utworzone przez Magdalena Pfeifer | sty 2, 2019 | Aktualności, Subiektywnie o...
To nie jest recenzja. To pełen eufemizmów i wykrzykników opis moich bardzo subiektywnych, czyli de facto bardzo nieobiektywnych wrażeń z fantastycznego przedstawienia w Operze Bałtyckiej, które obejrzałam w minionego Sylwestra. Bo jakże mogę być obiektywna, kiedy piszę o teatrze, w którym jeszcze niedawno byłam zatrudniona (teatrze, nie przedstawieniu), z pracy ludzi, z którymi jeszcze niedawno pracowałam? Nie da się. I nawet nie będę próbowała. W związku z tym to będzie bardzo nieobiektywna… recenzja – jednak? Bo tak sobie koncypuję, że skoro portal trójmiasto.pl może nazywać recenzjami to, co wypisuje na łamach tego portalu pan R., to ja chyba też mogę tak nazwać mój utwór? Nawet, jeśli niektórzy nazwą to grafomaństwem? Któż mi zabroni? Przynajmniej mam jako takie pojęcie o tym, co się wiąże z pracą w teatrze… jakby się tak zastanowić, to chyba po kilkunastu latach pracy mogę powiedzieć, że coś wiem. A jak się tak jeszcze zastanowić, to jakże można obsmarowywać koleżanki artystki i kolegów artystów??? Nie wypada po prostu! Poza tym artyści to takie stworzenia, które żywią się aplauzem, pochwałami i dzięki temu rozkwitają! I nie ma to nic wspólnego z rosnącym ego, przynajmniej nie zawsze, ale taka jest po prostu natura artysty, trzeba chwalić, podtrzymywać na duchu ( chwaleniem), bo wtedy artyści wiedzą, że to co robią ma sens i bardziej im się chce! I więcej mają radości z tworzenia dla nas sztuki! Obsmarowywanie lub traktowanie ich zdawkowo, jest daleko idącym i niepożądanym nietaktem. Już lepiej wówczas nic nie mówić. A ja zapragnęłam mówić, bo mi się podobało! Oj, i to jak!
Podobało mi się już od w pierwszych taktów uwertury – urzekł mnie sposób gry Orkiestry! „Kandyd” Leonarda Bernsteina jest bardzo interesującym, ale chyba dość niełatwym utworem muzycznym – w sumie nie wiem, czy to musical, czy operetka, a wierzcie mi, sporo w nim pułapek muzycznych. Niewinnie brzmiących, ale wymagających kunsztu i wirtuozerii, a przede wszystkim ogromnego wyczucia, by ta lekka muzyka, pachnąca momentami prześmiewczością i cyrkiem, nie została zagrana zbyt ciężko i groteskowo. Przez dwa sezony Opera Bałtycka pozbawiona została rzetelnego ogrodnika, jakim powinien być dyrektor artystyczny/dyrygent. Brak stałości w prowadzącej zespół naszej Orkiestry ręce, zmieniający się dyrygenci, a przede wszystkim stan zagrożenia w jakim żyli muzycy sprawiał, że niestety poziom muzyczny orkiestry spadał. Tak to się dzieje, niestety, kiedy się nie dba o artystów i uważa za bandę darmozjadów. Marnieją… I oto stał się cud. Ci sami muzycy, na których padały oskarżenia, że są nierobami, że nie mają talentu i co w ogóle robią w tym zawodzie (zaczerpnęłam te słowa z mojej wstrząśniętej pamięci komentarzy czytanych przeze mnie jeszcze na początku 2018 roku na różnych forach), ci sami muzycy grają teraz „Kandyda” naprawdę świetnie! Nie słyszałam naszej Orkiestry jakieś pół roku. Ostatni raz na koncercie na pożegnanie sezonu – w czerwcu. Od września dyrektorem artystycznym i dyrygentem w Operze został Jose Maria Florencio. I cztery miesiące wystarczyły, by maestro swoją bardzo wymagającą ręką, ale ręką kochającą muzykę skierował tę orkiestrę na drogę na szczyt. Sprawił, że dokładnie ci sami ludzie – źle traktowani przez poprzednią dyrekcję, nierozumiani przez władze i wyzywani przez internautów, ale i pana R. z trójmiasto.pl i jego niesprawiedliwe i politycznie niepoprawne, w ogóle zbyt polityczne „recenzje” – już w pierwszych taktach uwertury potrafią zagrać tak, że ja siedziałam na brzegu krzesła, zasłuchana, bo… bo po prostu byłam wzruszona, że potrafią tak pięknie! Znowu! Bo to już kiedyś było i to wcale nie tak dawno! Wiem, że pracują bez wytchnienia, bo u maestro Florencio tak jest. U niego nie ma nic na pół gwizdka. Zawsze trzeba dać z siebie wszystko, sam też zawsze pracuje na 100 procent. Ale efekty są fenomenalne! Musicie pójść na to przedstawienie chociażby z powodu muzyki i orkiestry! By posłuchać wyrównanego i subtelnego brzmienia smyczków, a dęciaki?! Zarówno blacha jak i drewno: co za barwa! Pewna i głęboka! Perkusja? Rewelacja – słychać, ale nie ma w niej wulgarności, o którą łatwo, jak mi się wydaje w „Kandydzie”. Całość gry zespołu jest wyrównana i w odpowiednich proporcjach. I grają po prostu z życiem i pasją, to słychać! Na osobne słowo zasługuje flet piccolo, który miał – przynajmniej w uwerturze kilka popisowych momentów, flecistka Anna Ekielska, ma naprawdę co robić, a gra znakomicie! Brawo!
Cieszy mnie to, bo
znam możliwości naszej Orkiestry i ogólnie naszych zespołów i oto nadchodzą,
tłuste lata, oby! Oby tak dalej!
Maestro Florencio – oxalá o melhor!
Samo przedstawienie jest po prostu
świetne! Jeśli mieliście okazję zobaczyć zdjęcia, które obiecują sporo i
poczuliście się zachęceni – nie zastanawiajcie się, tylko idźcie oglądać!
A propos oglądania – od czego by
tu zacząć… Kolor. KOLOR! Jeeeeest! Piękne kolory w całym przedstawieniu!
Scenografia i kostiumy przemyślane, każdy detal. Bardzo prostymi teatralnymi, w
sumie już może trochę nawet staromodnymi trikami teatralnymi osiągnięto… no
cóż, ja jestem oczarowana! „Kandyd” jest przedstawioną w zabawny (można się
śmiać i to sporo, zresztą gorąco zachęcam, nie wstydźcie się!) ale i nieco melancholijny sposób opowieścią filozoficzną
o miłości i wierze w ludzi (nie będę wam opowiadać, bo napiszę książkę, a nie o to chodzi –
zajrzyjcie po prostu na stronę Opery Bałtyckiej i tam poczytajcie opis – przy
okazji kupowania biletów). A ja powiem tak – świetna bajka dla dorosłych!
Oczywiście z morałem. Ja jestem oczarowana – samo libretto i partytura jest
zabawne, ale w takich utworach łatwo o zgubienie dobrego smaku, o zrobienie
zbyt grubej kreski i nałożenie zbyt
dużej ilości różu na policzki. A tu –
powiew świeżości. Balans między groteską
i dobrym smakiem. Na tle prostoty ten kolor, który ja uwielbiam i elegancki przepych. Otóż nie
znajdziecie zbyt wielu dekoracji na
scenie. Scena i kulisy są w odcieniach gustownej szarości. Osobiście nie
przepadam za tym kolorem, ale doceniam jej walory w tworzeniu tła i właśnie
elegancji – tu spełnia swoje zadanie znakomicie. Jasno – szare kulisy i
podłoga, a w tle, jako główna dekoracja, cymes – okrągły… obraz? Bulaj? Szeroka
brązowa, okrągła rama, a w środku
starodawne, czarno – białe ryciny, wypożyczone zresztą z Muzeum Narodowego w
Gdańsku. Ryciny zmieniają się w miarę snucia opowieści, poruszają się – ja
osobiście dzięki temu czułam jakbym oglądała ten świat przez lunetę, troszkę
jak podglądacz, ale jednocześnie jak odkrywca. Było to fascynujące, gdyż dawało
to wrażenie, że biorę udział w
odkrywaniu światów, po których wędruje tytułowy Kandyd.
Dekorację stanowią też Balet i Chór. O co mam troszkę pretensję do pani Reżyser, ale tylko troszkę, bo nie wstydziła się przyznać w wywiadzie, że ustawiała tak wielką ilość artystów pierwszy raz, a ja wiem, że to niełatwe zadanie – tak więc pani Reżyser i tak spisała się znakomicie. I doceniam wyznanie. Chętnie dodałabym Chórowi trochę więcej ruchu, nie wiem, zadań aktorskich – zespół jest dużo na scenie, ale jest bardzo statyczny, a momentami nawet oratoryjny, jak to określił mój znajomy… choć, jak się tak zastanowić, to może ta statyczność miała spełniać zadanie podobne do szarości? Tam, gdzie moje koleżanki i koledzy mogli się wykazać grą aktorską, zrobili to profesjonalnie i z ekspresją! Gratuluję solistycznych ról aktorskich, talentów komicznych – jestem z Was dumna! Widać, że czerpiecie z gry dużo satysfakcji! Ale jak wiadomo Chór to nie tylko tło dla solistów ( o których za chwilę), ale przede wszystkim śpiew. No i powiem Wam… Nie zawiedziecie się! Pani Kierownik Chóru włożyła dużo pracy w przygotowanie zespołu, a pod spojrzeniem maestra Florencjo tenże rozkwitł, nabrał barw wokalnych, znów nabrał finezji i brzmienia. Śpiewają piękne, wyrównane piana, a forte brzmią dostojnie, pomimo, że obecnie skład chóru jest dużo mniejszy. W poprzednim sezonie jeszcze przy poprzedniej dyrekcji zespół stracił kilkoro doświadczonych śpiewaków i to niestety słychać, ale pozostali śpiewają z radością, w skupieniu, z dobrą dykcją, świetnie przygotowani, zaangażowani na sto procent – znam ich dobrze i wiem na co ich stać. Wiem też co oznacza śpiewanie pod ręką dyrektora Florencio. To jest nieustanne uważanie, by dać z siebie to, co najlepsze i najpiękniejsze. I w ”Kandydzie” artyści Chóru Opery Bałtyckiej pokazują… jak powinien brzmieć chór! Libretto jest bardzo wymagające, również w partii chóru – nagłe skoki interwałowe, szybkie tempa, zmiany dynamiki – wszystko to zaśpiewne jest świetnie, niemal perfekcyjnie! To mój macierzysty zespół – tu jestem więc najbardziej nieobiektywna – ale jestem wzruszona, że jest znów w Operze pozycja, w której koleżanki i koledzy mogą wykazać się swoim kunsztem i warsztatem!
Cieszę się również, że obecna Dyrekcja jest za utrzymywaniem
stałych zespołów zamiast zespołów kontraktowych do czego dążyła poprzednia władza
– taka polityka gwarantuje rozwój zarówno ich członkom jak i Teatrowi.
Wracając do spektaklu – bardzo dobrze też wywiązują się z roli tła: białe schludne bluzeczki i szare obfite spódnice, w których fałdach światło sobie radośnie igra u pań, a u panów białe koszule i szare spodnie, a w scenie w Eldorado złote. Chór nie rzuca się w oczy, ale odczuwa się jego obecność, nadaje ona wielu scenom znaczenia – obecność gawiedzi, prostego szarego ludu. Oratoryjność, o której pisałam wcześniej wynika z ustawienia zbyt często artystów w rzędach, przodem do sceny. Na szczęście poziom wokalny i muzyka to rekompensują. I jest dużo, dużo chóru na scenie!
Zespół Baletu – choć stosunkowo nowy i złożony głównie z bardzo młodych artystów, to z przyjemnością dostrzegłam kilka osób z dawnego zespołu, wspierających młodszych koleżanki i kolegów swoim talentem i doświadczeniem. Jak wspomniałam wcześniej, również Balet stanowił tło dla wydarzeń. Byli ruchomym elementem scenografii, a wywiązywali się z tego z ogromnym wdziękiem i pięknym ruchem wykształconych klasycznie tancerzy – bardzo mi tego brakowało, bo – choć doceniam współczesny taniec, to klasyczna sztuka baletowa i związany z tym kanon ruchu, nieodmiennie wywołuje we mnie wrażenie lekkości i piękna, elegancji, finezji… ta gracja porusza we mnie coś… zachwyca. Artyści Baletu nie bardzo mieli okazję wykazać się wirtuozerią tańca, nie było tu scen typowo baletowych, tak jak mogłoby się tego oczekiwać, ale swoje zadania wypełnili pięknym, miękkim, a jednocześnie eleganckim ruchem scenicznym. To niesamowite, jak wojna może być przedstawiona jednocześnie groteskowo i elegancko. Jak zabawne podskoki w wykonaniu tancerza klasycznego zachwycają lekkością i są fikuśne, a nie nieporadne i karykaturalne. Jak pięknie można umierać i omdlewać. Podoba mi się ten spokojny, wyważony, jakby falujący ruch sceniczny, płynność, jaką nadaje, brak frenetyczności, za to mnóstwo elegancji – patrzy się na tancerzy po prostu z ogromną przyjemnością. Jest wysmakowana naturalność, nie ma przerysowania.
Kolej na to, bym opowiedziała Wam o głównych bohaterach, czyli solistach. Otóż w okoliczności opowieści wprowadza nas i całość spina Narrator – przyjemna bardzo, nienachalna i nienarzucająca się postać o bardzo miłym tembrze głosu, choć, przykro mi to mówić, o nieco zamazanej, zbyt codzienną mową pachnącej dykcji. Być może to sprawka mikroportu, który potrafi rozleniwić – a może aktor był nie do końca dysponowany, wszak i tak się zdarza? Mimo to jest to postać nawet nieco intrygująca, do tego dystyngowana, choć bez niepotrzebnego zadęcia – po prostu sympatyczny człowiek opowiadający nam ciekawą historię. W główną i tytułową rolę Kandyda wcielił się Jacek Laszczkowski – swoją partię śpiewa z wielkim uczuciem, bardzo to cenne. Słuchałam go i oglądałam z ogromnym zainteresowaniem i uwagą. Jego nieco musicalowa emisja głosu brzmiała tu niezwykle subtelnie, a pożegnanie ukochanej Kunegundy bardzo mnie wzruszyło. Zresztą brawa za tę scene należą się również dla pani Reżyser, scena jest po prostu piękna! Pokazuje nam też osobowość Kandyda – naiwnego i raczej nie do końca rozgarniętego człowieka, ogarniętego rozpacza po stracie ukochanej.
Każdy z Solistów wykazał się kunsztem i talentem aktorskim. Każdy z nich sprawdza się w roli komicznej. Z przyjemnością słuchałam tych naprawdę pięknych głosów, niektórych nie znałam, ale ich właściciele są bardzo utalentowani i godni zapamiętania. Dykcja u wszystkich w partiach mówionych (po polsku) bardzo dobra, a w śpiewanych (po angielsku) wystarczająca, a jak wcześniej wspominałam, trudności i pułapek również wokalnych kompozytor nie pożałował. To bardzo wymagający materiał. Na szczególną uwagę zasługuje partia Kunegundy i sopran koloraturowy artystki Joanny Moskowicz – soczysty i mocny i w dolnej i w górnej tesyturze, wyrównany, świetne i sprawne koloratury, a wysokie trzymane dźwięki (D trzykreślne? A może nawet E?) zaparły mi dech. Każdy dźwięk wyśpiewany jak trzeba – naprawdę to bardzo sprawna śpiewaczka, jestem pod wrażeniem! A ma dziewczyna co śpiewać! I tu znów brawa dla Reżyserki – scena Kunegundy z koralami – komiczny majstersztyk!
Pani Joanna Cortes, którą podziwiam nieodmiennie i od lat, wystąpiła w roli doświadczonej przez życie Staruszki – nie dość, że zaśpiewała wspaniale – lekko i z właściwą jej gracją, to miała okazję pokazać swój talent komiczny – sprawiła, że śmiałam się do łez! Tomasz Rak jest w świetnej kondycji wokalnej, bardzo lubię jego miły baryton i komediowe zacięcie sceniczne – Tomek dobrze czuje się w takich rolach i gra je bardzo dobrze! A ja lubię go w takich rolach, bo jest w nich naturalny, emanuje prostotą i ciepłem. Artur Janda, którego nie znałam, zrobił na mnie wrażenie pięknym, głębokim bas barytonem, kulturalnym bardzo śpiewem, świetną dykcją i gustowną interpretacją nadętego Panglossa i śmiesznego Kakambo – bardzo się cieszę że mogłam go poznać, również osobiście, bo tak się złożyło, że mieliśmy okazję złożyć sobie życzenia – w kontakcie osobistym okazuje się również być bardzo szarmancki szarmanckością naturalną.
Na dobre słowo zasługuje również
śliczna i zalotna Pakita, w którą wcieliła się Maria Antkowiak dysponująca sopranem
o ciepłej okrągłej barwie, a także tenor Maciej Gwizdała , który wcielił się w
kilka postaci. Ich role może są drugoplanowe, ale ważne i – co tu dużo mówić – świetnie
zagrane i zaśpiewane!
Na zakończenie wrócę do
scenografii i kostiumów, a także reżyserii. Mam nadzieję, że scena w Eldorado
przejdzie do historii teatru! Jest po prostu zjawiskowa! Ja będę ją długo
wspominać… Złote słońce, złota wprawiana w falowanie przez tancerzy tkanina
rozesłana na calusieńkiej scenie, rety, jakie to daje cudowne wrażenie – i te
światła!!! I tłum w czapkach ze złotej folii. I znów „rycinowy” papierowy balon
z gondolą trzymany przez jednego z tancerzy jako wisienka na torcie –
wzdychałam z zachwytu jak dziecko! Cudowna scena! Przepych godny „Aidy” –
osiągnięty prostymi środkami, a wrażenie niesamowite! Cudowna kraina! Można?
Można! A światła nie tylko w tej scenie lecz w całym przedstawieniu światła
„robią” TO!
Kostiumy Solistów tez
zasługują na pochwałę – na tle szarości
– kolorowe, barokowe – plusze, tafty, falbany, peruki! Szczególnie przyciągają
uwagę postaci Baronostwa odgrywane przez artystów Chóru, wyjątkowo komiczne,
pojawiające się na krótko na scenie, ale zapadające w pamięć. Widziałam z
bliska buty Baronowej – warto się przyjrzeć! Godny uwagi detal. Powrót do
klasyki, ta barokowość i jednocześnie surowość środków stworzyły nastrój bajki.
Bowiem to wszystko razem, wraz z zespołami tworzącymi sceny wydarzeń i ich
ruchem, oraz użyciem tych nielicznych – nazwę to – gadżetów scenicznych utrzymanych
w prostocie czarno-białych dawnych rycin, a także proste triki, jak zmiany
nakryć głów przez chór, czy rekwizyty w postaci masek „weneckich”, lub morze z ludzi przez które
płynie „rycinowa” papierowa łódeczka, lub specyficzne zataczanie się bohaterów,
każe widzowi używać wyobraźni, ale też naprowadza i nadaje kierunek. Każe podglądać świat
pokazany na scenie przez kółko lunety w tle (lub bulaj statku). Nic nie jest tu
oczywiste, a dokładnie wiadomo o co
chodzi. Wszystko razem tworzy wartką i zabawną, a jednak melancholijną filozoficzną opowieść podróżniczą
pełną nieoczekiwanych zwrotów akcji i absurdalnych przygód bohaterów.
Wszystko zagrane i zaśpiewane z
umiarem i dyskretnie prześmiewczo, bez wulgarności, nawet tych kilka yyyyy, wyraźniejszych słów,
które padły ze sceny, padły z niej słusznie i we właściwych momentach, będąc
szczyptą cajenne w tym trochę gorzkim a trochę cynamonowym świecie -zaskakując
i rozśmieszając publiczność.
Tak więc jeśli chcecie się dobrze i kulturalnie zabawić i
jednocześnie zrelaksować oraz doświadczyć teatru w teatrze – z radością
zapraszam do Opery Bałtyckiej na „Kandyda” Leonarda Bernsteina!
Obsada, którą miałam zaszczyt oglądać:
Kandyd – Jacek Laszczkowski
Kunegunda – Joanna Moskowicz
Pangloss / Kakambo – Artur Janda
Maksymilian / Kapitan – Tomasz Rak
Pakita – Maria Antkowiak
Vanderdendur / Gubernator / Rakoczy – Maciej Gwizdała
Staruszka – Joanna Cortes
Wolter – Przemysław Bluszcz
utworzone przez Magdalena Pfeifer | maj 20, 2018 | Aktualności, Subiektywnie o...
Ten tekst napisałam pod koniec roku 2016. Chyba były to ostatnie przedstawienia „Strasznego Dworu w Operze Bałtyckiej, na pewno ostatnie, w jakich ja brałam udział. Długo czekałam z opublikowaniem go. Robiłam kilka przymiarek, ale ciągle coś mnie powstrzymywało. Teraz, kiedy odchodzący ze stanowiska dyrektora Opery Bałtyckiej Warcisław Kunc w agonii swojego urzędowania podejmuje decyzję o LIKWIDACJI przedstawienia i utylizacji dekoracji (dlaczego, pytam, dlaczego???) ten tekst nabiera dla nie samej nowego wymiaru. Dużo emocji, dużo wspomnień. Nadszedł czas, by pokazać go światu. Niech się Wam tak dobrze czyta, jak mnie się go dobrze pisało!
„Kiedy byłam małą dziewczynką, miałam wówczas około 6 lat, dostałam od znajomej mojej mamy dwie kasety magnetofonowe. Ale jakie to były kasety! Niezwykłe! Było to słuchowisko ze wspaniałą obsadą i świetną muzyką (choć nie każdą z piosenek doceniałam jako dziecko, bo niektóre były „dorosłe”) – „Lato Muminków”.
To słuchowisko wywarło na mnie takie wrażenie, że słuchałam tego latami niemal codziennie. Po jakimś czasie kasety się zniszczyły od ciągłego słuchania, ale na szczęście psim swędem udało się gdzieś zdobyć kolejne, co graniczyło niemal z cudem – pamiętajmy, że to był głęboki PRL, kryzys, przełom lat 70/80-ch. Ale udało się! Dostałam nowe kasety i dalej mogłam spijać dźwięki i upajać się ich treścią. Wydawać by się mogło, że znam każde słowo na pamięć i potrafiłabym wyrecytować całość, ale tak nie jest. Mam jakąś ułomność, lub dar – zależy jak na to spojrzeć. Więcej zwracam uwagi na melodię i sposób artykulacji, na to, co się dzieje, na emocje, niż na bezpośrednią treść. I mogę uczciwie powiedzieć, że mam każdy dźwięk „lata Muminków” zakodowany w komórkach. Ale nie każde słowo. No, tak mam i już. To słuchowisko było o tyle szczególne dla mnie, że… odkryłam dzięki niemu magię teatru. Miałam też inne słuchowiska, ale tylko w tym jednym była mowa o teatrze i to w taki sposób!!! Muminki przeżywały w nim swoją przygodę z iluzją, wyobrażeniami, tym, że w teatrze wszystko jest wymyślone, choć niby prawdziwe, z tym, że „nic nie jest tym, czym się wydaje, ze jest”. Doznały magii teatru, jego mistyki. Nawet teraz, kiedy o tym piszę, mam ciarki na plecach… w dziwnym domu, który okazał się teatrem, a w którym Muminki wraz z sąsiadami schroniły się po powodzi w ich Dolinie mieszkała tajemnicza i nieco naburmuszona, choć raczej – jak się tak zastanowić – wściekła woźna Emma (kreowana przez Zofię Rysiównę!). Była żoną inspicjenta Filifionka, o którym opowiadała, że „spadła na niego żelazna kurtynaaaaa! I oboje pękli! I on i kurtyna!” (ten dramatyzm, jak ona o tym opowiadała! Ależ to robiło wrażenie! I oczywiście całymi latami nie wiedziałam, tak jak Muminki ani co to żelazna kurtyna, ani kim był inspicjent, co wzmagało dramatyzm!). Była wściekła z powodu ignorancji Muminków owszem, mnie też było wstyd!), którzy nie mieli pojęcia, że istnieje coś takiego jak teatr i w ten oto sposób, który był chyba kluczowym dla mnie osobiście w rozumieniu teatru, tłumaczyła im, czym teatr jest:
„Teatr jest najważniejszą rzeczą na świecie, gdyż tam pokazuje się ludziom, jakimi mogliby być, jakimi pragnęliby być, choć nie mają na to odwagi, i jakimi są.”
Przerażona Mama Muminka myślała, że to zakład wychowawczy i muszę przyznać, że coś w tym jest…
Ktoś mógłby zapytać – wszystko fajnie, ale co ma do Muminków „Straszny Dwór”? A ma. I to dużo.
Jako już dorosła, dwudziestokilkuletnia dziewczyna po szkole wokalnej dostałam wymarzoną, wymodloną pracę w teatrze operowym, wówczas jeszcze w Państwowej Operze Bałtyckiej. Było to tuż po przekształceniu Państwowej Filharmonii i Opery Bałtyckiej w dwie niezależne instytucje, czyli rok 1997. Pomimo, że raczej marzyłam o Teatrze Muzycznym, byłam ogromnie szczęśliwa! Do „Muzyka” nawet nie próbowałam zdawać, uznałam, że skoro łaaaaał!, przyjęli mnie aż w operze, a to było jak najbardziej zgodne z moim wykształceniem, to co ja tam będę wydziwiać… no cóż, kompleksy i strach… a PRZECIEŻ W OPERZE MNIE PRZYJĘLI! Wówczas dyrektorem był pan Włodzimierz Nawotka, a kierownikiem choru pani Elżbieta Wiesztordt.
Moim pierwszym, najpierwsiejszym przedstawieniem, w jakim wystąpiłam, czyli moim debiutem na scenie był właśnie Straszny Dwór – opera, której niemal każdy dźwięk mam zakodowany w komórkach, tak jak Muminki. Opera, dzięki której poznałam magię teatru. Jeszcze w reżyserii Bogusławy Czosnkowskiej, pod batutą Andrzeja Knapa. Graliśmy to przedstawienie ładnych parę lat, „Straszny” to taki „samograj” jakby, sztuka operowa z przepiękną (i myślę, że jednak niedocenianą) muzyką. I wówczas zaczęłam odczuwać magię teatru. Polega ona na bardzo wielu rzeczach. Po pierwsze ważne jest doskonałe opanowanie materiału, które ja akurat zawdzięczam naszej koleżance z chóru i jednocześnie korepetytorce i akompaniatorce Janinie Matusewicz. Nie było zmiłuj! Jańcia rozliczała mnie z każdej nutki, ale też spotykała się ze mną wytrwale i mówiła co i jak, a ja wytrwale się uczyłam. W sumie od tego zależało moje stałe zatrudnienie. Zresztą spaliłabym się ze wstydu, gdybym nie umiała… Z tego miejsca pragnę Janeczce bardzo podziękować! Po drugie, kiedy dostałam „swoją własną” teatralną konsolkę w garderobie, a potem kostiumy – byłam wniebowzięta! Wizyty w pracowni krawieckiej, której wtedy szefowała niezrównana pani Terenia Firyn były świętem, dopasowywano mi koszuliny, halki, suknie… a potem trzeba było biec do szewców dobrać buty. Miałam małe dzieci, ale jeśli tylko mogłam, to zostawałam dłużej na próbach, oglądałam, słuchałam, chłonęłam, w końcu to teatr! Wymarzony, wymodlony! Zwiedzałam kulisy, przyglądałam się sufitowi pełnemu sztankietów i reflektorów, zazwyczaj tonącemu w tajemniczym mroku, dekoracjom zwalonym na tyłach sceny za kulisami, przygotowanym, by szybko je zmienić na kolejną odsłonę, czy na kolejny akt. Kłaniałam się każdemu, czy trzeba, czy nie trzeba. Z nabożeństwem mijałam Floriana Skulskiego, wówczas długoletnią i niekwestionowaną gwiazdę POB i przeżywałam szok, gdy się do mnie odezwał. A to bardzo fajny człowiek był, jest – w ogóle człowiek z krwi i kości – jak się okazało! W ogóle miałam skłonności do traktowania solistów jak bogów na Olimpie – tym dla mnie byli! Na próbach robiłam wszystko, żeby się odnaleźć, rejestrowałam wszystko, co tylko mogłam, modląc się by dobrze wypaść. Również, a może przede wszystkim w oczach starszych koleżanek i kolegów. I tak naprawdę to im zawdzięczam to, że przeżyłam jako tako moje pierwsze przedstawienie. Bo, pomimo, że umiałam muzykę w tę i nazad, nieocenione były podpowiedzi koleżanek i kolegów (uwaga, „nasza muzyka leci”), a także to, że w odpowiednich momentach byłam pociągnięta, czy popchnięta dokądś, a oczy miałam dookoła głowy i patrzyłam co wszyscy robią. Musiałam się też mieć mocno na baczności, bo co dowcipniejszy koledzy potrafili nieźle „wpuścić” w maliny… to były takie otrzęsiny.
Byłam też świadkiem debiutu scenicznego Pawła Skałuby, który o ile pamiętam rolą Stefana „zaliczał” swój dyplom na scenie Państwowej wówczas jeszcze Opery Bałtyckiej. Wszyscy wtedy zachwycaliśmy się i głosem i aparycją tego jakże wspaniałego teraz śpiewaka. Wszyscy wróżyliśmy mu wspaniałą karierę i nadal trzymamy za niego kciuki, za niego, za jego talent. Wróżba się spełniła. Dla mnie osobiście jego dyplom był ogromnym przeżyciem, bowiem przeczuwaliśmy wszyscy, że Paweł mocno wbije się w pamięć publiczności i mieliśmy rację! Mam szczęście, że mogłam pracować z takimi śpiewakami jak Paweł, że mogłam oglądać narodziny gwiazdy, jaką jest niewątpliwie w Polsce Paweł Skałuba – każdy szanujący się meloman zna nazwisko tego świetnego tenora. Rola Stefana zawsze będzie rozbrzmiewała w mojej głowie Jego głosem. Większość „Strasznych”, w których wystąpiłam była właśnie z Pawłem jako Stefanem!
Zresztą z wieloma śpiewakami występującymi w „Strasznym” połączyły mnie serdeczne stosunki, bo tak się właśnie dzieje w teatrze, na scenie… jesteśmy rodziną… bardzo serdeczny i koleżeński był i jest Jacek Szymański, którego Damazy również brzmi mi w uchu. Dość wymienić tu jeszcze Józia Przestrzelskiego (Stefan), którego serdeczność była ogromna, a nie widziałam go niestety już chyba z 20 lat… nawet nie wiem, czy by mnie pamiętał… Floriana Skulskiego i Leszka Skrlę oraz w ostatniej realizacji również Mikołaja Zalasińskiego – trzech wybitnych Mieczników. Marzena Prochacka, Anna Fabrello czy Aleksandra Kubas jako Hanna. Trzy dźwięczne głosy, trzy wspaniałe kobiety. Trzy divy. Jako Jadwiga, Ewelina Wojciechowska oraz Karolina Sikora, której również kibicuję mocno. Nieżyjący już niestety panowie niezrównany Kazimierz Sergiel czy Maciej Wójcicki… Raz gościnnie wystąpiła z nami w roli Cześnikowej wybitna Stefania Toczyska, dla której Opera Bałtycka była macierzystym teatrem! To było przeżycie! I na szczęście mam gdzieś zdjęcie! Panią Stefanię mogłam podziwiać z daleka i bliska. Wspaniałą kreację nieco nietypowej Cześnikowej stworzyła również wspaniała i kochana jednocześnie diva, jaką jest Kasia Hołysz , a jako Damazy partnerowali jej w ostatniej produkcji Weissa zabawni Ryszard Minkiewicz i Adam Zdunikowski. Można by tu jeszcze wymienić co najmniej kilka osób, ale pamięć już nie ta… Jak wspomniałam jesteśmy rodziną, czasem bliższą czasem dalszą… Ale najbliższą mi rodziną były koleżanki i koledzy z Chóru. Było i jest wśród nich wiele wybitnych osobowości, które odcisnęły na mnie niezatarty ślad, kształtowały mnie, a ja – prawdopodobnie też – ich. Wspaniałe głosy, ciekawi ludzie, po prostu Artyści! Nietuzinkowi ludzie, którzy całe serce wkładają w swoją pracę, tak wymagającą przecież, a tak często niedocenianą. Mówi się często, że „chórzyści” (my to określenie odbieramy niestety nieco pejoratywnie), to odpadki, ludzie, o niespełnionych ambicjach solistycznych. To bardzo krzywdzące opinie. Tak, wielu z nas marzyło o karierze solowej, ale z dumą pracujemy w chórze, z dumą tworzymy teatr. Każdy z nas to jakaś historia, często trudna historia rodzinna czy inna, ale która nie pozwoliła spełniać się solowo. Każdy z nas to człowiek z marzeniami, lękami, ale i odpowiedzialnością nie tylko za śpiew, ale i własne życie poza teatralne… Każdy z nas to człowiek z różnym szczęściem i różnym talentem. Bywa, że skromnym, ale wystarczającym do tego, by z ogromnym za to zaangażowaniem tworzyć teatr w Chórze. Bywa, że olbrzymim, ale… różnie się w życiu układa. Czasem zdrowie nie pozwala… czasem życie po prostu ma swoje zakręty… nikomu nie wolno oceniać pobudek, dla których ktoś pracuje „tylko” w Chórze. A my jesteśmy szczęśliwi, że mamy okazję supportować (pozwolę sobie użyć tego określenia) czyli wspierać innych artystów. Jesteśmy szczęśliwi, kiedy możemy występować i zamieniać tych kilka chwil w trakcie spektaklu w momenty magiczne.
Chór to moja najbliższa teatralna rodzina, takie… rodzeństwo i kuzynostwo. Miałam i mam tam kilka osób, które są mi szczególnie bliskie. Kto wie o kim mowa, ten wie – mam nadzieję! Darzymy się nawzajem serdecznością, zaufaniem, a nawet przyjaźnią. Dziękuję za to Losowi! Dziękuję, że są ze mną! Bez Was moja praca w Operze miałaby zupełnie inną jakość. Jesteście ważną częścią mojego życia!
Pamiętam również pierwsze kroki Macieja Pękala właśnie również w Strasznym Dworze jako Macieja… Piękny głos. Naprawdę piękny głos.
A dyrygenci?… heh, było paru dyrygentów kierujących Strasznym Dworem, a ja w „Strasznym” zaczynałam ze wspaniałym człowiekiem, jakim był Andrzej Knap. To była ogromna przyjemność występować „pod nim” (tak, wiem jak to brzmi, ale tak się mówi!) i zaczynać z tak pro-śpiewaczym dyrygentem! Kierował wówczas orkiestrą, której wielu członków nie pamiętam, bo grywali na tzw. doangażowaniu i sporadycznie, a z wieloma łączą mnie serdeczne i wieloletnie więzi tworzyli – i na szczęście nadal jeszcze tworzą – Muzykę. Od początku mojej pracy koncertmistrzami były świetne: skrzypaczka Halina Jastrzębska i wiolonczelistka Anna Sawicka.
Skoro dałam się ponieść wspomnieniom, to nie sposób nie wspomnieć o paniach i panach z zespołu technicznego – wszyscy po cichu dbali o to, by cale przedstawienie szło tak jak należy. Zazwyczaj się o nich nie wspomina, pomija milczeniem, a to niezwykle ważni członkowie teatru przecież są… Też są częścią mojej rodziny. I oczywiście balet – i tu jest kilka osobowości scenicznych, które mocno zapadły mi w serce!
Jeszcze jedna osoba zasługuje na osobne wspomnienie, bo też poznałam ją przy okazji mojego debiutu. Magdalena Szlawska – inspicjentka. Nie przygniotła jej żelazna kurtyna jak inspicjenta Filifionka z Muminków, ale przygniatała ją ogromna odpowiedzialność. Myślę, że można to w sumie porównać… Bycie inspicjentem to wybitnie trudne zadanie, a Magda zaczęla pracę jako bardzo młoda dziewczyna, miała raptem nieco ponad 20 lat. Trzeba ogarniać WSZYSTKO to, co się dzieje za kulisami, na scenie, na zapleczu teatru, pilnować kolejności, porządku i ciszy, utrzymywać dyscyplinę… przypominać WSZYSTKIM o wszystkim. Jeszcze śledzić tekst opery na bieżąco i podpowiadać śpiewakom, gdyby nie daj Panie coś się zdarzyło… Znosić humory artystów. Magda też miała swoje humory, ale przy takim ogromie pracy i odpowiedzialności to zrozumiałe. Bywało trudno, ale jej praca jest wybitnie trudna. I dla niej chciałabym tą drogą przekazać wyrazy podziwu, uznania, szacunku i podziękowania!
To wszystko sprawia, że mam do „Strasznego Dworu” ogromny sentyment. I kiedy nowo przybyły dyrektor POB (później przekształconej w OB – Opera Bałtycka) nie chciał się zgodzić na wystawienie tej sztuki, było mi troszkę smutno. W końcu to „samograj”, ludzie to kochają, młodzież by przyszła… a Dyrektor zapewne właśnie dlatego nie chciał „Strasznego” wystawić. Tak naprawdę jest to sztuka, którą trudno jest inaczej zrobić, niż klasycznie i łatwo można się otrzeć o kicz. A tego Marek Weiss – bo o nim mowa – nie cierpi. Unika jak piekielnego ognia! Jego inscenizacje są wyjątkowe, wyszukuje perełki, nie bierze się za popularne sztuki. Ma na koncie w samej Bałtyckiej nie byle co – Madame Curie, Salome, czy Czarną Maskę i oczywiście wiele innych, jak Faust, czy popularne (jednak!) Rigoletto. Sporo Mozarta. W każdej z tych inscenizacji Weiss, jako wybitny reżyser dodał coś od siebie – szturcha widza, który skłoniony jest tymi kuksańcami do myślenia. Takie zadanie dobrego reżysera przecież…
Na całe szczęście wreszcie po latach Dyrektor zdecydował się i zrealizował „Straszny Dwór” na deskach Opery Bałtyckiej. Niestety była to jego ostatnia realizacja w tym teatrze. Nasz Tatuś (jak żartobliwie, ale i trochę czule nazywała go część chóru, skłonna jestem twierdzić, że o tym nie wiedział, choć wyszło to od niego, bo on kiedyś coś nam tłumacząc tak powiedział) znalazł sposób, żeby pokazać i nam i publiczności inne oblicze tej sztuki. Uważam, że udało mu się to wyśmienicie! Czemu? Cóż, po każdym przedstawieniu kurtyna podnosi się kilka razy, a my kłaniamy się i kłaniamy… i wydaje się, że tym mocnym, równym oklaskom nie ma końca! I daje nam to radość i satysfakcję, pomimo, że czasem ktoś śpieszy się na kolejkę, czy tramwaj, czy chorego dziecka… Karmimy się tymi oklaskami, cieszymy, że podoba się widzom to, co staramy się przekazać. To, że widzowie doceniają to, co my wszyscy artyści próbujemy pokazać tak, jak nas tego dyrektor Weiss nauczył. Bo jego reżyseria jest świetna.
Dla mnie osobiście praca z nim w jego inscenizacjach była ogromnym zaszczytem. Nie zawsze podobało mi się to, w jaki sposób przekazywał pewne treści, nie zawsze zgadzałam się z pewną estetyką, ale nie ma wątpliwości, że jest to wybitny reżyser operowy. Opera jest szczególną sztuką i trudniej ją wyreżyserować, niż inne spektakle, takie przynajmniej panuje przekonanie. W obecnych czasach trzeba się również mocno wysilić, by przyciągnąć widza, zainteresować go, gdyż w każdej chwili może włączyć jakiś tzw. wykon, powiedzmy z Metropolitan Opera na You Tube i „wypiąć” się na żywy teatr. Kluczową rolę w operze odgrywa muzyka i wiele razy miałam okazję się przekonać, że Dyrektor zna dogłębnie dzieło, z którym pracował. Każdą frazę, każdy dźwięk – i genialnie potrafi zgrać inscenizację z muzyką. Powiem więcej, zależy mu na maksymalnym wykorzystaniu muzyki w swoich reżyseriach. Niezależnie od kontrowersyjnych odczuć, jakie być może wzbudzają jego dzieła ich atutem jest, ze poruszają coś w człowieku. Nikt nie wychodził obojętny z jego sztuk. Nikt. Również my, artyści. Często dyskutowaliśmy, czy nawet kłóciliśmy się na temat jego wizji jakiejś sztuki, czasem pomstowaliśmy, bo burzył nasz światopogląd na coś, a wiadomo, że często łatwiej jest zrzucić winę na tego, który pokazuje nam inność niż tę inność (bywa, że niezgodną z naszym światopoglądem) zaakceptować. Kłóciliśmy się o to, że „tak się nie robi, a Weiss tak robi, przecież to niezgodne z kanonem!”.
Właśnie. Dyrektor Weiss burzy kanony. Każda jego sztuka jest majstersztykiem, ze świetną obsadą. Oczywiście ma swoich ulubionych śpiewaków, ale to jest chyba ”grzechem” każdego reżysera, który, kiedy znajdzie optymalnych dla siebie artystów, po prostu z nimi pracuje, wiedząc czego może się spodziewać po nich i że oni zrozumieją jego intencję wykonując ją tak, jak on tego oczekuje, przy okazji dodając coś od siebie (ta uwaga dotyczy solistów, nas, artystów chóru po prostu miał, nie wtrącał się do zatrudniania czy zwalniania osób w chórze, o ile nie był do tego zmuszony). A Weiss jest świetnym znawcą ludzi i doskonałym obserwatorem. Potrafi uwolnić w ludziach ich potencjał, pokazać im, że mają w sobie coś, o czym nawet nie wiedzą, że mają, ale on chętnie to w swojej sztuce wykorzysta. Bardzo często bywało tak, że ktoś z nas robił coś – gest, specyficznie reagował, każdy wg własnego charakteru, a Dyrektor wykorzystywał to – za chwilę można było usłyszeć prośbę, a słuchajcie, zróbcie to i to… a ktoś z nas się cieszył, że zainspirował Dyrektora i ma swój mini wkład w powstanie tej reżyserii. Ale to system naczyń połączonych, on po prostu dostawał od nas na scenie, to, czego chciał.
Dyrektor, przystępując do pracy z chórem (z solistami zapewne było podobnie), robił wprowadzenie sytuacyjne. Przeważnie znaliśmy dzieło, wiedzieliśmy lepiej lub gorzej o czym jest, a nawet bardzo dokładnie, często była to dla niektórych z nas kolejna realizacja. Mimo to wszyscy bardzo uważnie słuchali tych „pogadanek”. Marek Weiss potrafi czarować, oczarowywać słowem i opowieściami. Roztaczał swoją wizję w taki sposób, że wierzyliśmy w to, że to jedynie słuszna koncepcja, przynajmniej w chwili słuchania. Osobiście zawsze bardzo cieszyłam się na te wstępne próby, gdyż interpretacja dzieła przez Dyrektora często była zaskakująca, a do tego czułam się trochę jak dziecko w szkole słuchające z otwartą buzią bajki – takie dziwy opowiadał. Wplatał do swoich mów wątki osobiste, swoją historię, przeżycia, anegdoty różne, a wszystko to po to, by nas naprowadzić na to, co chciał osiągnąć przy naszej pomocy na scenie. Chciał, żebyśmy to zrozumieli, poczuli, uwierzyli w to. Byśmy potrafili wczuć się w JEGO opowieść o Tosce, czy Makbecie. Byśmy TYM się stali.
Kiedy pracowaliśmy przy „Strasznym Dworze” oczywiście również wysłuchaliśmy dyrektorskich refleksji. A ponieważ my jako chór bardzo dużo w tej sztuce występujemy – sporo tych historyjek nam opowiadał. Taka rola reżysera. I dzięki temu np. powszechnie uznawana za nudną, choć bardzo piękna scena lania wosku nagle zyskała aspekt magiczny, którego kiedyś nie czułam w takim wymiarze. A teraz, gdy jestem na scenie, to po prostu JEST. Sprawiają to światła i półmroki. Zatrzymania ruchu. Sprawiają to wspomnienia o tym, o co nas prosił. A prosił na przykład tak: podchodził do nas uśmiechnięty na scenie i mówił jakby podekscytowany „a wiecie dziewczynki… a gdybyście tak zechciały stać się na chwilę tymi niewinnymi dziewczątkami, które cierpliwie wyszywają te kwiaty, modlą się do Matki Bożej o dobrego chłopa, ale oczywiście żadna się do tego nie przyzna, bo tak naprawdę to są takie prawdziwie niewinne istoty…”. Albo „dziewczynki moje miłe, poczujcie to, przestańcie udawać, że czujecie, nie myślcie teraz o tym, że nie zdążycie na tramwaj, że dziecko nie odrobiło lekcji i czy kupiłyście kartofle, no błagam was, to są bardzo ważne sprawy, ale pomyślcie o tym po zejściu ze sceny… (i puszczał oko bez puszczania oka, ale wszyscy wiedzieli, że puścił do nas mentalne oko, bo tak specyficznie przeciągnął kilka ostatnich słów, niemal niezauważalnie, przesuwał uważnie po wszystkich obecnych wzrokiem małego szelmy, po czym zacierał ręce i mówił „no, to jeszcze raz!”, a tych razów wcale nie było dużo, bo jego perswazja i motywacja sprawiała, że robiłyśmy to, co trzeba. W scenie lania wosku naprawdę chcemy ten wosk lać. To są nasze autentyczne dziewczęce marzenia i pragnienia zaklęte w tej scenie. A kiedy Jadwiga śpiewa swoją Dumkę naprawdę widzimy te czary, o których opowiada… a ja to po prostu przeżywam.
Marek Weiss wprowadził mistycyzm do tej opery. Mistycyzm i refleksję. Ciekawa jestem, czy byłby zadowolony z tego, co właśnie napisałam! Z refleksji na pewno, bo sam niejednokrotnie mówił o tym, że lubi, kiedy widz się jej podda, kiedy MYŚLI…
„Straszny Dwór” Marka Weissa budził sporo kontrowersji. Na początku nie było wiadomo, czy będzie klasyczny. Przyzwyczailiśmy się do uwspółcześnionych oper w jego reżyserii, poza tym, niestety skromny budżet naszej opery raczej nie pozwalał na uszycie obfitych szlacheckich kostiumów… Ale Dyrektor znów wszystkich zaskoczył! Nie dość, że znalazły się klasyczne kostiumy, piękne zresztą, to jeszcze w prologu występowały prawdziwe konie!!! (Na premierze jednemu zdarzył się „wypadek”, ale na szczęście kryzys został zażegnany dość szybko i tylko utrzymujący się na scenie i w pierwszych rzędach widowni zapach o nim przypominał…). A inscenizacja pomimo wyjątkowo skromnych jak na premierę operową środków finansowych była stworzona z rozmachem! Nie był to jednak koniec niespodzianek! Dyrektor skorzystał z prawa inscenizatora do wprowadzania zmian i… nasz „Straszny” zaczyna się i kończy zupełnie inaczej, niż kiedykolwiek w jakimkolwiek innym teatrze operowym! Wprowadził wątek współczesny, a cała opera stała się jednym wielkim snem pijanego człowieka, który zastanawia się nad polskimi wartościami i wątpi, czy to wszystko tak naprawdę ma sens…. I jak to we śnie bywa, czas się miesza, a żywiołowego mazura tańczą młodzi powstańcy warszawscy, którzy oddali życie za… no właśnie, tu Weiss pyta „za co?”. Czy te polskie wartości warte są tego, żeby nasze dzieci skazywać na śmierć? Czy nie jest tak, że to życie jest najwyższą wartością? Powstańcy w trakcie mazura padają jeden po drugim, a główny bohater, Stefan, budzi się ze snu właśnie z takim pytaniem w głowie… gasną światła i słychać krakowski hejnał, a jeszcze przed chwilą tak rozradowany chór opiewający radość życia, stoi z pospuszczanymi w hołdzie powstańcom, lub z żałości nad nimi, głowami. Zawsze, absolutnie zawsze mam ciarki na plecach! Znów. I łzy w oczach! Także i teraz, kiedy to piszę, jestem bardzo wzruszona…
Publiczność niemal za każdym jest zdezorientowana! Po ostatnich dźwiękach słynnego, wesołego i zawsze oczekiwanego mazura porwani muzyką ludzie zaczynają oklaski, natychmiast jednak one gasną, gdy tylko rozlega się hejnał. My jako chór stoimy na proscenium i możemy obserwować publiczność. Widzimy niedowierzanie i zachwyt, konsternację, niepewność… niektórzy się rozglądają , bo nie wiedzą, jak się zachować. Niektórzy wstają. A potem następuje burza, huragan oklasków, która trwa i trwa, niejednokrotnie standing ovations! I drzwi na foyer są już otwarte, ale nikt się tam nie wybiera. Dla mnie… dla mnie to jest piękne, to jest docenienie tej wersji „Strasznego Dworu”, docenienie wizji Marka Weissa i tego, ze zaczarował ludzi, publiczność. Pokazał im za naszym pośrednictwem COŚ.
Tak, obie miały rację i Emma i Mama Muminka. Teatr to zarówno najważniejsza i najpiękniejsza rzecz na świecie pokazująca ludziom, jacy mogliby być, ale też i zakład wychowawczy. Cudowny, moralny, piękny, wesoły, smutny. Zawsze magiczny, kiedy jest dobrze zrobiony. Kiedy reżyser i artyści mają cos do powiedzenia.
Za każdym razem, kiedy jestem na scenie współtworzę tę magię, a przynajmniej próbuję. Na pewno ją czuję, choć czasem „tam boli, tam strzyka”, padam z nóg lub myśli wędrują ku jakimś kłopotom. Wtedy jednak myślę o widzach, o tym, że czekają na swoją bajkę, a ja tę bajkę wraz z innymi opowiadam, tak, jak marzyłam, odkąd dostałam kasety z „Latem Muminków”. Nie ma więc „że boli” i daję z siebie wszystko. W szczególności odczuwam tę magię w takich przedstawieniach, jak „Straszny Dwór” Marka Weissa. I to sprawia, że czuję nie tylko przyjemność z tego, co robię, ale też i sens, bo to o to przecież chodzi. Żeby mili widzowie, coś z tej sztuki wynieśli. Choćby oderwali się na chwilę od nieodrobionych lekcji, wściekłego szefa i tego, co na obiad.
Prawdę mówiąc, mało brakowało, a po odejściu Dyrektora Weissa „Straszny Dwór” nie byłby grany, gdyż nie bardzo podobała się ta koncepcja przedstawienia nowej dyrekcji. Rozważano zmianę, przearanżowanie mazura z powstańcami, przerobienie przedstawienia na obowiązujący kanon. Było to o tyle możliwe, że Marek Weiss podobno scedował prawa autorskie na Operę Bałtycką. Piękny, honorowy gest. Szkoda by było nie wystawiać w ogóle, gdyż muzykę Moniuszki wszyscy mamy we krwi, ona po prostu płynie w żyłach Polaków i znamy te melodie, nucimy je, często nie wiedząc, że to Moniuszko. Szkoda by też było zmieniać tę, nieco kontrowersyjną, ale wspaniałą, poruszającą koncepcję Weissa. Na szczęście zapadła decyzja o ponownym wystawieniu tej realizacji! Nie wiem z jakiego powodu, ale pozostawiono spektakl w takiej formie, jak został stworzony. I chwała za to! No, oprócz koni, niestety koni żal… Graliśmy „Straszny” ponownie po ponad półrocznej przerwie, trochę więcej niż rok od premiery, wszyscy wkładając w wykonanie ogromne zaangażowanie i –jak sądzę – w ogólnym rozrachunku Pan Dyrektor byłby zadowolony z nas, choć pewnie były niedociągnięcia, bo zawsze znajdzie się coś do poprawienia.
Nie wiem, czy będzie mi dane jeszcze wystąpić w tym przedstawieniu i czy widzowie będą mogli je obejrzeć. Nie wiem, czy będę miała okazję wystąpić jeszcze w jakimkolwiek spektaklu Marka Weissa. Liczę na to, że tak. Mam też szczerą nadzieję, że jeszcze wiele razy ten „Straszny Dwór” „poleci” na naszych deskach, że będziemy wszyscy mogli się nim jeszcze długo cieszyć!
Co więc łączy „Lato Muminków” ze „Strasznym Dworem” Marka Weissa? Zaraźliwa magia teatru!”
Poniżej przedstawiam dane dotyczące obu premier „Strasznego Dworu”, a także słuchowiska pt. „Lato Muminków”. Możliwy do znalezienia na kanale You Tube.
Stanisław Moniuszko
Straszny dwór
Premiera 11 listopada 1995
libretto: Jan Chęciński
kierownictwo muzyczne: Andrzej Knap
reżyseria: Bogusława Czosnowska
scenografia: Józef Napiórkowski
choreografia: Henryk Rutkowski
przygotowanie chóru: Elżbieta Wiesztordt
Obsada:
Krzysztof Gasz: Stefan
Ewelina Wojciechowska: Jadwiga
Bartłomiej Tomaka: Skołuba
Adam Węgliński: Grześ
Leszek Skrla/Florian Skulski: Miecznik
Anna Fabrello: Hanna
Jacek Szymański: Damazy
Łukasz Goliński: Zbigniew
Joanna Wesołowska: Cześnikowa
Kamil Pękala: Maciej
oraz Balet, Chór i Orkiestra POB
Czytaj więcej na:
http://kultura.trojmiasto.pl/Oko-uchem-Jaki-teatr-lubi-Mama-Muminka-n46689.html#tri
Straszny dwór
Stanisław Moniuszko
Premiera 13 grudnia 2015
Sienkiewicz, Matejko, Moniuszko – taka jest aktualna trójca wieszczów. Krasiński i Słowacki nie sprawują już rządu dusz. Tylko Mickiewicz ze swoim niepodważalnym autorytetem stoi na czele wszystkich, ale głównie dzięki kultowi, jakim darzymy „Pana Tadeusza”. A więc nostalgia sarmacka i sny o potędze wciąż są podstawowym paliwem narodowej dumy. Nie zmienił tego Wyspiański ani Gombrowicz. Nie zmienili tego luminarze PRLu. Kochamy nasze szlacheckie tradycje, waleczność, honor, odwagę i Miecznika, który ten kodeks cnót wylicza Damazemu, jako warunek ubiegania się o rękę córki. Nie raz obserwowałem oburzenie na widowni, kiedy reżyser szydził z tej postaci i opatrywał jej arię dwuznacznym cudzysłowem.
Ale jednak spór z Sarmacją jest podstawowym motorem naszej kultury. Prawie każdy polski twórca czuje się w obowiązku zabrać udział w tej dyskusji. Prawie każdy polski widz żywo kibicuje w tych sporach. Nawet pokolenia, które wydają się już kosmopolityczne i dla których narodowe cnoty należą do lamusa obciachowych tematów ze szkolnej ławy, tak naprawdę tęsknią za wyprawą w głąb przeszłości i odkrywaniem prawdy o swoich korzeniach. A więc zagrajmy to jeszcze raz i dodajmy tu i teraz swoje przekonanie, że heroiczna poezja, na której zostaliśmy wychowani ma też swoją niebagatelną cenę, którą niespodziewanie trzeba będzie zapłacić.
Marek Weiss
Premiera
13 grudnia 2015
Realizacja
libretto Jan Chęciński
kierownictwo muzyczne Tadeusz Kozłowski
inscenizacja i reżyseria Marek Weiss
scenografia Hanna Szymczak
choreografia Emil Wesołowski
światła Piotr Miszkiewicz
przygotowanie Chóru Anna Michalak
asystenci dyrygenta Szymon Morus,Jakub Kontz
asystenci reżysera Magdalena Szlawska,
Krzysztof Rzeszutek
asystent scenografa Monika Ostrowska
Obsada
MIECZNIK Mikołaj Zalasiński/Leszek Skrla
HANNA Aleksandra Kubas – Kruk / Agnieszka Adamczak-Hutek
JADWIGA Karolina Sikora / Elwira Janasik
DAMAZY Adam Zdunikowski/Ryszard Minkiewicz
ZBIGNIEW Adam Palka/Szymon Kobyliński
STEFAN Paweł Skałuba
MACIEJ Zbigniew Macias/Zenon Kowalski
SKOŁUBA Daniel Borowski/Damian Konieczek
CZEŚNIKOWA Katarzyna Hołysz/Małgorzata Ratajczak
STARA NIEWIASTA Joanna Wesołowska
GRZEŚ Krzysztof Rzeszutek
Chór, Balet i Orkiestra Opery Bałtyckiej
Dyrygent Tadeusz Kozłowski/Szymon Morus
Informacje pobrane z oficjalnej strony Opery Bałtyckiej. Zdjęcia Krzysztof Mystkowski (agencja KFP)


Lato Muminków (bajka muzyczna)
Lato Muminków
Rodzaj słuchowiska baśń muzyczna
Kraj produkcji Polska
Język polski
Scenariusz Andrzej Maria Marczewski (adaptacja)
Bogdan Chorążuk (teksty piosenek)
Na podstawie Lato Muminków Tove Jansson w przekładzie Ireny Szuch-Wyszomirskiej
Reżyseria Andrzej Maria Marczewski
Muzyka Tadeusz Woźniak
Realizacja dźwiękowa Władysław Gawroński, Fryderyk Babiński, Andrzej Złomski
Narrator Gustaw Holoubek
Data produkcji 1978
Długość 79:32
Pierwsze wydania płytowe
lub kasetowe
Tytuł Tove Jansson: Lato Muminków
Data wydania 1978
Wytwórnia płytowa Wifon/Pronit
Lato Muminków – polska baśń muzyczna dla dzieci, będąca adaptacją Lata Muminków fińskiej pisarki, Tove Jansson.
Dla Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu tekst zaadaptował reżyser przedstawienia Andrzej Maria Marczewski. Teksty piosenek napisał Bogdan Chorążuk, a muzykę skomponował Tadeusz Woźniak. Widowisko cieszyło się dużą popularnością i było potem wystawiane w wielu polskich teatrach[1]. Dla potrzeb wałbrzyskiego spektaklu nagrany został podkład muzyczny, który w 1978 wykorzystano w trakcie realizacji fonograficznej tej baśni. Pomiędzy marcem a sierpniem 1978[2] w studiach radiowych w Warszawie i Opolu nagrywane były teksty mówione i piosenki.
Bohaterom Lata Muminków użyczyli swoich głosów znani polscy aktorzy, a piosenki śpiewane były przez samego Tadeusza Woźniaka, jego kilkuletniego wówczas syna Piotra, Krystynę Prońko, zespół Andrzej i Eliza i in. Album, obok płyty Zegarmistrz światła, był największym sukcesem w dorobku Tadeusza Woźniaka[1]. Pochodząca z płyty piosenka „Senna kołysanka” należy też do największych przebojów Krystyny Prońko[3].
Producentem nagrań była firma Wifon, która w 1978 wydała Lato Muminków na dwóch kasetach magnetofonowych (Wifon NK-536 a-b) oraz dwóch długogrających płytach gramofonowych wytłoczonych dla Wifonu przez Pronit (SLP 4001 – 4002).
W 2009 roku, nakładem Polskiego Radia, ukazała się reedycja albumu na płycie kompaktowej i w nowej oprawie graficznej (nr kat. PRCD 1083).
Twórcy (wyd. 1978, 2LP)[edytuj]
opracowano na podstawie materiału źródłowego[2]
przekład: Irena Szuch-Wyszomirska
adaptacja i reżyseria: Andrzej Maria Marczewski
teksty piosenek: Bogdan Chorążuk
muzyka: Tadeusz Woźniak
realizacja dźwięku: Władysław Gawroński, Fryderyk Babiński, Andrzej Złomski
kierownik produkcji: Iwona Thierry
opracowanie graficzne: Włodzimierz Terechowicz
obsada:
Narrator – Gustaw Holoubek
Mamusia Muminka – Ryszarda Hanin
Tatuś Muminka – Zygmunt Kęstowicz
Muminek – Mieczysław Czechowicz
Mimbla – Ewa Kania
Mała Mi – Mirosława Krajewska
Panna Migotka – Mirosława Krajewska
Bufka – Małgorzata Niemirska
Homek – Jerzy Bończak
Emma – Zofia Rysiówna
Filifionka – Daniela Makulska
Paszczak – Andrzej Stockinger
Paszczakówna – Danuta Szaflarska
Włóczykij – Tomasz Grochoczyński
Informacje pobrane z Wikipedii.
Poniżej przedstawiam pismo dyrektora w sprawie likwidacji „Strasznego Dworu” w Operze Bałtyckiej. Zdjęcie pobrałam ze strony na FB „Ratujmy Operę Bałtycką”
https://www.facebook.com/Ratujmy-Oper%C4%99-Ba%C5%82tyck%C4%85-139455373571226/