Wernisaż dwóch wystaw i koncert w Bursztynie

Wernisaż dwóch wystaw i koncert w Bursztynie

W Gdańsku  jest galeria sztuki. Niewielka, przytulona do  ściany kościoła świętego  Bartłomieja, skryta za ceglanym murem oddzielającym ją od ulicy Gnilnej. Na tyłach  CH Madison. Nazywa się  Kana Art. Króluje tam właścicielka – Marzena Sandach.

I oto Marzena któregoś dnia zadzwoniła do  mnie i zaproponowała wernisaż!  Wspólnie z Barbarą Gronuś -Dutko uznały, że moje Astromandale i moja muzyka będą znakomicie pasować do  wystawy, którą przygotowywała Basia. Basia prezentowała swoje bursztyny i biżuterię bursztynową, a także fotografię bursztynu, jej wystawa miała piękny tytuł  „JANTAR – Bursztynowe Planety z Mgławicy SERCE; ZIEMIA, Planeta Ludzi”.  Basia uwielbia swoje bursztyny. Ma ogromną wyobraźnię i mogła by mówić o nich  na okrągło. Są dla niej  jak  galaktyki, jak planety w kosmosie – zresztą kilka z jej  fotografii takich właśnie jest! Tu odsyłam do  jej strony internetowej http://jantar-planet.eu/ warto obejrzeć  zdjęcia, bo są piękne!

Dlatego  moje astromandale, czyli  artystyczne przedstawienia kosmogramów astrologicznych (właściwie kopie, bo  są  malowane tylko  na zamówienie) oraz mandale biżuteryjne „Cztery żywioły – Powietrze, Ogień, Woda i Ziemia) tak  bardzo pasowały do koncepcji! Wystawy można oglądać do końca pierwszego  tygodnia września – zapraszam, bo  to  niedużo czasu!

Wernisaż i koncert odbył się o godzinie 19:30 w czwartek  29 sierpnia 2019 r. Pomimo pewnych przeszkód natury technicznej – awarie sprzętów elektronicznych (plaga jakaś!) – wieczór udal się wyśmienicie! Przyszło wielu gości – co  nas jako  artystki bardzo  ucieszyło! W końcu  o to chodzi 😊 Goście wyglądali na zadowolonych – obie wystawy zrobiły wrażenie (ach ta artystyczna skromność! 😉 ), a i koncert był nieco inny niż zazwyczaj  gram. Dostałam od gości piękne recenzje – że popłynęły łzy wzruszenia, kiedy śpiewałam…., że słowa mojej improwizacji (tak, tak! wykreowanej  na miejscu, w trakcie koncertu – jakże chciałabym mieć nagranie! – nie pomyślałam…) poruszyły coś w duszy. Nasłuchałam się  zachwytów nad moją twórczością 😊 a ja nie poradzę, że po prostu piękni ludzie się do  mnie zgłaszają po portret astrologiczny, to i ich  mandale są piękne… choć faktycznie, przecież wkładam w nie mnóstwo siebie. Dlatego  zawsze dbam, żeby  z jak  najczystszym sercem i umysłem i po prostu z radością siadać do malowania, bo Astromandale i w ogóle moje mandale, moja twórczość  ma przynosić radość i przyjemność!
Chyba dałam  Wam tego  wieczora dużo przyjemności!
Ja jej odczułam wiele. Mam wiele satysfakcji. Dziękuję wszystkim moim gościom, bo  to była radość wiedzieć, ze przyszliście tam między innymi dla mnie i mojej  twórczości <3

Dziękuję też jeszcze raz i Basi i Marzence za zaproszenie! Do  Marzenki warto wpadać  częściej – po sztukę, po dobre słowo i po kawkę za 5 zł, z możliwością wypicia jej w otoczeniu cudnych dzieł i w energii wspaniałych mistrzów!

Wernisaż, wystawy i koncert odbyły się  w ramach  XX Międzynarodowych Targów Bursztynu i Biżuterii AMBERMART w Gdańsku, jako impreza towarzysząca – link do  programu: http://ambermart.amberexpo.pl/title,Jezyk,pid,4331,lang,1.html

Dziękuję moim dzieciom, że tak  bardzo  mnie wsparły i wspierają  na co dzień w moich  działaniach. Moje dzieci bardzo  mi pomagają!
Na koniec dziękuję  mojemu  mężowi. Bez Ciebie nic by się  nie udało. Bez Ciebie nie byłabym tak daleko, jak  jestem  teraz! Dziękuję Ci  za całe Twoje wsparcie!

prezentuję wam tu kilka fotek z wydarzenia, ale, jeśli  macie możliwość – zróbcie nam trzem – Marzence, Basi i  mnie – przyjemność i idźcie do  galerii Kana Art przy zaułku  świętego  Bartłomieja (wejście na tyłach CH Madison, a także od strony szkoły  muzycznej) i przyjdźcie obejrzeć  nasze prace na żywo!

 

Co to  jest Astromandala dowiesz się  w tym linku, a tu dowiesz się jak zamówić Astromandalę!

Oto link do  wydarzenia na FB, nie zapomnij polubić  mojego  fanpejdża! https://www.facebook.com/events/2469828006609434/

Za zdjęcia dziękuje panu Krzysztofowi Grochowskiemu, mojemu  mężowi Piotrowi Pfeifer i sobie 🙂

Na pierwszym zdjęciu witamy serdecznych  gości <3

na drugim zdjęciu widzicie jeszcze proces przygotowywania moich Astromandali, a na trzecim, gotową  wystawę Basi.

Zapraszamy!

 

 

 

Subiektywnie o… „Kandydzie” w Operze Bałtyckiej

To nie jest recenzja. To pełen eufemizmów i wykrzykników opis moich bardzo subiektywnych, czyli de facto bardzo nieobiektywnych wrażeń z fantastycznego przedstawienia w Operze Bałtyckiej, które obejrzałam w minionego Sylwestra. Bo jakże mogę być obiektywna, kiedy piszę o teatrze, w którym jeszcze niedawno byłam zatrudniona (teatrze, nie przedstawieniu), z pracy ludzi, z którymi jeszcze niedawno pracowałam? Nie da się. I nawet nie będę próbowała. W związku z tym to będzie bardzo  nieobiektywna… recenzja – jednak? Bo tak sobie koncypuję, że skoro portal trójmiasto.pl może nazywać recenzjami to, co wypisuje na łamach tego portalu pan R., to ja chyba też mogę tak nazwać mój utwór? Nawet, jeśli niektórzy nazwą to grafomaństwem? Któż  mi zabroni? Przynajmniej  mam jako takie pojęcie o tym, co się wiąże z pracą w teatrze… jakby się tak zastanowić, to chyba po kilkunastu latach pracy mogę powiedzieć, że coś wiem. A jak się tak jeszcze zastanowić, to jakże można obsmarowywać koleżanki artystki i kolegów artystów??? Nie wypada po prostu! Poza tym artyści to takie stworzenia, które żywią się aplauzem, pochwałami i dzięki temu rozkwitają! I nie ma to nic wspólnego z rosnącym ego, przynajmniej  nie zawsze, ale taka jest po prostu  natura artysty, trzeba chwalić, podtrzymywać na duchu ( chwaleniem), bo wtedy artyści wiedzą, że to co robią ma sens i bardziej im się chce! I więcej  mają radości z tworzenia dla nas sztuki!  Obsmarowywanie lub traktowanie ich zdawkowo, jest daleko idącym i  niepożądanym nietaktem. Już lepiej wówczas nic nie mówić. A ja zapragnęłam mówić, bo  mi się podobało! Oj, i to jak!

Podobało mi się już od w pierwszych taktów uwertury – urzekł mnie sposób gry Orkiestry! „Kandyd” Leonarda Bernsteina jest bardzo interesującym, ale chyba dość niełatwym utworem muzycznym – w sumie nie wiem, czy to musical, czy operetka, a wierzcie mi, sporo w nim pułapek muzycznych. Niewinnie brzmiących, ale wymagających kunsztu i wirtuozerii, a przede wszystkim ogromnego wyczucia, by ta lekka muzyka, pachnąca momentami prześmiewczością i cyrkiem, nie została zagrana zbyt ciężko i groteskowo. Przez dwa sezony Opera Bałtycka pozbawiona została rzetelnego ogrodnika, jakim powinien być dyrektor artystyczny/dyrygent. Brak stałości w prowadzącej zespół naszej Orkiestry ręce, zmieniający się dyrygenci, a przede wszystkim stan zagrożenia w jakim żyli muzycy sprawiał, że niestety poziom muzyczny orkiestry spadał. Tak to się dzieje, niestety, kiedy się  nie dba o artystów i uważa za bandę darmozjadów. Marnieją… I oto stał się cud. Ci sami muzycy, na których padały oskarżenia, że są  nierobami, że nie mają talentu i co w ogóle robią w tym zawodzie (zaczerpnęłam te słowa z mojej wstrząśniętej pamięci komentarzy czytanych przeze mnie jeszcze na początku 2018 roku na różnych forach), ci sami muzycy grają teraz „Kandyda” naprawdę świetnie!  Nie słyszałam  naszej Orkiestry jakieś pół roku. Ostatni  raz na koncercie na pożegnanie sezonu – w czerwcu. Od września dyrektorem artystycznym i dyrygentem w Operze został Jose Maria Florencio. I cztery miesiące wystarczyły, by maestro swoją bardzo wymagającą ręką, ale ręką kochającą muzykę skierował tę orkiestrę na drogę na szczyt. Sprawił, że dokładnie ci sami ludzie – źle traktowani przez poprzednią dyrekcję, nierozumiani przez władze i wyzywani przez internautów, ale i pana R. z trójmiasto.pl i jego niesprawiedliwe i politycznie niepoprawne, w ogóle zbyt polityczne „recenzje” – już w pierwszych taktach uwertury potrafią zagrać tak, że ja siedziałam na brzegu krzesła, zasłuchana, bo… bo po prostu byłam wzruszona, że potrafią tak pięknie! Znowu! Bo to już kiedyś było i to wcale nie tak dawno!  Wiem, że pracują bez wytchnienia, bo u maestro Florencio tak jest. U niego  nie ma nic na pół gwizdka. Zawsze trzeba dać z siebie wszystko, sam też zawsze pracuje na 100 procent. Ale efekty są fenomenalne! Musicie pójść na to przedstawienie chociażby z powodu muzyki i orkiestry! By posłuchać wyrównanego i subtelnego brzmienia smyczków, a dęciaki?! Zarówno blacha jak i drewno: co za barwa! Pewna i głęboka! Perkusja? Rewelacja – słychać, ale nie ma w niej wulgarności, o którą łatwo, jak mi się wydaje w „Kandydzie”. Całość gry zespołu jest wyrównana i w  odpowiednich proporcjach. I grają po prostu z życiem i pasją, to słychać!  Na osobne słowo zasługuje flet piccolo, który  miał – przynajmniej w uwerturze kilka popisowych momentów, flecistka Anna Ekielska, ma naprawdę co robić, a gra znakomicie! Brawo!

Cieszy  mnie to, bo znam możliwości naszej Orkiestry i ogólnie naszych zespołów i oto nadchodzą, tłuste lata, oby! Oby tak  dalej!

Maestro Florencio – oxalá o melhor!

Samo przedstawienie jest po prostu świetne! Jeśli mieliście okazję zobaczyć zdjęcia, które obiecują sporo i poczuliście się zachęceni – nie zastanawiajcie się, tylko idźcie oglądać!

                A propos oglądania – od czego by tu zacząć… Kolor. KOLOR! Jeeeeest! Piękne kolory w całym przedstawieniu! Scenografia i kostiumy przemyślane, każdy detal. Bardzo prostymi teatralnymi, w sumie już może trochę nawet staromodnymi trikami teatralnymi osiągnięto… no cóż, ja jestem oczarowana! „Kandyd” jest przedstawioną w zabawny (można się śmiać i to sporo, zresztą gorąco zachęcam, nie wstydźcie się!) ale i nieco  melancholijny sposób opowieścią filozoficzną o miłości i wierze w ludzi (nie będę wam opowiadać, bo  napiszę książkę, a nie o to chodzi – zajrzyjcie po prostu na stronę Opery Bałtyckiej i tam poczytajcie opis – przy okazji kupowania biletów). A ja powiem tak – świetna bajka dla dorosłych! Oczywiście z morałem. Ja jestem oczarowana – samo libretto i partytura jest zabawne, ale w takich utworach łatwo o zgubienie dobrego smaku, o zrobienie zbyt grubej kreski i  nałożenie zbyt dużej ilości różu  na policzki. A tu – powiew świeżości.  Balans między groteską i dobrym smakiem. Na tle prostoty ten kolor, który  ja uwielbiam i elegancki przepych. Otóż nie znajdziecie zbyt wielu dekoracji  na scenie. Scena i kulisy są w odcieniach gustownej szarości. Osobiście nie przepadam za tym kolorem, ale doceniam jej walory w tworzeniu tła i właśnie elegancji – tu spełnia swoje zadanie znakomicie. Jasno – szare kulisy i podłoga, a w tle, jako główna dekoracja, cymes – okrągły… obraz? Bulaj? Szeroka brązowa, okrągła  rama, a w środku starodawne, czarno – białe ryciny, wypożyczone zresztą z Muzeum Narodowego w Gdańsku. Ryciny zmieniają się w miarę snucia opowieści, poruszają się – ja osobiście dzięki temu czułam jakbym oglądała ten świat przez lunetę, troszkę jak podglądacz, ale jednocześnie jak odkrywca. Było to fascynujące, gdyż dawało to  wrażenie, że biorę udział w odkrywaniu światów, po których wędruje tytułowy Kandyd.

Dekorację stanowią też Balet i Chór. O co mam troszkę pretensję do pani Reżyser, ale tylko troszkę, bo nie wstydziła się przyznać w wywiadzie, że ustawiała tak wielką ilość artystów pierwszy raz, a ja wiem, że to niełatwe zadanie – tak więc pani Reżyser i tak spisała się znakomicie. I doceniam wyznanie. Chętnie dodałabym Chórowi trochę więcej ruchu, nie wiem, zadań aktorskich – zespół jest dużo  na scenie, ale jest bardzo statyczny, a momentami nawet oratoryjny, jak to określił mój znajomy… choć, jak się tak zastanowić, to  może ta statyczność miała spełniać zadanie podobne do szarości? Tam, gdzie moje koleżanki i koledzy mogli się wykazać grą aktorską, zrobili to profesjonalnie i z ekspresją! Gratuluję solistycznych ról aktorskich, talentów komicznych – jestem z Was dumna! Widać, że czerpiecie z gry dużo satysfakcji! Ale jak wiadomo Chór to nie tylko tło dla solistów ( o których za chwilę), ale przede wszystkim śpiew. No i powiem Wam… Nie zawiedziecie się! Pani Kierownik Chóru włożyła dużo pracy w przygotowanie zespołu, a pod spojrzeniem maestra Florencjo tenże rozkwitł, nabrał barw wokalnych, znów nabrał finezji i brzmienia.  Śpiewają piękne, wyrównane piana, a forte brzmią dostojnie, pomimo, że obecnie skład chóru jest dużo mniejszy. W poprzednim sezonie jeszcze przy poprzedniej dyrekcji zespół stracił kilkoro doświadczonych śpiewaków i to niestety słychać, ale pozostali śpiewają z radością, w skupieniu, z dobrą dykcją, świetnie przygotowani, zaangażowani na sto procent – znam ich dobrze i wiem na co ich stać. Wiem też co oznacza śpiewanie pod ręką dyrektora Florencio. To jest nieustanne uważanie, by dać z siebie to, co  najlepsze i najpiękniejsze. I w ”Kandydzie” artyści Chóru Opery Bałtyckiej pokazują… jak powinien brzmieć chór! Libretto jest bardzo wymagające, również w partii chóru – nagłe skoki interwałowe, szybkie tempa, zmiany dynamiki – wszystko to zaśpiewne jest świetnie, niemal perfekcyjnie! To mój  macierzysty zespół – tu jestem więc najbardziej nieobiektywna –  ale jestem wzruszona, że jest znów w Operze pozycja, w której koleżanki i koledzy  mogą wykazać się swoim kunsztem i warsztatem!

Cieszę się również, że obecna Dyrekcja jest za utrzymywaniem stałych zespołów zamiast zespołów kontraktowych do czego dążyła poprzednia władza – taka polityka gwarantuje rozwój zarówno ich członkom jak i Teatrowi.  

Wracając do spektaklu – bardzo dobrze też wywiązują się z roli tła: białe schludne bluzeczki i szare obfite spódnice, w których fałdach światło sobie radośnie igra u pań, a u panów białe koszule i szare spodnie, a w scenie w Eldorado złote. Chór nie rzuca się w oczy, ale odczuwa się jego obecność, nadaje ona wielu scenom znaczenia – obecność gawiedzi, prostego szarego ludu. Oratoryjność, o której pisałam wcześniej wynika z ustawienia zbyt często artystów w rzędach, przodem do sceny. Na szczęście poziom wokalny i muzyka to rekompensują. I jest dużo, dużo chóru  na scenie!

Zespół Baletu – choć stosunkowo nowy i złożony głównie z bardzo młodych artystów, to z przyjemnością dostrzegłam kilka osób z dawnego zespołu, wspierających młodszych koleżanki i kolegów swoim talentem i doświadczeniem. Jak wspomniałam wcześniej, również Balet stanowił tło dla wydarzeń. Byli ruchomym elementem scenografii, a wywiązywali się z tego z ogromnym wdziękiem i pięknym ruchem wykształconych klasycznie tancerzy – bardzo mi tego brakowało, bo – choć doceniam współczesny taniec, to klasyczna sztuka baletowa i związany z tym kanon ruchu, nieodmiennie  wywołuje we mnie wrażenie lekkości i piękna, elegancji, finezji… ta gracja porusza we mnie coś… zachwyca. Artyści Baletu nie bardzo mieli okazję wykazać się wirtuozerią tańca, nie było tu scen typowo baletowych, tak  jak mogłoby się tego oczekiwać, ale swoje zadania wypełnili pięknym, miękkim, a jednocześnie eleganckim ruchem scenicznym. To niesamowite, jak wojna może być przedstawiona jednocześnie groteskowo i elegancko. Jak zabawne podskoki w wykonaniu tancerza klasycznego zachwycają lekkością i są fikuśne, a nie nieporadne i karykaturalne. Jak pięknie można umierać i omdlewać. Podoba mi się ten spokojny, wyważony, jakby falujący ruch sceniczny, płynność, jaką nadaje, brak frenetyczności, za to mnóstwo elegancji – patrzy się  na tancerzy po prostu z ogromną przyjemnością. Jest wysmakowana naturalność, nie ma przerysowania.

Kolej  na to, bym opowiedziała Wam o głównych bohaterach, czyli solistach. Otóż w okoliczności opowieści wprowadza nas i całość spina Narrator – przyjemna bardzo, nienachalna i nienarzucająca się postać o bardzo miłym tembrze głosu, choć, przykro mi to mówić, o nieco zamazanej, zbyt codzienną mową pachnącej dykcji. Być może to sprawka mikroportu, który potrafi rozleniwić – a może aktor był nie do końca dysponowany, wszak i tak się zdarza? Mimo to jest to postać nawet nieco intrygująca, do tego dystyngowana, choć bez niepotrzebnego zadęcia – po prostu sympatyczny człowiek opowiadający  nam ciekawą historię. W główną i tytułową rolę Kandyda wcielił się Jacek Laszczkowski – swoją partię śpiewa z wielkim uczuciem, bardzo to cenne. Słuchałam go i oglądałam z ogromnym zainteresowaniem i uwagą. Jego nieco musicalowa emisja głosu brzmiała tu niezwykle subtelnie, a pożegnanie ukochanej Kunegundy bardzo  mnie wzruszyło. Zresztą brawa za tę scene należą się również dla pani Reżyser, scena jest po prostu piękna!  Pokazuje nam też osobowość Kandyda – naiwnego i raczej nie do końca rozgarniętego człowieka, ogarniętego rozpacza po stracie ukochanej.

Każdy z Solistów wykazał się kunsztem i talentem aktorskim. Każdy z nich sprawdza się w roli komicznej. Z przyjemnością słuchałam tych naprawdę pięknych głosów, niektórych nie znałam, ale ich właściciele są bardzo utalentowani i godni zapamiętania. Dykcja u wszystkich w partiach mówionych (po polsku) bardzo dobra, a w śpiewanych (po angielsku) wystarczająca, a jak wcześniej wspominałam, trudności i pułapek również  wokalnych kompozytor nie pożałował. To bardzo wymagający  materiał. Na szczególną uwagę zasługuje partia Kunegundy i sopran koloraturowy artystki Joanny Moskowicz – soczysty i mocny i w dolnej i w górnej tesyturze, wyrównany, świetne i sprawne koloratury, a wysokie trzymane dźwięki (D trzykreślne? A może nawet E?) zaparły  mi dech. Każdy dźwięk wyśpiewany jak trzeba – naprawdę to bardzo sprawna śpiewaczka, jestem pod wrażeniem! A ma dziewczyna co śpiewać! I tu znów brawa dla Reżyserki – scena Kunegundy z koralami – komiczny majstersztyk!

Pani Joanna Cortes, którą podziwiam nieodmiennie i od lat, wystąpiła w roli doświadczonej przez życie Staruszki – nie dość, że zaśpiewała wspaniale – lekko i z właściwą jej gracją, to miała okazję pokazać swój talent komiczny – sprawiła, że śmiałam się do łez! Tomasz Rak jest w świetnej kondycji wokalnej, bardzo lubię jego miły baryton i komediowe zacięcie sceniczne – Tomek dobrze czuje się w takich rolach i gra je bardzo dobrze! A ja lubię go w takich rolach, bo jest w nich naturalny, emanuje prostotą i ciepłem.  Artur Janda, którego nie znałam, zrobił na mnie wrażenie pięknym, głębokim bas barytonem, kulturalnym bardzo śpiewem, świetną dykcją i gustowną interpretacją nadętego Panglossa i śmiesznego Kakambo – bardzo się cieszę że mogłam go poznać, również osobiście, bo tak się złożyło, że mieliśmy okazję  złożyć sobie życzenia – w kontakcie osobistym okazuje się również być bardzo szarmancki szarmanckością naturalną.

Na dobre słowo zasługuje również śliczna i zalotna Pakita, w którą wcieliła się Maria Antkowiak dysponująca sopranem o ciepłej okrągłej barwie, a także tenor Maciej Gwizdała , który wcielił się w kilka postaci. Ich role może są drugoplanowe, ale ważne i – co tu dużo mówić – świetnie zagrane i zaśpiewane!

Na zakończenie wrócę do scenografii i kostiumów, a także reżyserii. Mam nadzieję, że scena w Eldorado przejdzie do historii teatru! Jest po prostu zjawiskowa! Ja będę ją długo wspominać… Złote słońce, złota wprawiana w falowanie przez tancerzy tkanina rozesłana na calusieńkiej scenie, rety, jakie to daje cudowne wrażenie – i te światła!!! I tłum w czapkach ze złotej folii. I znów „rycinowy” papierowy balon z gondolą trzymany przez jednego z tancerzy jako wisienka na torcie – wzdychałam z zachwytu jak dziecko! Cudowna scena! Przepych godny „Aidy” – osiągnięty prostymi środkami, a wrażenie niesamowite! Cudowna kraina! Można? Można! A światła nie tylko w tej scenie lecz w całym przedstawieniu światła „robią” TO!

Kostiumy Solistów tez zasługują  na pochwałę – na tle szarości – kolorowe, barokowe – plusze, tafty, falbany, peruki! Szczególnie przyciągają uwagę postaci Baronostwa odgrywane przez artystów Chóru, wyjątkowo komiczne, pojawiające się na krótko na scenie, ale zapadające w pamięć. Widziałam z bliska buty Baronowej – warto się przyjrzeć! Godny uwagi detal. Powrót do klasyki, ta barokowość i jednocześnie surowość środków stworzyły nastrój bajki. Bowiem to wszystko razem, wraz z zespołami tworzącymi sceny wydarzeń i ich ruchem, oraz użyciem tych nielicznych – nazwę to – gadżetów scenicznych utrzymanych w prostocie czarno-białych dawnych rycin, a także proste triki, jak zmiany nakryć głów przez chór, czy rekwizyty w postaci masek  „weneckich”, lub morze z ludzi przez które płynie „rycinowa” papierowa łódeczka, lub specyficzne zataczanie się bohaterów, każe widzowi używać wyobraźni, ale też naprowadza i  nadaje kierunek. Każe podglądać świat pokazany na scenie przez kółko lunety w tle (lub bulaj statku). Nic nie jest tu oczywiste, a  dokładnie wiadomo o co chodzi. Wszystko razem tworzy wartką i zabawną, a jednak  melancholijną filozoficzną opowieść podróżniczą pełną nieoczekiwanych zwrotów akcji i absurdalnych przygód bohaterów.

Wszystko zagrane i zaśpiewane z umiarem i dyskretnie prześmiewczo, bez wulgarności,  nawet tych kilka yyyyy, wyraźniejszych słów, które padły ze sceny, padły z niej słusznie i we właściwych momentach, będąc szczyptą cajenne w tym trochę gorzkim a trochę cynamonowym świecie -zaskakując i rozśmieszając publiczność.

Tak więc jeśli chcecie się dobrze i kulturalnie zabawić i jednocześnie zrelaksować oraz doświadczyć teatru w teatrze – z radością zapraszam do Opery  Bałtyckiej  na „Kandyda” Leonarda Bernsteina!

Obsada, którą miałam zaszczyt oglądać:

Kandyd – Jacek Laszczkowski

Kunegunda – Joanna Moskowicz

Pangloss / Kakambo – Artur Janda

Maksymilian / Kapitan – Tomasz Rak

Pakita – Maria Antkowiak

Vanderdendur / Gubernator / Rakoczy – Maciej Gwizdała

Staruszka – Joanna Cortes

Wolter – Przemysław Bluszcz

Co łączy „Straszny Dwór” Marka Weissa z Muminkami, czyli rzecz o magii okiem z drugiej strony desek teatralnych

Co łączy „Straszny Dwór” Marka Weissa z Muminkami, czyli rzecz o magii okiem z drugiej strony desek teatralnych

Ten tekst napisałam pod koniec roku 2016. Chyba były to ostatnie przedstawienia „Strasznego Dworu w Operze Bałtyckiej, na pewno ostatnie, w jakich ja brałam udział. Długo czekałam z opublikowaniem go. Robiłam kilka przymiarek, ale ciągle coś  mnie powstrzymywało. Teraz, kiedy odchodzący ze stanowiska dyrektora Opery Bałtyckiej Warcisław Kunc w agonii swojego urzędowania podejmuje decyzję o LIKWIDACJI  przedstawienia i utylizacji dekoracji (dlaczego, pytam, dlaczego???) ten tekst nabiera dla nie samej nowego wymiaru. Dużo emocji, dużo wspomnień.  Nadszedł czas, by pokazać go światu. Niech się Wam tak dobrze czyta, jak mnie się go dobrze pisało!

„Kiedy byłam małą dziewczynką, miałam wówczas około 6 lat, dostałam od znajomej mojej mamy dwie kasety magnetofonowe. Ale jakie to były kasety! Niezwykłe! Było to słuchowisko ze wspaniałą obsadą i świetną muzyką (choć nie każdą z piosenek doceniałam jako dziecko, bo niektóre były „dorosłe”) – „Lato Muminków”.

To słuchowisko wywarło  na mnie takie wrażenie, że słuchałam tego latami niemal codziennie. Po jakimś czasie kasety się zniszczyły od ciągłego słuchania, ale na szczęście psim swędem udało się gdzieś zdobyć kolejne, co graniczyło niemal z cudem – pamiętajmy, że to był głęboki PRL, kryzys, przełom lat 70/80-ch. Ale udało się! Dostałam nowe kasety i dalej mogłam spijać dźwięki i upajać się ich treścią. Wydawać by się mogło, że znam każde słowo na pamięć i potrafiłabym wyrecytować całość, ale tak  nie jest. Mam jakąś ułomność, lub dar – zależy jak  na to spojrzeć. Więcej zwracam uwagi  na melodię i sposób artykulacji, na  to, co się dzieje, na emocje, niż  na bezpośrednią treść. I mogę uczciwie powiedzieć, że mam każdy dźwięk „lata Muminków” zakodowany w komórkach. Ale nie każde słowo. No, tak mam i już. To słuchowisko było o tyle szczególne dla mnie, że… odkryłam dzięki niemu magię teatru. Miałam też inne słuchowiska, ale tylko w tym jednym była mowa o teatrze i to w taki sposób!!! Muminki przeżywały w nim swoją przygodę z iluzją, wyobrażeniami, tym, że w teatrze wszystko jest wymyślone, choć niby prawdziwe, z tym, że „nic nie jest tym, czym się wydaje, ze jest”. Doznały magii teatru, jego mistyki. Nawet teraz, kiedy o tym piszę, mam ciarki  na plecach… w dziwnym domu, który okazał się teatrem, a w którym Muminki wraz z sąsiadami schroniły się po powodzi w ich Dolinie mieszkała tajemnicza i nieco naburmuszona, choć raczej – jak się tak zastanowić – wściekła woźna Emma (kreowana przez Zofię Rysiównę!). Była żoną inspicjenta Filifionka, o którym opowiadała, że „spadła na niego żelazna kurtynaaaaa! I oboje pękli!  I on i kurtyna!” (ten dramatyzm, jak ona o tym opowiadała! Ależ to robiło wrażenie! I oczywiście całymi latami nie wiedziałam, tak jak Muminki ani co to żelazna kurtyna, ani kim był inspicjent, co wzmagało dramatyzm!). Była wściekła z powodu ignorancji Muminków owszem, mnie też było wstyd!), którzy nie mieli pojęcia, że istnieje coś takiego jak teatr i w ten oto sposób, który był chyba kluczowym dla mnie osobiście w rozumieniu teatru, tłumaczyła im, czym teatr jest:

„Teatr jest najważniejszą rzeczą na świecie, gdyż tam pokazuje się ludziom, jakimi mogliby być, jakimi pragnęliby być, choć nie mają na to odwagi, i jakimi są.”

Przerażona Mama Muminka myślała, że to zakład wychowawczy i muszę przyznać, że coś w tym jest…

 

Ktoś mógłby zapytać – wszystko fajnie, ale co  ma do Muminków „Straszny Dwór”? A ma. I to dużo.

Jako już dorosła, dwudziestokilkuletnia dziewczyna po szkole  wokalnej dostałam wymarzoną, wymodloną pracę w teatrze operowym, wówczas jeszcze w Państwowej Operze Bałtyckiej. Było to tuż po przekształceniu Państwowej Filharmonii i Opery Bałtyckiej w dwie niezależne instytucje, czyli rok 1997. Pomimo, że raczej marzyłam o Teatrze Muzycznym, byłam ogromnie szczęśliwa! Do „Muzyka” nawet nie próbowałam zdawać,  uznałam, że skoro łaaaaał!, przyjęli mnie aż w operze, a to było jak najbardziej zgodne z moim wykształceniem, to co ja tam będę wydziwiać… no cóż, kompleksy i strach… a PRZECIEŻ W OPERZE MNIE PRZYJĘLI! Wówczas dyrektorem był pan Włodzimierz Nawotka, a kierownikiem choru pani Elżbieta Wiesztordt.

Moim pierwszym, najpierwsiejszym przedstawieniem, w jakim wystąpiłam, czyli moim debiutem na scenie był właśnie Straszny Dwór – opera, której niemal każdy dźwięk mam zakodowany w komórkach, tak jak Muminki. Opera, dzięki której poznałam magię teatru.  Jeszcze w reżyserii Bogusławy Czosnkowskiej, pod batutą Andrzeja Knapa. Graliśmy to przedstawienie ładnych parę lat, „Straszny” to taki „samograj” jakby, sztuka operowa z przepiękną (i myślę, że jednak niedocenianą) muzyką. I wówczas zaczęłam odczuwać magię teatru. Polega ona na bardzo wielu rzeczach. Po pierwsze ważne jest doskonałe opanowanie materiału, które ja akurat zawdzięczam naszej koleżance z chóru i jednocześnie korepetytorce i akompaniatorce Janinie Matusewicz. Nie było zmiłuj! Jańcia rozliczała mnie z każdej nutki, ale też spotykała się ze mną wytrwale i mówiła co i jak, a ja wytrwale się uczyłam. W sumie od tego zależało moje stałe zatrudnienie. Zresztą spaliłabym się ze wstydu, gdybym nie umiała… Z tego miejsca pragnę Janeczce  bardzo podziękować!  Po drugie, kiedy dostałam „swoją własną” teatralną konsolkę w garderobie, a potem kostiumy – byłam wniebowzięta! Wizyty w pracowni krawieckiej, której wtedy szefowała niezrównana pani Terenia Firyn były świętem, dopasowywano mi koszuliny, halki, suknie… a potem trzeba było biec do szewców dobrać buty. Miałam małe dzieci, ale jeśli tylko mogłam, to zostawałam dłużej  na próbach, oglądałam, słuchałam, chłonęłam, w końcu to teatr!  Wymarzony, wymodlony! Zwiedzałam kulisy, przyglądałam się sufitowi pełnemu sztankietów i reflektorów, zazwyczaj tonącemu w tajemniczym mroku, dekoracjom zwalonym na tyłach sceny za kulisami, przygotowanym, by szybko je zmienić na kolejną odsłonę, czy  na kolejny akt. Kłaniałam się każdemu, czy trzeba, czy nie trzeba. Z nabożeństwem mijałam Floriana Skulskiego, wówczas długoletnią i niekwestionowaną gwiazdę POB i przeżywałam szok, gdy się do mnie odezwał. A to bardzo fajny człowiek był, jest – w ogóle człowiek z krwi i kości – jak się okazało! W ogóle miałam skłonności do traktowania solistów jak bogów na Olimpie – tym dla mnie byli! Na próbach robiłam wszystko, żeby się odnaleźć, rejestrowałam wszystko, co tylko mogłam, modląc się by dobrze wypaść. Również, a może przede wszystkim w oczach starszych koleżanek i kolegów. I tak  naprawdę to im zawdzięczam to, że przeżyłam jako tako moje pierwsze przedstawienie. Bo, pomimo, że umiałam muzykę w tę i nazad, nieocenione były podpowiedzi koleżanek i kolegów (uwaga, „nasza muzyka leci”), a także to, że w odpowiednich momentach byłam pociągnięta, czy popchnięta dokądś, a  oczy miałam dookoła głowy i patrzyłam co wszyscy robią. Musiałam się też mieć mocno  na baczności, bo co dowcipniejszy koledzy potrafili nieźle „wpuścić” w maliny… to były takie otrzęsiny.

Byłam też świadkiem debiutu scenicznego Pawła Skałuby, który o ile pamiętam rolą Stefana „zaliczał” swój dyplom na scenie Państwowej wówczas jeszcze Opery Bałtyckiej. Wszyscy wtedy zachwycaliśmy się i głosem i aparycją tego jakże wspaniałego teraz śpiewaka. Wszyscy wróżyliśmy mu wspaniałą karierę i nadal trzymamy za niego kciuki, za niego, za jego talent. Wróżba się spełniła. Dla mnie osobiście jego dyplom był ogromnym przeżyciem, bowiem przeczuwaliśmy wszyscy, że Paweł mocno wbije się w pamięć publiczności i mieliśmy rację! Mam szczęście, że mogłam pracować z takimi śpiewakami jak Paweł, że mogłam oglądać narodziny gwiazdy, jaką jest niewątpliwie w Polsce Paweł Skałuba – każdy szanujący się meloman zna nazwisko tego świetnego tenora. Rola Stefana zawsze będzie rozbrzmiewała w mojej głowie Jego głosem. Większość „Strasznych”, w których wystąpiłam była właśnie z Pawłem jako Stefanem!

Zresztą z wieloma śpiewakami występującymi w „Strasznym” połączyły mnie serdeczne stosunki, bo tak się właśnie dzieje w teatrze,  na scenie… jesteśmy rodziną… bardzo serdeczny i koleżeński był i jest Jacek Szymański, którego Damazy również brzmi mi w uchu.  Dość wymienić tu jeszcze Józia Przestrzelskiego (Stefan), którego serdeczność była ogromna, a nie widziałam go niestety już chyba z 20 lat… nawet nie wiem, czy  by mnie pamiętał… Floriana Skulskiego i Leszka Skrlę oraz w ostatniej realizacji również Mikołaja Zalasińskiego – trzech wybitnych Mieczników. Marzena Prochacka, Anna Fabrello czy Aleksandra Kubas jako Hanna. Trzy dźwięczne głosy, trzy wspaniałe kobiety. Trzy divy. Jako Jadwiga, Ewelina Wojciechowska oraz Karolina Sikora, której również kibicuję mocno. Nieżyjący już niestety panowie niezrównany Kazimierz Sergiel czy Maciej Wójcicki… Raz gościnnie wystąpiła z nami w roli Cześnikowej wybitna Stefania Toczyska, dla której Opera Bałtycka była macierzystym teatrem! To było przeżycie! I na szczęście mam gdzieś zdjęcie! Panią Stefanię mogłam podziwiać z daleka i bliska. Wspaniałą kreację nieco nietypowej Cześnikowej stworzyła również wspaniała i kochana jednocześnie diva, jaką jest Kasia Hołysz , a jako Damazy partnerowali jej w ostatniej produkcji Weissa zabawni Ryszard Minkiewicz i Adam Zdunikowski. Można by tu jeszcze wymienić co  najmniej kilka osób, ale pamięć już  nie ta… Jak wspomniałam jesteśmy rodziną, czasem bliższą czasem dalszą… Ale najbliższą  mi rodziną były koleżanki i koledzy z Chóru. Było i jest wśród nich wiele wybitnych osobowości, które odcisnęły  na mnie niezatarty ślad, kształtowały mnie, a ja – prawdopodobnie też – ich. Wspaniałe głosy, ciekawi ludzie, po prostu Artyści! Nietuzinkowi ludzie, którzy całe serce wkładają w swoją pracę, tak wymagającą przecież, a tak często niedocenianą. Mówi się często, że „chórzyści” (my to określenie odbieramy niestety nieco pejoratywnie), to odpadki, ludzie, o niespełnionych ambicjach solistycznych. To bardzo krzywdzące opinie. Tak, wielu z nas marzyło o karierze solowej, ale z dumą pracujemy w chórze, z dumą tworzymy teatr. Każdy z nas to jakaś historia, często trudna historia rodzinna czy inna, ale która nie pozwoliła spełniać się solowo. Każdy z nas to człowiek z marzeniami, lękami, ale i odpowiedzialnością nie tylko za śpiew, ale i własne życie poza teatralne… Każdy z nas to człowiek z różnym szczęściem i różnym talentem. Bywa, że skromnym, ale wystarczającym do tego, by z ogromnym za to zaangażowaniem tworzyć teatr w Chórze. Bywa, że olbrzymim, ale… różnie się w życiu układa. Czasem zdrowie nie pozwala… czasem życie po prostu ma swoje zakręty… nikomu nie wolno oceniać pobudek, dla których ktoś pracuje „tylko” w Chórze. A my jesteśmy szczęśliwi, że mamy okazję supportować (pozwolę sobie użyć tego określenia) czyli wspierać innych artystów. Jesteśmy szczęśliwi, kiedy możemy występować i zamieniać tych kilka chwil w trakcie spektaklu w momenty magiczne.
Chór to moja najbliższa teatralna rodzina, takie… rodzeństwo i kuzynostwo. Miałam i mam tam kilka osób, które są mi szczególnie bliskie. Kto wie o kim mowa, ten wie – mam nadzieję! Darzymy się nawzajem serdecznością, zaufaniem, a nawet przyjaźnią. Dziękuję za to Losowi! Dziękuję, że są ze mną! Bez Was moja praca w Operze miałaby zupełnie inną jakość. Jesteście ważną częścią mojego życia!

Pamiętam również pierwsze kroki Macieja Pękala właśnie również w Strasznym Dworze jako Macieja… Piękny głos. Naprawdę piękny głos.

A dyrygenci?… heh, było paru dyrygentów kierujących Strasznym Dworem, a ja w „Strasznym” zaczynałam ze wspaniałym człowiekiem, jakim był Andrzej Knap. To była ogromna przyjemność występować „pod nim” (tak, wiem jak to brzmi, ale tak się mówi!) i zaczynać z tak pro-śpiewaczym dyrygentem!  Kierował wówczas orkiestrą, której wielu członków  nie pamiętam, bo grywali na tzw. doangażowaniu i sporadycznie, a z wieloma łączą mnie serdeczne i wieloletnie więzi tworzyli – i na szczęście nadal jeszcze tworzą – Muzykę. Od początku mojej pracy koncertmistrzami były świetne: skrzypaczka Halina Jastrzębska i wiolonczelistka Anna Sawicka.

Skoro dałam się ponieść wspomnieniom, to nie sposób nie wspomnieć o paniach i panach z zespołu technicznego – wszyscy po cichu dbali o to, by cale przedstawienie szło tak jak  należy. Zazwyczaj się o nich nie wspomina, pomija milczeniem, a to niezwykle ważni członkowie  teatru przecież są… Też są częścią mojej rodziny. I oczywiście balet – i tu jest kilka osobowości scenicznych, które mocno zapadły mi w serce!

Jeszcze jedna osoba zasługuje na osobne wspomnienie, bo też poznałam ją przy okazji mojego debiutu. Magdalena Szlawska – inspicjentka. Nie przygniotła jej żelazna kurtyna jak inspicjenta Filifionka z Muminków, ale przygniatała ją ogromna odpowiedzialność. Myślę, że można to w sumie porównać… Bycie inspicjentem to wybitnie trudne zadanie, a Magda zaczęla pracę jako bardzo młoda dziewczyna, miała raptem nieco ponad 20 lat. Trzeba ogarniać WSZYSTKO to, co się dzieje za kulisami, na scenie, na zapleczu teatru, pilnować kolejności, porządku i ciszy, utrzymywać dyscyplinę… przypominać WSZYSTKIM o wszystkim. Jeszcze śledzić tekst  opery  na bieżąco i podpowiadać śpiewakom, gdyby nie daj Panie coś się zdarzyło… Znosić humory artystów. Magda też miała swoje humory, ale przy takim ogromie pracy i odpowiedzialności to zrozumiałe. Bywało trudno, ale jej praca jest wybitnie trudna. I dla niej chciałabym tą drogą przekazać wyrazy podziwu, uznania, szacunku i podziękowania!

To wszystko sprawia, że mam do „Strasznego Dworu” ogromny sentyment. I kiedy nowo przybyły dyrektor POB (później przekształconej w OB – Opera Bałtycka) nie chciał się zgodzić na wystawienie tej sztuki, było mi troszkę smutno. W końcu to „samograj”, ludzie to kochają, młodzież by przyszła… a Dyrektor zapewne właśnie dlatego nie chciał „Strasznego” wystawić. Tak naprawdę jest to sztuka, którą trudno jest inaczej zrobić, niż klasycznie i łatwo można się otrzeć o kicz. A tego Marek Weiss – bo o nim mowa – nie cierpi. Unika jak piekielnego ognia! Jego inscenizacje są wyjątkowe, wyszukuje perełki, nie bierze się za popularne sztuki. Ma na koncie w samej Bałtyckiej nie byle co – Madame Curie, Salome, czy  Czarną Maskę i oczywiście wiele innych, jak  Faust, czy popularne (jednak!) Rigoletto. Sporo Mozarta. W każdej z tych inscenizacji Weiss, jako wybitny reżyser dodał coś od siebie – szturcha widza, który skłoniony jest tymi kuksańcami do myślenia. Takie zadanie dobrego reżysera przecież…

Na całe szczęście wreszcie po latach Dyrektor zdecydował się i zrealizował „Straszny Dwór”  na deskach Opery Bałtyckiej. Niestety była to jego ostatnia realizacja w tym teatrze. Nasz Tatuś (jak żartobliwie, ale i trochę czule nazywała go część chóru, skłonna jestem twierdzić, że o tym nie wiedział, choć wyszło to od niego, bo on kiedyś coś nam tłumacząc tak powiedział) znalazł sposób, żeby pokazać i nam i publiczności inne oblicze tej sztuki. Uważam, że udało mu się to wyśmienicie! Czemu? Cóż, po każdym przedstawieniu kurtyna podnosi się kilka razy, a my kłaniamy się i kłaniamy… i wydaje się, że tym mocnym, równym oklaskom nie ma końca!  I daje nam to radość i satysfakcję, pomimo, że czasem ktoś śpieszy się  na kolejkę, czy tramwaj, czy chorego dziecka… Karmimy się tymi oklaskami, cieszymy, że podoba się widzom to, co staramy się przekazać. To, że widzowie doceniają to, co my wszyscy artyści próbujemy pokazać tak, jak  nas tego dyrektor Weiss nauczył. Bo jego reżyseria jest świetna.

Dla mnie osobiście praca z nim w jego inscenizacjach była ogromnym zaszczytem. Nie zawsze podobało mi się to, w jaki sposób przekazywał pewne treści, nie zawsze zgadzałam się z pewną estetyką, ale nie ma wątpliwości, że jest to wybitny reżyser operowy. Opera jest szczególną sztuką i trudniej ją wyreżyserować, niż inne spektakle, takie przynajmniej panuje przekonanie. W obecnych czasach trzeba się również mocno wysilić, by przyciągnąć widza, zainteresować go, gdyż w każdej chwili może włączyć jakiś tzw. wykon, powiedzmy z Metropolitan Opera na You Tube i „wypiąć” się  na żywy teatr. Kluczową rolę w operze odgrywa muzyka i wiele razy miałam okazję się przekonać, że Dyrektor zna dogłębnie dzieło, z którym pracował. Każdą frazę, każdy dźwięk – i genialnie potrafi zgrać inscenizację z muzyką. Powiem więcej, zależy mu  na maksymalnym wykorzystaniu muzyki w swoich reżyseriach.  Niezależnie od kontrowersyjnych odczuć, jakie być może wzbudzają jego dzieła ich atutem jest, ze poruszają coś w człowieku. Nikt nie wychodził obojętny z jego sztuk. Nikt. Również my, artyści. Często dyskutowaliśmy, czy  nawet kłóciliśmy się na temat jego wizji jakiejś sztuki, czasem pomstowaliśmy, bo burzył nasz światopogląd na coś, a wiadomo, że często łatwiej jest zrzucić winę na tego, który pokazuje nam inność niż tę inność (bywa, że niezgodną z naszym światopoglądem) zaakceptować. Kłóciliśmy się o to, że „tak się nie robi, a Weiss tak robi, przecież to niezgodne z kanonem!”.

Właśnie. Dyrektor Weiss burzy kanony. Każda jego sztuka jest majstersztykiem, ze świetną obsadą. Oczywiście ma swoich ulubionych śpiewaków, ale to jest chyba ”grzechem” każdego reżysera, który, kiedy znajdzie optymalnych dla siebie artystów, po prostu z nimi pracuje, wiedząc czego może się spodziewać po nich i że oni zrozumieją jego intencję wykonując ją tak, jak on tego oczekuje, przy okazji dodając coś od siebie (ta uwaga dotyczy solistów, nas, artystów chóru po prostu miał, nie wtrącał się do zatrudniania czy zwalniania osób w chórze, o ile nie był do tego zmuszony). A Weiss jest świetnym znawcą ludzi i doskonałym obserwatorem. Potrafi uwolnić w ludziach ich potencjał, pokazać im, że mają w sobie coś, o czym  nawet nie wiedzą, że mają, ale on chętnie to w swojej sztuce wykorzysta. Bardzo często bywało tak, że ktoś z nas robił coś – gest, specyficznie reagował, każdy wg własnego charakteru, a Dyrektor wykorzystywał to –  za chwilę można było usłyszeć prośbę, a słuchajcie, zróbcie to i to… a ktoś z nas się cieszył, że zainspirował Dyrektora i ma swój mini wkład w powstanie tej reżyserii. Ale to system  naczyń połączonych, on po prostu dostawał od nas na scenie, to, czego chciał.

Dyrektor, przystępując do pracy z chórem (z solistami zapewne było podobnie), robił wprowadzenie sytuacyjne. Przeważnie znaliśmy dzieło, wiedzieliśmy lepiej lub gorzej o czym jest, a nawet bardzo dokładnie, często była to dla niektórych z nas kolejna realizacja. Mimo to wszyscy bardzo uważnie słuchali tych „pogadanek”. Marek Weiss potrafi czarować, oczarowywać słowem i opowieściami. Roztaczał swoją wizję w taki sposób, że wierzyliśmy w to, że to jedynie słuszna koncepcja, przynajmniej w chwili słuchania. Osobiście zawsze bardzo cieszyłam się na te wstępne próby, gdyż interpretacja dzieła przez Dyrektora często była zaskakująca, a do tego czułam się trochę jak dziecko w szkole słuchające z otwartą buzią bajki – takie dziwy opowiadał. Wplatał do swoich mów wątki osobiste, swoją historię, przeżycia, anegdoty różne, a wszystko to po to, by  nas  naprowadzić na to, co chciał osiągnąć przy  naszej pomocy  na scenie. Chciał, żebyśmy to zrozumieli, poczuli, uwierzyli w to. Byśmy potrafili wczuć się w JEGO opowieść o Tosce, czy Makbecie. Byśmy TYM się stali.

Kiedy pracowaliśmy przy „Strasznym Dworze” oczywiście również wysłuchaliśmy dyrektorskich refleksji. A ponieważ my jako chór bardzo dużo w tej sztuce występujemy – sporo tych historyjek nam opowiadał. Taka rola reżysera. I dzięki temu np. powszechnie uznawana za nudną, choć bardzo piękna scena lania wosku nagle zyskała aspekt magiczny, którego kiedyś nie czułam w takim wymiarze. A teraz, gdy jestem  na scenie, to po prostu JEST. Sprawiają to światła i półmroki. Zatrzymania ruchu. Sprawiają to wspomnienia o tym, o co  nas prosił. A prosił na przykład tak: podchodził do  nas uśmiechnięty na scenie i mówił jakby podekscytowany „a wiecie dziewczynki…  a gdybyście tak zechciały stać się  na chwilę tymi niewinnymi dziewczątkami, które cierpliwie wyszywają te kwiaty, modlą się do Matki Bożej o dobrego chłopa, ale oczywiście żadna się do tego nie przyzna, bo tak  naprawdę to są takie prawdziwie niewinne istoty…”. Albo „dziewczynki moje miłe, poczujcie to, przestańcie udawać, że czujecie, nie myślcie teraz o tym, że nie zdążycie na tramwaj, że dziecko nie odrobiło lekcji i czy kupiłyście kartofle, no błagam was, to są bardzo ważne sprawy, ale pomyślcie o tym po zejściu ze sceny… (i puszczał oko bez puszczania oka, ale wszyscy wiedzieli, że puścił do  nas mentalne oko, bo tak specyficznie przeciągnął kilka ostatnich słów, niemal niezauważalnie, przesuwał uważnie po wszystkich obecnych wzrokiem małego szelmy, po czym  zacierał ręce i mówił „no, to jeszcze raz!”, a tych razów wcale nie było dużo, bo jego perswazja i motywacja sprawiała, że robiłyśmy to, co trzeba. W scenie lania wosku naprawdę chcemy ten wosk lać. To są nasze autentyczne dziewczęce marzenia i pragnienia zaklęte w tej scenie. A kiedy Jadwiga śpiewa swoją Dumkę naprawdę widzimy te czary, o których opowiada… a ja to po prostu przeżywam.

Marek Weiss wprowadził mistycyzm do tej opery. Mistycyzm i refleksję. Ciekawa jestem, czy byłby zadowolony z tego, co właśnie napisałam! Z refleksji  na pewno, bo sam niejednokrotnie mówił o tym, że lubi, kiedy widz się jej podda, kiedy MYŚLI…

„Straszny Dwór” Marka Weissa budził sporo kontrowersji. Na początku nie było wiadomo, czy będzie klasyczny. Przyzwyczailiśmy się do uwspółcześnionych oper w jego reżyserii, poza tym, niestety skromny budżet naszej opery  raczej nie pozwalał na uszycie obfitych szlacheckich kostiumów… Ale Dyrektor znów wszystkich zaskoczył! Nie dość, że znalazły się klasyczne kostiumy, piękne zresztą, to jeszcze w prologu występowały prawdziwe konie!!! (Na premierze jednemu zdarzył się „wypadek”, ale na szczęście kryzys został zażegnany dość szybko i tylko utrzymujący się na scenie i w pierwszych rzędach widowni zapach o nim przypominał…). A inscenizacja pomimo wyjątkowo skromnych jak na premierę operową środków finansowych była stworzona z rozmachem! Nie był to jednak koniec niespodzianek! Dyrektor skorzystał z prawa inscenizatora do wprowadzania zmian i… nasz „Straszny” zaczyna się i kończy zupełnie inaczej, niż kiedykolwiek w jakimkolwiek innym teatrze operowym! Wprowadził wątek współczesny, a cała opera stała się jednym wielkim snem pijanego człowieka, który zastanawia się nad polskimi wartościami i wątpi, czy to wszystko tak  naprawdę ma sens…. I jak  to we śnie bywa, czas się miesza, a żywiołowego mazura tańczą młodzi powstańcy warszawscy, którzy oddali życie za… no właśnie, tu Weiss pyta „za co?”.  Czy te polskie wartości warte są tego, żeby  nasze dzieci skazywać na śmierć? Czy nie jest tak, że to życie jest najwyższą wartością? Powstańcy w trakcie mazura padają jeden po drugim, a główny bohater, Stefan, budzi się ze snu właśnie z takim pytaniem w głowie… gasną światła i słychać krakowski hejnał, a jeszcze przed chwilą tak rozradowany chór opiewający radość życia, stoi z pospuszczanymi w hołdzie powstańcom, lub z żałości  nad nimi, głowami. Zawsze, absolutnie zawsze mam ciarki  na plecach! Znów. I łzy w oczach! Także i teraz, kiedy to piszę, jestem bardzo wzruszona…

Publiczność niemal za każdym jest zdezorientowana! Po ostatnich dźwiękach słynnego, wesołego i zawsze oczekiwanego mazura porwani muzyką ludzie zaczynają oklaski, natychmiast jednak one gasną, gdy tylko rozlega się hejnał. My jako chór stoimy na proscenium i możemy obserwować publiczność. Widzimy niedowierzanie i zachwyt, konsternację, niepewność… niektórzy się rozglądają , bo nie wiedzą, jak się zachować. Niektórzy wstają. A potem następuje burza, huragan oklasków, która trwa i trwa, niejednokrotnie standing ovations! I drzwi na foyer są już otwarte, ale nikt się tam  nie wybiera. Dla mnie… dla mnie to jest piękne, to jest docenienie tej wersji „Strasznego Dworu”, docenienie wizji Marka Weissa i tego, ze zaczarował ludzi, publiczność. Pokazał im za naszym pośrednictwem COŚ.

 

Tak, obie miały rację i Emma i Mama Muminka. Teatr to zarówno najważniejsza i najpiękniejsza rzecz na świecie pokazująca ludziom, jacy mogliby być, ale też i zakład wychowawczy. Cudowny, moralny, piękny, wesoły, smutny. Zawsze magiczny, kiedy jest dobrze zrobiony. Kiedy reżyser i artyści  mają cos do powiedzenia.

Za każdym razem, kiedy jestem na scenie współtworzę tę  magię, a przynajmniej próbuję. Na pewno ją czuję, choć czasem „tam boli, tam strzyka”, padam z nóg lub myśli wędrują ku jakimś kłopotom. Wtedy jednak myślę o widzach, o tym, że czekają na swoją bajkę, a ja tę bajkę wraz z innymi opowiadam, tak, jak marzyłam, odkąd dostałam kasety z „Latem  Muminków”. Nie ma więc „że boli” i daję z siebie wszystko. W szczególności odczuwam tę magię w takich przedstawieniach, jak „Straszny Dwór” Marka Weissa. I to sprawia, że czuję nie tylko przyjemność z tego, co robię, ale też i sens, bo to o to przecież chodzi. Żeby mili widzowie, coś z tej sztuki wynieśli. Choćby oderwali się na chwilę od nieodrobionych lekcji, wściekłego szefa i tego, co  na obiad.

Prawdę mówiąc, mało brakowało, a po odejściu Dyrektora Weissa „Straszny Dwór” nie byłby grany, gdyż nie bardzo podobała się ta koncepcja przedstawienia nowej dyrekcji. Rozważano zmianę, przearanżowanie mazura z powstańcami, przerobienie przedstawienia na obowiązujący kanon. Było to o tyle możliwe, że Marek Weiss podobno scedował prawa autorskie na Operę Bałtycką. Piękny, honorowy gest. Szkoda by było nie wystawiać w ogóle, gdyż muzykę Moniuszki wszyscy mamy we krwi, ona po prostu płynie w żyłach Polaków i znamy te melodie, nucimy je, często nie wiedząc, że to Moniuszko. Szkoda by też było zmieniać tę, nieco kontrowersyjną, ale wspaniałą, poruszającą koncepcję Weissa. Na szczęście zapadła decyzja o ponownym wystawieniu tej realizacji! Nie wiem z jakiego powodu, ale pozostawiono spektakl w takiej formie, jak został stworzony. I chwała za to! No, oprócz koni, niestety koni żal… Graliśmy „Straszny” ponownie po ponad półrocznej przerwie, trochę więcej niż rok od premiery, wszyscy wkładając w wykonanie ogromne zaangażowanie i –jak sądzę – w ogólnym rozrachunku Pan Dyrektor byłby zadowolony z nas, choć pewnie były niedociągnięcia, bo zawsze znajdzie się coś do poprawienia.

Nie wiem, czy będzie mi dane jeszcze wystąpić w tym przedstawieniu i czy widzowie będą mogli je obejrzeć. Nie wiem, czy będę  miała okazję wystąpić jeszcze w jakimkolwiek spektaklu Marka Weissa. Liczę  na to, że tak. Mam też szczerą nadzieję, że jeszcze wiele razy ten „Straszny Dwór” „poleci” na naszych deskach, że będziemy wszyscy mogli się nim jeszcze długo cieszyć!

Co więc łączy „Lato Muminków” ze „Strasznym Dworem” Marka Weissa? Zaraźliwa magia teatru!”

 

 

Poniżej przedstawiam dane dotyczące obu premier „Strasznego Dworu”, a także słuchowiska pt. „Lato Muminków”. Możliwy do znalezienia na kanale You Tube.

 

 

Stanisław Moniuszko
Straszny dwór

Premiera 11 listopada 1995

libretto: Jan Chęciński
kierownictwo muzyczne: Andrzej Knap
reżyseria: Bogusława Czosnowska
scenografia: Józef Napiórkowski
choreografia: Henryk Rutkowski
przygotowanie chóru: Elżbieta Wiesztordt

Obsada:
Krzysztof Gasz: Stefan
Ewelina Wojciechowska: Jadwiga
Bartłomiej Tomaka: Skołuba
Adam Węgliński: Grześ
Leszek Skrla/Florian Skulski: Miecznik
Anna Fabrello: Hanna
Jacek Szymański: Damazy
Łukasz Goliński: Zbigniew
Joanna Wesołowska: Cześnikowa
Kamil Pękala: Maciej

oraz Balet, Chór i Orkiestra POB

 

Czytaj więcej na:

http://kultura.trojmiasto.pl/Oko-uchem-Jaki-teatr-lubi-Mama-Muminka-n46689.html#tri

 

 

 

 

 

Straszny dwór

Stanisław Moniuszko

Premiera 13 grudnia 2015

 

Sienkiewicz, Matejko, Moniuszko – taka jest aktualna trójca wieszczów. Krasiński i Słowacki nie sprawują już rządu dusz. Tylko Mickiewicz ze swoim niepodważalnym autorytetem stoi na czele wszystkich, ale głównie dzięki kultowi, jakim darzymy „Pana Tadeusza”. A więc nostalgia sarmacka i sny o potędze wciąż są podstawowym paliwem narodowej dumy. Nie zmienił tego Wyspiański ani Gombrowicz. Nie zmienili tego luminarze PRLu. Kochamy nasze szlacheckie tradycje, waleczność, honor, odwagę i Miecznika, który ten kodeks cnót wylicza Damazemu, jako warunek ubiegania się o rękę córki. Nie raz obserwowałem oburzenie na widowni, kiedy reżyser szydził z tej postaci i opatrywał jej arię dwuznacznym cudzysłowem.

 

Ale jednak spór z Sarmacją jest podstawowym motorem naszej kultury. Prawie każdy polski twórca czuje się w obowiązku zabrać udział w tej dyskusji. Prawie każdy polski widz żywo kibicuje w tych sporach. Nawet pokolenia, które wydają się już kosmopolityczne i dla których narodowe cnoty należą do lamusa obciachowych tematów ze szkolnej ławy, tak naprawdę tęsknią za wyprawą w głąb przeszłości i odkrywaniem prawdy o swoich korzeniach. A więc zagrajmy to jeszcze raz i dodajmy tu i teraz swoje przekonanie, że heroiczna poezja, na której zostaliśmy wychowani ma też swoją niebagatelną cenę, którą niespodziewanie trzeba będzie zapłacić.

 

Marek Weiss

 

Premiera

13 grudnia 2015

 

Realizacja

libretto                Jan Chęciński

kierownictwo muzyczne              Tadeusz Kozłowski

inscenizacja i reżyseria  Marek Weiss

scenografia        Hanna Szymczak

choreografia      Emil Wesołowski

światła Piotr Miszkiewicz

przygotowanie Chóru    Anna Michalak

asystenci dyrygenta       Szymon Morus,Jakub Kontz

asystenci reżysera           Magdalena Szlawska,

Krzysztof Rzeszutek

asystent scenografa       Monika Ostrowska

Obsada

 

MIECZNIK Mikołaj Zalasiński/Leszek Skrla

HANNA Aleksandra Kubas – Kruk / Agnieszka Adamczak-Hutek

JADWIGA Karolina Sikora / Elwira Janasik

DAMAZY Adam Zdunikowski/Ryszard Minkiewicz

ZBIGNIEW Adam Palka/Szymon Kobyliński

STEFAN Paweł Skałuba

MACIEJ Zbigniew Macias/Zenon Kowalski

SKOŁUBA Daniel Borowski/Damian Konieczek

CZEŚNIKOWA Katarzyna Hołysz/Małgorzata Ratajczak

STARA NIEWIASTA Joanna Wesołowska

GRZEŚ Krzysztof Rzeszutek

Chór, Balet i Orkiestra Opery Bałtyckiej

 

Dyrygent Tadeusz Kozłowski/Szymon Morus

Informacje pobrane z oficjalnej strony Opery Bałtyckiej. Zdjęcia Krzysztof Mystkowski (agencja KFP)

 

 

 

 

Lato Muminków (bajka muzyczna)

Lato Muminków

Rodzaj słuchowiska        baśń muzyczna

Kraj produkcji   Polska

Język     polski

Scenariusz          Andrzej Maria Marczewski (adaptacja)

Bogdan Chorążuk (teksty piosenek)

Na podstawie   Lato Muminków Tove Jansson w przekładzie Ireny Szuch-Wyszomirskiej

Reżyseria            Andrzej Maria Marczewski

Muzyka Tadeusz Woźniak

Realizacja dźwiękowa    Władysław Gawroński, Fryderyk Babiński, Andrzej Złomski

Narrator              Gustaw Holoubek

Data produkcji  1978

Długość 79:32

Pierwsze wydania płytowe

lub kasetowe

Tytuł     Tove Jansson: Lato Muminków

Data wydania    1978

Wytwórnia płytowa        Wifon/Pronit

Lato Muminków – polska baśń muzyczna dla dzieci, będąca adaptacją Lata Muminków fińskiej pisarki, Tove Jansson.

 

Dla Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu tekst zaadaptował reżyser przedstawienia Andrzej Maria Marczewski. Teksty piosenek napisał Bogdan Chorążuk, a muzykę skomponował Tadeusz Woźniak. Widowisko cieszyło się dużą popularnością i było potem wystawiane w wielu polskich teatrach[1]. Dla potrzeb wałbrzyskiego spektaklu nagrany został podkład muzyczny, który w 1978 wykorzystano w trakcie realizacji fonograficznej tej baśni. Pomiędzy marcem a sierpniem 1978[2] w studiach radiowych w Warszawie i Opolu nagrywane były teksty mówione i piosenki.

 

Bohaterom Lata Muminków użyczyli swoich głosów znani polscy aktorzy, a piosenki śpiewane były przez samego Tadeusza Woźniaka, jego kilkuletniego wówczas syna Piotra, Krystynę Prońko, zespół Andrzej i Eliza i in. Album, obok płyty Zegarmistrz światła, był największym sukcesem w dorobku Tadeusza Woźniaka[1]. Pochodząca z płyty piosenka „Senna kołysanka” należy też do największych przebojów Krystyny Prońko[3].

 

Producentem nagrań była firma Wifon, która w 1978 wydała Lato Muminków na dwóch kasetach magnetofonowych (Wifon NK-536 a-b) oraz dwóch długogrających płytach gramofonowych wytłoczonych dla Wifonu przez Pronit (SLP 4001 – 4002).

 

W 2009 roku, nakładem Polskiego Radia, ukazała się reedycja albumu na płycie kompaktowej i w nowej oprawie graficznej (nr kat. PRCD 1083).

 

Twórcy (wyd. 1978, 2LP)[edytuj]

opracowano na podstawie materiału źródłowego[2]

 

przekład: Irena Szuch-Wyszomirska

adaptacja i reżyseria: Andrzej Maria Marczewski

teksty piosenek: Bogdan Chorążuk

muzyka: Tadeusz Woźniak

realizacja dźwięku: Władysław Gawroński, Fryderyk Babiński, Andrzej Złomski

kierownik produkcji: Iwona Thierry

opracowanie graficzne: Włodzimierz Terechowicz

obsada:

Narrator – Gustaw Holoubek

Mamusia Muminka – Ryszarda Hanin

Tatuś Muminka – Zygmunt Kęstowicz

Muminek – Mieczysław Czechowicz

Mimbla – Ewa Kania

Mała Mi – Mirosława Krajewska

Panna Migotka – Mirosława Krajewska

Bufka – Małgorzata Niemirska

Homek – Jerzy Bończak

Emma – Zofia Rysiówna

Filifionka – Daniela Makulska

Paszczak – Andrzej Stockinger

Paszczakówna – Danuta Szaflarska

Włóczykij – Tomasz Grochoczyński

Informacje pobrane z Wikipedii.

Poniżej przedstawiam pismo dyrektora w sprawie likwidacji „Strasznego Dworu” w Operze Bałtyckiej. Zdjęcie pobrałam ze strony na FB „Ratujmy Operę Bałtycką”

 https://www.facebook.com/Ratujmy-Oper%C4%99-Ba%C5%82tyck%C4%85-139455373571226/

 

O CHŁOPAKU, KTÓRY OPOWIADA BAŚNIE SAKSOFONEM

O CHŁOPAKU, KTÓRY OPOWIADA BAŚNIE SAKSOFONEM

Chciałabym Wam dziś opowiedzieć o chłopaku, który opowiada baśnie saksofonem. Tak, właśnie tak! I powiem więcej – koniecznie trzeba zapamiętać jego nazwisko!

Dzisiejszy dzień od rana był pełen intelektualnej aktywności, telefonicznej też, bardzo kreatywny, choć zabiegany i bywało, że dobrze by było, bym znalazła się w dwóch miejscach  na raz. Na szczęście tak sobie zaplanowałam dzień, by znaleźć przestrzeń  na koncert, na który zaprosił mnie znajomy nauczyciel saksofonu ze szkoły muzycznej w Gdyni, Jacek Piastowski. Uwielbiam, kocham saksofon! Jego dźwięk piękny, lekko chropawy, nasycony powietrzem i wibracjami działa na mnie uzdrawiająco, kojąco… i pan Jacek , dumny ze swojego ucznia zaprosił mnie na jego recital dyplomowy. Jak dobrze, że poszłam na ten koncert! Odpoczęłam, zachwyciłam się i nie powiem, łezkę nawet puściłam… wzruszyłam się, co zrobić! Bo ten chłopak, młody, 20-letni mężczyzna jest niezwykle uzdolniony i …. Co tu dużo mówić – czaruje! Chciałabym zaznaczyć, ze nie jestem wybitnym znawcą, ale mam uszy i słyszę. A tu słyszałam opowieści. Przemysław Pranczk – bo o nim mowa – maluje dźwiękiem niezwykłe historie, opowiada baśnie, rozmawia ze słuchaczem, czaruje…. Przynajmniej ja zostałam zaczarowana! Na tyle, że mam nadzieję, że niedługo  nagra płytę, bo chętnie ją kupię i będę wieczorami słuchać! Odczuwam niedosyt!

Nawet popularny standard jazzowy „Chicago” Freda Fishera zabrzmiał w jego wykonaniu niebanalnie! Jest w jego graniu obok niesamowitej precyzji pewna miękkość. Technicznie jest bardzo pewny, nawet w tak trudnym repertuarze, jaki przedstawił. Ten chłopak ma dar.  Niezwykle muzykalny młody człowiek…. Ja jestem zachwycona i mam  nadzieję, że ewentualne big bandy to będzie jedynie odskocznia i zabawa dla niego, że będziemy mogli słuchać go solo…

 

W drugiej części koncertu mogliśmy posłuchać trzech utworów granych przez Przemka z zespołem. I tu też chciałoby się powiedzieć – niespodzianka! Ale nie. Nie powiem tego, po prostu dlatego, że ja wiem o tym, że mamy uzdolnioną młodzież, a w Gdyni znakomitą kadrę nauczycielską, więc to nie niespodzianka, że dzieciaki świetnie grają – w dodatku widać ile mają z grania frajdy!

Za wszystkich trzymam kciuki, w szczególności za Przemka! Zapamiętajcie  to nazwisko -PRZEMYSŁAW PRANCZK.

A pan Jacek Piastowski może być  naprawdę dumny ze swojego wychowanka!  W tajemnicy Wam powiem, że jest. 2 3 4 5:)))))

 

 

O MESSA DA REQUIEM VERDIEGO W OPERZE BAŁTYCKIEJ

O MESSA DA REQUIEM VERDIEGO W OPERZE BAŁTYCKIEJ

Kto nie był, niech żałuje! Choć prawdopodobnie ciężko byłoby się jeszcze dostać, bo cała sala Opery Bałtyckiej była wypełniona – i słusznie, bo było czego posłuchać!

Ja byłam. Na scenie. Śpiewaliśmy Messa da Requiem Giuseppe Verdiego. Koncert był… Piękny był. Wzruszający. Ta muzyka sama w sobie porusza. Ważne jednak jest  jeszcze wykonanie. A dziś… kto się pofatygował na koncert, miał ogromne szczęście, bo mógł posłuchać  niebiańskich piano słynnej Barbary Kubiak… cudownie śpiewa, doprowadziła mnie do łez na Offertorio… jej głos w górnych rejestrach brzmi niesamowicie… słodkie tony wlewały się w ciało, w duszę, otwierały serce. Nasza polska diva cudownie brzmiała także w duetach z Karoliną Sikorą, dla której było to pierwsze wykonanie tego utworu. I spisała się znakomicie, a możecie Państwo wierzyć lub nie, ale mezzosopran ma tu co śpiewać! Osobiście kibicuję Karolinie od dłuższego czasu. Mam okazję obserwować jej rozwój, bo na deskach Bałtyckiej śpiewa od kilku lat, coraz to bardziej wymagające partie – co by nie zaśpiewała, to zachwyca wykonaniem. Ekspresją i perfekcją. Ta gdańska śpiewaczka o włoskiej urodzie naprawdę ma cudowny głos i talent, a wszystko poparte ogromną pracą i wielką skromnością. Jest wspaniała – warto się snobować i chodzić „na Sikorę”, bo ta dziewczyna po prostu musi zrobić wielką karierę. Czego jej z całego serca życzę!!!  Partie męskie śpiewali Wolodymyr Pankiv i Tadeusz Szlenkier – miękki, włoski, cudownie liryczny tenor. Pierwszy raz usłyszałam go w partii Turridu z mojej ukochanej Cavalerii Rusticany, kiedy to się zachwyciłam barwą i prowadzeniem głosu. I wrażliwością muzyczną. Po Requiem pozostaję w zachwycie! Na Tadeusza też polecam się snobować! Całości dopełnił brzmiący, ciepły bas Pankiva. Zapadający w pamięć. Kiedy się go słucha z zamkniętymi oczami jego głos subtelnie otula jak koc. Przyjemne uczucie.

Dyrygował nami młody dyrygent z Krakowa Tomasz Tokarczyk. Rzeczowy, konkretny, ekspresyjny i bardzo zaangażowany – swoją postawą, profesjonalizmem, swoim stylem dyrygowania sprawia, że wszystko było co trzeba, a nawet więcej. Bo kiedy artyści po koncercie są wzruszeni… to znaczy, ze to było to.

Ja osobiście po koncercie się rozpadłam na kawałki. Muzyka, zaangażowanie dyrygenta, piękne wykonania solistów, świetna gra orkiestry i pełen ekspresji śpiew bardzo skupionych i zarażonych zaangażowaniem dyrygenta koleżanek i kolegów z chóru sprawiły, że bardziej niż zwykle poczułam się częścią niezwykłego, cudownego organizmu. Moje serce zostało poruszone, wstrząśnięte… Jeszcze teraz kiedy to piszę, brzmią we mnie fragmenty… uśmiecham się wewnętrznie i zewnętrznie, z zachwytem. Będę dziś zasypiać z tą muzyką w ciele, nie pozwolę, by coś mi to wrażenie zepsuło.

Mam wspaniałą pracę. Wymagającą, czasem trudną, ale wspaniałą. A nagrodą są oklaski, Wasze oklaski. Dzisiejsze były  na stojąco! Cudownie jest być tłem dla takich śpiewaków, jak Barbara Kubiak, Karolina Sikora, Tadeusz Szlenkier i Wolodymyr Pankiv.

Pośród tych wszystkich zachwytów nie sposób jednak zapomnieć, że dzisiejszy koncert to  Messa Da Requiem. Msza żałobna. Dla nas dzisiejsze wykonanie było szczególne. Zmarł nasz kolega z orkiestry, Krzysztof Poznański, dziś odbył się Jego pogrzeb. Na samym początku koncertu pan Dyrektor Kunc poprosił wszystkich zebranych, abyśmy uczcili jego odejście chwilą ciszy. Wszyscy złożyliśmy Krzysztofowi ten hołd. I my muzycy i widownia.
Messa Da Requiem to hołd dla wszystkich zmarłych.

Messa da Requiem to duchowe przeżycie. Kontemplacja życia i śmierci.

Taki to czas przed Wielkanocą, czas zadumy nad Kołem Życia.

 

P.S.: Myślę, że nasza Pani Kierownik Chóru ze spokojnym sercem może być z nas dumna!

 

13 kwietnia 2017

 

Dyrygent Tomasz Tokarczyk

 

SOLIŚCI

Sopran Barbara Kubiak

Mezzosopran Karolina Sikora

Tenor Tadeusz Szlenkier

Bas Volodymyr Pankiv

 

CHÓR I ORKIESTRA OPERY BAŁTYCKIEJ W GDAŃSKU

Przygotowanie chóru Anna Michalak

 

plakatrequiem-copy-55ecf43110

O „MIŁOŚCI” TADEUSZA OSZUBSKIEGO I FEJSBUKU

O „MIŁOŚCI” TADEUSZA OSZUBSKIEGO I FEJSBUKU

20160403_133335Ludzie pomstują na fejsbuka. Że zabiera czas, że życie wirtualne jest dla nas ważniejsze od prawdziwego itede itepe. I tak, to są fakty, taki znak czasów, co nie znaczy, że należy przyjmować to bezkrytycznie, oczywiście. Ale proch, wymyślony przez Chińczyków też jest wykorzystywany do zabijania ludzi, a przecież pierwotnie miał przynosić radość (i nadal to robi, ku uciesze ludzi i frustracji zwierząt – zostawmy jednak temat na inny felieton) tak jak rzeczony portal miał kontaktować między sobą ludzi. Podobnie jest z całym mnóstwem innych wynalazków. I fejsbuk, czy (prawidłowo) Facebook, też ma dwie strony medalu. Jak wszystko – bo wszystko ma swój Cień i Jasną Stronę. Teraz zależy, jak go używamy…

Nie będę twierdzić, że to robię, ale staram się używać fejsbuka mądrze. I chyba mi się to udaje, przynajmniej trochę! Otóż, dzięki fejsbukowi mam kontakt z ludźmi, z którymi pewnie by się on urwał, albo odnajdujemy się ze starymi przyjaciółmi. Możemy ze znajomymi w prosty sposób przekazywać sobie informacje, dyskutować. To wszystko mnie osobiście bardzo cieszy, bo mogę BYĆ w kontakcie. Po prostu i niezobowiązująco. Traktuję fejsbuk jako kawiarnię, w dodatku taką, w której pojawiają się osoby z bardzo różnych środowisk i często bardzo odległych. W której wymieniamy się wszyscy informacjami, ideami, pomysłami, poznajemy się  nawzajem  z mniej lub bardziej  nas interesującymi ludźmi. I teraz dochodzę do clue tej wypowiedzi: otóż dzięki fejsbukowi poznałam co najmniej kilka osób, osobowości, których prawdopodobnie nigdy bym  nie spotkała w tzw. realu! Albo musiałabym się mocno natrudzić, żeby je poznać… Więcej! Utrzymujemy z niektórymi kontakt!

Jedną z takich osób jest Tadeusz Oszubski. Literat. Do niedawna z ogromną ochotą i zainteresowaniem czytywałam jego artykuły np. w „Nieznanym Świecie” czy w „Czwartym Wymiarze”. Czekałam na nie i witałam z okrzykami radości. Jest tropicielem tajemnic, zjawisk niewyjaśnionych, publicystą z zacięciem detektywistycznym, a mnie to kręci – jego artykuły są niebanalne, ciekawie skonstruowane i oczywiście ich tematyka jest pasjonująca.

Już nie pamiętam jak to było… czy to fejsbukowe algorytmy, czy jak… nie umiem do tego dojść, gdzieś  na jakiejś rozmowie się spotkaliśmy przypadkiem chyba. I od słowa do słowa „staliśmy się znajomymi”, co owocuje czasem jakąś sympatyczną wymianą uprzejmości. Dzięki tym algorytmom odkryłam jednak, ze Tadeusz pisze nie tylko fantastyczne artykuły, ale jest autorem kilku książek o tajemniczych zjawiskach (pomimo, że miałam tę informację gdzieś z tyłu głowy). Prawdziwą rewelacją jednak było dla mnie odkrycie, ze pan Oszubski popełnił kilka zbrodni i morderstw! Na papierze oczywiście – co oznacza, że jest autorem kryminałów! Do tego nagradzanym! A ja… ja jestem miłośniczką kryminałów! Zaznaczam, że dobrych, a dla mnie dobry kryminał zawiera zbrodnię niecodzienną, ciekawe charaktery postaci i musi trzymać w napięciu. Najlepiej w taki sposób, żebym razem z tropicielem z książki szukała mordercy i zastanawiała się nad motywacją postępowania ludzi. Udałam się więc któregoś dnia do księgarni i nabyłam „Miłość”, po czym nie zwlekając przystąpiłam do lektury.

I wiecie co zrobiłam? Popełniłam straszna fopę, pewnie niejedną, ale ta jest karygodna! Napisałam Tadeuszowi, że przeczytałam „Miłość”. I tyle. Nic więcej. Ani mru mru na ten temat, woda w usta, a to przecież niedopuszczalne. Karygodne. Wstyd, wstyd, wstyd!  Po łapkach! Po prostu zbrodnia! Wygląda na to, że się wpisałam w temat… niechlubnie. A autora dobrego kryminału trzeba docenić przecież, co niniejszym czynię i mam nadzieję, że się choć odrobinę zrehabilituję. Każdy twórca – co powtarzam do znudzenia – każdy artysta, nieważne czy to pisarz, aktor, stolarz czy szewc potrzebuje słów uznania! Jakichkolwiek słów, ale głównie uznania, milczenie może zostać odczytane jako niezbyt pochlebna krytyka. I ja – artystka rozpowszechniająca wiedzę o wrażliwości artystów i ich potrzebie dopieszczenia – milczałam! A przecież  książka bardzo mi się spodobała!  Oczami wyobraźni widziałam już  film – bo myślę obrazami – i Marka Kondrata w roli głównej, gdyż główny bohater skojarzył mi się z Halskim granym przez niego w serialu z lat 90-ch pt. „Ekstradycja”. Pasjami oglądałam ten serial, bardzo dobry był!  No i Kondrat jest restauratorem,  jak główny bohater niniejszej powieści, haha, zna się  na branży! A tak na serio, podobały mi się i fabuła i postacie, czytelnik „widzi” wydarzenia ich oczami, słyszy ich myśli, marzenia, plany, wspomnienia… Czytałam z zainteresowaniem, a nawet z wypiekami  na twarzy! Ale cóż, to samo życie jest, naga (nomen omen) prawda sama, do tego widziana męskim okiem. Dotyczy to w szczególności soczystych scen erotycznych! Bardzo życiowych… Żadne kizi mizi, po prostu seks w czystej postaci. Żadne czułości – męskie pożądanie, męskie pragnienia. Polecam te sceny kobietom, które chciałyby się dowiedzieć, o czym mężczyźni myślą, kiedy na nas patrzą. Erotyzm  na wysokim poziomie, ale absolutnie nie słodki. Raczej taki, o jakim w skrytości ducha większość z nas marzy i pragnie. Narracja książki jest wartka, nie ma dłużyzn, a zainteresowanie czytelnika jest wciąż utrzymywane. Ciekawe i spójne portrety bohaterów, budzących sympatię, bądź antypatię. Ich myśli czarne… można się z niektórymi zidentyfikować. I ta miłość  na śmierć i życie! Kto jaką miłość wybrał? W jaki sposób? Jak zdobywamy to, czego pragniemy? Czy doceniamy lub inaczej – jak oceniamy ludzi, których  mamy wokół siebie? Co dla kogo oznacza miłość? Co siedzi w głowie mordercy i tropiciela? W ogóle co siedzi w naszych głowach,  jakie mamy mocne strony, słabości, wyobrażenia na temat nas samych? Te z których zdajemy sobie sprawę i nie… I jedna z ważniejszych rzeczy – czy wiemy dokąd nas skierują pozornie błahe wydarzenia w naszym życiu? Gdzie nas zaprowadzą pokrętne ścieżki Losu, który zawraca i robi pętle… i czy zbrodnia zostanie odkryta, a morderca poniesie karę? Czułam się zaciekawiona, co będzie dalej i co się z kim stanie. Szybko skonsumowałam tę „Miłość”.  Zachłannie ją pochłonęłam w jeden wieczór i noc zarwaną, ale nie straconą. A potem napisałam o tym Tadeuszowi i…

Już dałam sobie po łapkach. Skarciłam się i mam nadzieję, że powyższe słowa autora „Miłości”(który, mam  nadzieję nie obraził się  na mnie) mile połechcą. Szczególnie, ze to nie jest czcza pisanina z mojej strony, lecz szczera wypowiedź. Jakby mi się nie podobało – nic bym  nie napisała. Ani słowa.

Czytajcie naszą rodzimą literaturę, może nie jest tak wypromowana, jak zagraniczna, ale mamy naprawdę wielu naprawdę interesujacych pisarzy! Przeczytajcie „Miłość” i także inne  publikacje Tadeusza Oszubskiego, naprawdę warto, bo to bardzo dobry literat! I zaszczytem dla mnie jest mieć tak poczytnego autora  i przede wszystkim interesującego człowieka wśród znajomych na społecznościowym portalu! Fejsbuczku, mam do Ciebie wiele zażaleń, ale też dużo wdzięczności! Bilans się zatem wyrównuje.

 

 

 

Teksty i grafiki na stronie www.magdalenapfeiferarts.com są mojego autorstwa, za wyjątkiem sytuacji gdy podany jest inny autor lub zagraniczne źródło. Zgodnie z ustawą o ochronie praw autorskich, jeśli spodobał Ci się któryś z nich, możesz go umieścić na swojej stronie/blogu/forum  z podaniem autora (Magdalena Pfeifer) i podlinkowanego źródła. Podobnie jeżeli chcesz korzystać z zamieszczonych przeze mnie zdjęć autorstwa Gabrieli Miętki oraz innych fotografów..

 

 

UWAGA! Link nie może mieć atrybutu nofollow ani żadnych przekierowań. Jeśli chcesz skorzystać z mojego artykułu, wstaw pod nim link pozycjonujący.

Jeżeli chcesz nawiązać współpracę, regularnie publikować moje teksty czy grafiki lub też skorzystać z nich w inny sposób niż publikacja w internecie – proszę o kontakt mailowy:

mp[at]magdalenapfeiferarts.com

Serdeczności –

Magdalena Pfeifer

Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.