O MULATU ASTATKE
[Best_Wordpress_Gallery id=”17″ gal_title=”Mulatu Astatke”]
Gdański Teatr Szekspirowski. Miejsce, do którego ostatnio dość często zaglądam. Bywam. Tak się jakoś złożyło, dobrze dla mnie!W niedzielę 24 stycznia też tam byłam. Uczta muzyczna, duchowa –Mulatu Astatke! Co tam uczta – orgazm muzyczny!
Pełnokrwisty afrykański jazz! Przenikający każdą komórkę ciała, zmuszający ciało do poruszania się… zauważyłam kilka osób, które dały się porwać tańcowi, kilka dziewcząt, odważnie wyrażających się poprzez taniec niemal transowy, ale nie dziwi mnie to! Moje nogi i biodra też poddawały się nie znoszącym sprzeciwu, porywającym afrykańskim rytmom wybijanym zarówno przez samego Astatke, jak i dwóch innych rewelacyjnych, żywiołowych perkusistów, pragnęły poddać się temu tribal dance, po to, by zastygnąć, gdy trębacz i saksofonista dokonywali cudów dźwiękowych na swych instrumentach…Mulatu jakby od niechcenia grał na wibrafonie – co za dźwięki, Mulatu jest mistrzem! A ten instrument jest cudowny, marzyłam kiedyś, żeby na nim grać, zamiast tego gram na gongach i misach, mniej rytmicznie, ale co tam! Inne to granie przecież! Niezwykłą osobowością sceniczną i podejściem do swojego instrumentu wykazał wiolonczelista Danny Keane – czy to aby była wiolonczela rockowa? Porywająca, łkająca, warcząca, rytmiczna… gitarowa!!! Danny siedział sobie na krześle, ubrany, jak rockman, z wiolką na kolanach, czule ją obejmował, jak gitarę… i takoż grał na niej!
Zespół Astatke złożony jest ze świetnych i do tego zgranych ze sobą muzyków! Obłędni są! Widać, że znają się świetnie, widać, ze sama gra jest dla nich kupą zabawy i fantastyczną zabawą! Żal, że grali tak krótko – czas tak szybko minął… jednak organizm, przynajmniej mój, zupełnie inaczej przyjmuje muzykę na żywo! Nawet jak słuchałam jej sobie siedząc z zamkniętymi oczami w kąciku na galerii… rozwibrowane od dźwięków powietrze, energia radości płynąca ze sceny… rewelacja! Byłam w niebie!
Kiedyś często chadzałam na jazzowe koncerty, karmiłam się tym – muzyką, atmosferą, energią, niestety w pewnym momencie mojego życia okazało się, że nie miałam z kim chodzić – jednak do tego potrzebne jest towarzystwo – szczególnie młodej osobie, a dodatkową przeszkodą były zadymione kluby – nie lubię… bardzo nie lubię. Papierosowy dym bardzo mi przeszkadza. Teraz mamy takie wspaniałe czasy, że nie można palić w miejscach publicznych! Mogę chodzić na koncerty, nie martwiąc się, ze będę śmierdzieć, jak stara popielniczka, nie wspominając o biernym paleniu i wszystkim, co ze sobą niesie. Oh, yeah! W GTS-ie za to można wypić piwo (i to nie jedno!) na koncertach. Niektórzy goście bardzo intensywnie korzystali z tej możliwości, może to i dobrze, bo przynajmniej towarzystwo się trochę rozluźniło, a oklaski zrobiły się żwawsze i bardziej entuzjastyczne… na wejściu artystów i przy pierwszych numerach, kiedy to muzycy dali popis naprawdę wielkiego kunsztu i wirtuozerii oklaski były mizerne i niektóre sama inicjowałam – w sumie zastanawiam się nad dorabianiem jako klakier… Nie powiem, było mi wstyd za widownię. Po prostu wstyd! Muzycy się starają, grają dla nas, wynagrodzenie w postaci artystycznej gaży to jedno, ale oklaski są dla nich podziękowaniem! Nie wspominając o tym że na koncertach jazzowych należy to po prostu do dobrego tonu, taka jest tradycja! Jak ktoś gra solówkę, to w podziękowaniu za artyzm klaszczemy, proszę Państwa! To naprawdę nie jest takie trudne!… Klaskałam więc i na szczęście dołączali do mnie inni, a jak się rozluźnili, to już sami bili brawa i krzyczeli, gwizdali… A słysząc znane kawałki, czy cudne improwizacje, reagowali w końcu z entuzjazmem… uff!
Tacy są Polacy trochę sztywni… czy mi się wydaje? Chyba mi się nie wydaje. Bywałam na koncertach za granicą i tam ludzie inaczej się zachowują. A może to specyfika GTS-u? Może to teatr onieśmiela? W sumie u nas w Operze jest podobnie. A może jestem niesprawiedliwa. Niedługo znów się gdzieś wybiorę i będę obserwować. Mam Was na oku! 😉
Ale ogólnie koncert był wspaniały J
Tym bardziej, że ten wieczór spędziłam w towarzystwie moich dzieci – fajnie jest razem coś przeżywać!
Skład zespołu:
Mulatu Astatke: wibrafon, wurlitzer i instrumenty perkusyjne
James Arben: saksofon, klarnet basowy, flet
Byron Wallen: trąbka: wiolonczela
Alexander Hawkins: pianino i keyboard
John Edwards: kontrabas
Richard Olatunde Baker: instrumenty perkusyjne
Tom Skinner: perkusja