła się tu wspaniale, niemal jak w domu i nie chciała urazić nikogo, ani obsługi hotelowej, ani właścicieli.

Wobec tego kilkanaście dni przed balem obie panie pojechały do znanego w kurorcie salonu mody, aby wyszykować suknię dla Laury. Panny krawcowe pokazały im kilka rodzajów

materii, lecz Laura nie patrzyła nic, co było w innym kolorze niż czarny, chociaż przez moment zachwyciła się piękną, miękką pąsową satyną, mieniącą się czasem tylko czernią

w załamaniach materiału. Jednak zdecydowanym ruchem odłożyła materię i wybrała również satynę, lecz czarną. Podczas, gdy panny krawcowe zdejmowały z Laury miarę, Marianna porozumiała się z właścicielką sklepu – miano uszyć dwie suknie – czarną, wedle zamówienia złożonego przez Laurę, która w ten sposób chciała zaznaczyć swój ustępujący, ale wciąż obecny smutek i żal po stracie ukochanego, oraz pąsową, o podobnym kroju, jedynie

z niewielkimi zmianami w zdobieniach, których i tak miało być niewiele, gdyż Laura lubiła raczej prostotę w ubiorze. Oczywiście o tej drugiej sukni Laura miała nic nie wiedzieć.

Po zdjęciu miary wybrano model sukni – miała być długa, prosta, podkreślająca talię, swobodnie opadająca na biodra i delikatnie rozszerzająca się ku dołowi tak, by wygodnie było w niej tańczyć – panny krawcowe zapewniały, że będzie pięknie się układać w tańcu, co śmieszyło Laurę, gdyż absolutnie nie zamierzała tańczyć! Jednak pod naciskiem Marianny ustąpiła, nie chciała sprawiać niani przykrości – starsza pani uparcie twierdziła, że suknia będzie nudna i nieładna, jeśli będzie wąska, poza tym zbyt wyzywająca, nie mówiąc już niewygodzie. Tu, rzeczywiście Laura przyznała jej rację, dwa ostatnie argumenty nie były aż tak  niedorzeczne. Suknia miała mieć dopasowany, usztywniony staniczek, na cienkich ramiączkach, ozdobiony delikatnymi plisami, biegnącymi aż po same pachy, a stamtąd swobodnie puszczony na plecach poniżej łopatek materiał, cudownie układał się w fałdę, łagodnie falującą przy każdym poruszeniu. Kreacji miały dopełniać długie czarne rękawiczki, które nie tylko miały pięknie wyglądać, ale i zasłaniać wciąż niezbyt dobrze wyglądające ramiona, pełne blizn po zastrzykach, oraz szal z pąsowego, cieniutkiego, jak mgiełka jedwabiu ręcznie malowanego w czarne róże. Obie kobiety zachwyciły się urodą szala, Laura zgodziła się  na tę ekstrawagancje kolorystyczną, a Marianna z satysfakcją stwierdziła, że będzie pasował do obu sukni.

Panie odnalazły również szewca, gdzie wzięto miarę ze stóp Laury i przyobiecano wyszykować pantofle z miękkiej zamszowej czarnej skórki.

c.d.n.

Suknia Laury, cz. 3

SUKNIA LAURY – CZĘŚĆ 1

Magdalena Pfeifer przedstawia opowiadanie pt.:

Suknia Laury

Część 1

Każdego dnia po późnym obiedzie, kiedy mijał upał i zrywał się lekki popołudniowy wietrzyk, Laura szła na spacer po plaży. Pozornie samotny. Pozornie, gdyż jej pokojowa, ukochana Marianna nie pozwalała  na to, szła za nią w pewnej odległości, nie spuszczając dziewczyny z oka, robiła to jednak tak, by ta nie czuła się skrępowana. Cóż, miała prawo, w końcu Marianna wychowywała Laurę – była opiekunką tej  młodej kobiety, najwierniejszą w świecie przyjaciółką, powiernicą wszelkich sekretów, kimś więcej niż  matka, która zmarła, gdy Laura była małą dziewczynką. I tak jak nigdy dotąd, nie opuszczała Laury na krok. Marianna bała się o nią i Laura wiedziała o tym, że tamta ją śledzi. Biedna Marianna myślała, że ona będzie chciała… to już tyle czasu minęło odkąd…

Tego dnia kobiety również poszły  na plażę. Laura przysiadła  na piasku i zaczęła wpatrywać się w niego. Przyglądała się różnorodności ziaren, ich kolorom wielkości – były takie maleńkie, tak drobne, a był w nich zawarty cały świat! Powoli zanurzała palce w sypkim, miękkim i ciepłym piasku, przypatrywała się, jak pomiędzy nimi przesypują się złote

i srebrne ziarenka, jak światło gra pomiędzy nimi. Uwielbiała te popołudnia, tę samotność. Nic innego nie liczyło się wówczas, istniał tylko piasek i ona. Poczuła żar słońca na nagich ramionach, więc poprawiła szal, okryła je dokładniej, żeby nie spalić sobie skóry. Co prawda z podziwem przyglądała się kobietom, które wprowadzały nową modę opalonej skóry, ale to nie było dla niej. Ona lubiła być tylko lekko muśnięta słońcem.

Wciąż bawiła się piaskiem, obserwowała uważnie, jak ziarnko po ziarnku upadało na powoli rosnącą kupkę, jak układały się we wzory, jak podstawa tego małego wzgórka rosła, wraz z jego wysokością, jak ziarenka zsuwały się po łagodnym zboczu. Była tu, w kurorcie już kilka miesięcy i niemal codziennie to robiła, z wyjątkiem deszczowych dni. To było jak rytuał, rytuał, który pozwalał jej nie myśleć, przesypywanie złotego piachu między palcami

i obserwacja go wprowadzała ją w pewnego rodzaju medytację. Ta specjalna uważność z jaką to robiła i koncentracja, były najlepszymi momentami w ciągu dnia. Jedynymi właściwie, kiedy nie myślała o… i to było piękne. Jak prysznic dla duszy… Choć ostatnio zauważyła, że świat jakby wydał się jaśniejszy, pogodniejszy. Nie za sprawą pięknej pogody i wyjątkowych w tych okolicach upałów, tak długo trwających. Nie, to coś w jej sercu i w jej umyśle… za każdym razem, kiedy kończyła swój piaskowy rytuał, czuła się lżejsza, oczy jakby więcej

i wyraźniej widziały, czarna chmura smutku za każdym razem stawała się mniej przytłaczająca. Docierały do niej radosne głosy innych ludzi, ich śmiechy i nie bolały jej one już, nie drażniły. Nawet parę dni temu przez chwilę porozmawiała z jakąś dziewczynką, która rzuciła  jej piłkę pod nogi.

Czytała coś o medytacji, podobno miała lecznicze działanie dla duszy, popularyzowali niegdyś Helena Bławatska, a ostatnio Stefan Ossowiecki… Czy przesypywanie piasku mogło być medytacją? Czymkolwiek było, uspokajało ją, wyciszało i to było najważniejsze. Powodowało, że czuła się stabilniejsza i bardziej związana z Ziemią. Dziwne to odczucie. Czasem  czuła, jak ziemia oddycha, czasem zdawało jej się, że sama jest takim ziarenkiem spadającym spomiędzy czyichś palców w upalny dzień. Może któregoś dnia porwie ją ocean? A może miękka, mokra fala poliże ją tylko i pokaże, że jest też coś innego, niż tylko bezwolne leżenie z innymi ziarenkami, wywołując jakieś marzenia? Ona swoje marzenia straciła. Straciła je bezpowrotnie… to już nigdy nie wróci. Tamto życie. Nic nie będzie już takie jak dawniej. Zastanawiała się często, jakie mają życie ci wszyscy ludzie na plaży. Jak żyją, jak mieszkają, jak  nienawidzą, jak kochają, jak rozmawiają ze sobą… co lubią, a czego nie. Oni wszyscy byli takimi ziarenkami. Czy mieli marzenia? Jakie? Czy byli szczęśliwi?

Nigdy nie wiedziała, jak długo tak siedziała. Podniosła wzrok i spojrzała na morze. Co prawda zawsze spacerowała  nad morzem, ale unikała zbyt długiego wpatrywania się w dal, to wywoływało w niej poczucie bezradności, tęsknotę tak wielką! Tęsknotę za nim!

Tym  razem jednak zdecydowanym ruchem podniosła głowę i omiotła spojrzeniem widok . Nagle postanowiła, że czas pogodzić się ze stratą. Czas chyba zacząć życie na nowo. Skoro nie może umrzeć, musi żyć. Zresztą, czy chce umrzeć? Nie, teraz już  nie. Będzie robiła to, co kiedyś, tylko bardziej się zaangażuje, przecież ma dość pieniędzy, kochany ojciec zadbał o to, żeby odziedziczyła ogromny majątek! A niania, najdroższa w świecie Marianna zadbała o to, żeby Laura wyrosła na osobę wrażliwą na cudze nieszczęście. Po prostu bardziej zaangażuje się w działalność charytatywną, to będzie teraz celem jej życia.  I samotność będzie mniej dotkliwa.

Wpatrując się w niemal gładkie morze poczuła, jak akceptacja i postanowienia układają się jej w duszy, że układanka się dopełnia, że to jest to, czego było jej trzeba. Poczuła ulgę. Tak. Nareszcie pogodziła się z tym, że ona musi żyć, że ma widocznie coś do spełnienia jeszcze, że jej życie jeszcze się nie skończyło, pomimo, że jego – tak.

Kochany Robert… ona czuła tamtego dnia dziwny niepokój. Tak bardzo się kochali! Za kilka dni miał odbyć się ich ślub, przygotowania do niego zabierały im niemal cały ich czas.

Tamtego dnia, jak zwykle przed kolacją wsiadł  na konia, ich nowego ogiera, młodego i nieco płochliwego. Robert uparł się, żeby jak najszybciej oswoić zwierzę z jazdą pod siodłem. Czasem  jeździli razem na spacer, ale tego wieczora Laura prosiła Roberta, żeby wcale nie jechał, ogarnęło ją dziwne uczucie, jakby miała go już więcej  nie zobaczyć. Nalegała, żeby darował sobie przejażdżkę, ale on się tylko roześmiał – jak ona lubiła, kiedy on się śmiał! Jednak tego dnia prawie ogarnęła ją panika, taka sama, jak wtedy, gdy zginęli jej rodzice…. Robert nie posłuchał jej próśb, powiedział tylko, że ona nie ma się co martwić, w końcu co może mu się stać? I taki roześmiany, spiął konia i pogalopował. Ona stała na podjeździe

i widziała, jak wypadłszy za bramę koń, niezbyt jeszcze dobrze ujeżdżony przecież, przestraszył się nadjeżdżającego z dużą prędkością auta, których w okolicy zrobiło się ostatnio sporo, stanął dęba, zrzucił Roberta z grzbietu i pognał w dal. Robert był wytrawnym jeźdźcem i wiedział, jak spadać, by doznać jak  najmniejszych obrażeń. Widziała, jak podniósł głowę i próbował przeturlać się jak  najszybciej na drugą stronę drogi, jednak kierowca auta w ogóle nie zareagował ani na zdarzenie,  ani  na krzyk i machanie służby, która natychmiast wybiegła  na drogę, tylko jechał dalej, w ogóle nie próbując nawet hamować, wraz ze swą pasażerką zaśmiewali się z czegoś. Gdyby chociaż zwolnili!… Robert zdążyłby uciec! Niestety nie zrobili tego. Zginął pod kołami samochodu! A ona to wszystko widziała! Wszyscy widzieli! Potem  dobiegły ją strzępy rozmów, podobno ci ludzie w aucie byli pijani.

Kiedy do niego dobiegła, nie bacząc  na suknię, nie bacząc na nic, rzuciła się  na kolana, z przerażeniem, bardzo ostrożnie wzięła  go w ramiona, nie słyszała harmidru wokół, istnieli już tylko zakrwawiony, umierający Robert i ona – ze zduszonym gardłem, ogarnięta rozpaczą. Jeszcze wyczuła delikatny puls i ciężki, choć zanikający oddech. Przez chwilę jeszcze myślała, miała nadzieję, ze może jednak…

– Lauro… – usłyszała charczący, ledwie słyszalny szept koło swego ucha – powinienem był cię posłuchać… wybacz mi… t….tak bardzo cię… kocham… masz być szczęśliwa… pamiętaj… chociaż mnie nie będzie… – i  nagle jego ciało zmiękło, opadło, zrobiło się tak potwornie ciężkie… zrozumiała.  Klęczała tak – wciąż trzymając go w ramionach – długo, nie pozwalając nikomu podejść do nich. Nikt zresztą nawet nie miał odwagi, widząc jej ból i cierpienie. Była jak skamieniała z rozpaczy. Świat się zatrzymał i zamroził. W końcu starej Mariannie udało się przekonać ją jakoś, żeby wstała – zaprowadziła ją do jej pokoju,  pomogła zdjąć pokrwawioną suknię, umyć się, położyć do łóżka. Potem przez wiele tygodni prawie z niego nie wychodziła. Nic nie pamiętała, była jak w transie. Nie była nawet na pogrzebie, nie była w stanie. Bezwolnie poddawała się zabiegom higienicznym Marianny, nie zależało jej już  na niczym. Jedyna osoba, którą tak bardzo kochała, jej słońce, jej oddech, jej Robert – nie było go! W takim razie ona też nie miała po co żyć. Odmawiała przyjmowania pokarmów i płynów, za każdym razem, gdy niania przynosiła jakieś smakołyki odwracała głowę i to tylko  wówczas, gdy akurat nie była zatopiona we wspomnieniach. Wtedy bowiem w ogóle nie było z nią kontaktu. Marianna potem wielokrotnie powtarzała, że to było okropne, kiedy tak  leżała bez ruchu i nie reagowała na nic. W końcu wezwano doktora i stara niania kilka razy dziennie wstrzykiwała Laurze płyn z jakimiś witaminami, który utrzymywał ją jakoś przy życiu. Podobno to jakaś nowatorska metoda. Zresztą do tej pory jej opiekunka wstrzykuje jej ten płyn raz dziennie. Przez to musi nosić bluzki z długimi rękawami, bo ma całe ramiona poznaczone okropnymi siniakami i bliznami.

Biedna Marianna, tyle przy niej wycierpiała! Jej wierna towarzyszka, ukochana niania! Laura ma niesłychane szczęście mając przy sobie kogoś tak oddanego! Tak, musi to Mariannie jakoś wynagrodzić – myślała – Te dwa lata niepokoju staruszki o nią… najlepiej… najlepiej zacząć żyć! Robert też by tego chciał W końcu to były jego ostatnie słowa… Ma być szczęśliwa,  nawet bez niego. Jak miała być szczęśliwa bez niego? Jak? Długo nie potrafiła tego zrozumieć, ale teraz to zrozumienie powoli wkradało się do jej umysłu, do jej duszy. Już zaczynała dojrzewać w niej myśl, że to jest możliwe, choć jej życie będzie inne.

Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.