O MULATU ASTATKE

[Best_Wordpress_Gallery id=”17″ gal_title=”Mulatu Astatke”]

Gdański Teatr Szekspirowski. Miejsce, do którego ostatnio dość często zaglądam. Bywam. Tak się jakoś złożyło, dobrze dla mnie!W niedzielę 24 stycznia też tam byłam. Uczta muzyczna, duchowa –Mulatu Astatke! Co tam uczta – orgazm muzyczny!

Pełnokrwisty afrykański jazz! Przenikający każdą komórkę ciała, zmuszający ciało do poruszania się… zauważyłam kilka osób, które dały się porwać tańcowi, kilka dziewcząt, odważnie wyrażających się poprzez taniec niemal transowy, ale nie dziwi mnie to! Moje nogi  i biodra też poddawały się nie znoszącym sprzeciwu, porywającym afrykańskim rytmom wybijanym zarówno przez samego Astatke, jak i dwóch innych rewelacyjnych, żywiołowych perkusistów, pragnęły poddać się temu tribal dance, po to, by zastygnąć, gdy trębacz i saksofonista  dokonywali cudów dźwiękowych  na swych instrumentach…Mulatu jakby od niechcenia grał  na wibrafonie – co za dźwięki, Mulatu jest mistrzem! A ten instrument jest cudowny, marzyłam kiedyś, żeby  na nim grać, zamiast tego gram na gongach i misach, mniej rytmicznie, ale co tam! Inne to granie przecież! Niezwykłą osobowością sceniczną i podejściem do swojego instrumentu wykazał wiolonczelista Danny Keane – czy to aby była wiolonczela rockowa? Porywająca, łkająca, warcząca, rytmiczna… gitarowa!!! Danny siedział sobie na krześle, ubrany, jak rockman, z wiolką na kolanach, czule ją obejmował, jak gitarę… i takoż grał  na niej!

Zespół Astatke złożony jest ze świetnych i do tego zgranych ze sobą muzyków! Obłędni są! Widać, że znają się świetnie, widać, ze sama gra jest dla nich kupą zabawy i fantastyczną zabawą! Żal, że grali tak krótko – czas tak szybko minął… jednak organizm, przynajmniej mój, zupełnie inaczej przyjmuje muzykę na żywo! Nawet jak słuchałam jej sobie siedząc z zamkniętymi oczami w kąciku  na galerii… rozwibrowane od dźwięków powietrze, energia radości płynąca ze sceny… rewelacja! Byłam w niebie!

Kiedyś często chadzałam  na jazzowe koncerty, karmiłam się tym – muzyką, atmosferą, energią, niestety w pewnym momencie mojego życia okazało się, że nie miałam z kim chodzić – jednak do tego potrzebne jest towarzystwo – szczególnie młodej osobie, a dodatkową przeszkodą były zadymione kluby – nie lubię… bardzo nie lubię. Papierosowy dym bardzo mi przeszkadza. Teraz mamy takie wspaniałe czasy, że nie można palić w miejscach publicznych! Mogę chodzić na koncerty, nie martwiąc się, ze będę śmierdzieć, jak stara popielniczka, nie wspominając o biernym paleniu i wszystkim, co ze sobą niesie. Oh, yeah! W GTS-ie za to można wypić piwo (i to nie jedno!) na koncertach. Niektórzy goście bardzo intensywnie korzystali z tej możliwości, może to i dobrze, bo przynajmniej towarzystwo się trochę rozluźniło, a oklaski zrobiły się żwawsze i bardziej entuzjastyczne… na wejściu artystów i przy pierwszych numerach, kiedy to muzycy dali popis naprawdę wielkiego kunsztu i wirtuozerii oklaski były mizerne i niektóre sama inicjowałam – w sumie zastanawiam się  nad dorabianiem jako klakier… Nie powiem, było mi wstyd za widownię. Po prostu wstyd! Muzycy się starają, grają  dla nas, wynagrodzenie w postaci artystycznej gaży to jedno, ale oklaski są dla nich podziękowaniem! Nie wspominając o tym że na koncertach  jazzowych należy to po prostu do dobrego tonu, taka jest tradycja! Jak ktoś gra solówkę, to w podziękowaniu za artyzm klaszczemy, proszę Państwa! To naprawdę nie jest takie trudne!… Klaskałam więc i  na szczęście dołączali do mnie inni, a jak się rozluźnili, to już sami bili brawa i krzyczeli, gwizdali… A słysząc znane kawałki, czy cudne improwizacje, reagowali w końcu z entuzjazmem… uff!

Tacy są Polacy trochę sztywni… czy mi się wydaje? Chyba mi się nie wydaje. Bywałam  na koncertach za granicą i tam ludzie inaczej się zachowują. A może to specyfika GTS-u? Może to teatr onieśmiela? W sumie u nas w Operze jest podobnie. A może jestem  niesprawiedliwa. Niedługo znów się gdzieś wybiorę i będę obserwować. Mam Was na oku! 😉

Ale ogólnie koncert był wspaniały J

Tym bardziej, że ten wieczór spędziłam w towarzystwie moich dzieci – fajnie jest razem coś przeżywać!

Skład zespołu:
Mulatu Astatke: wibrafon, wurlitzer i instrumenty perkusyjne
James Arben: saksofon, klarnet basowy, flet
Byron Wallen: trąbka: wiolonczela
Alexander Hawkins: pianino i keyboard
John Edwards: kontrabas
Richard Olatunde Baker: instrumenty perkusyjne
Tom Skinner: perkusja

O BASI PIÓRKOWSKIEJ

O BASI PIÓRKOWSKIEJ

12669672_998075576925467_4268076699050513146_n              Byłam tam. Zawitałam  w końcu w progach ECS-su w Gdańsku (ECS – Europejskie Centrum Solidarności). Różne słyszałam opinie o tym miejscu – jedne zachęcające, inne wprost przeciwnie, ale nie pognałam tam z ciekawości. Oparłam się. Jakoś też dotąd nie miałam powodu, czy okazji, a lubię mieć takowe. Sama ciekawość nie jest wystarczająca. Teraz tam poszłam specjalnie dla Baśki, czyli dla Barbary Piórkowskiej, pisarki z Gdańska – żeby ją wesprzeć troszkę na jej spotkaniu z czytelnikami. Powód wybitny! Ja jeszcze czytelniczką co prawda nie jestem, ale to się wkrótce zmieni, gdyż dopiero co stałam się szczęśliwą posiadaczką jednej z jej książek, pt.: „Utkanki” – leży teraz na stoliku nocnym i patrzy na mnie z wyrzutem co wieczór. Najpierw chcę skończyć to, co zaczęłam wcześniej, czyli „Ucieczkę niedaleko” Bolesława Faca. Porządek wszak jakiś musi być!

Czytelniczką  nie jestem, ale nie przeszkadza mi to być fanką Basi! Basia Piórkowska jest niezwykłą, nieprzeciętną, piekielnie inteligentną, energiczną i energetyzującą, piękną  Kobietą (koniecznie przez wielkie K) z ogromną wyobraźnią. Poznałyśmy się już kilka ładnych lat temu, jak policzę, to będzie… z osiem? Ładna liczba! Nie jesteśmy bardzo zaprzyjaźnione, widujemy się bardzo rzadko, ale zawsze czujemy się świetnie w swoim towarzystwie. Jest to jedna z takich wspaniałych znajomości, która nie zna sytuacji „nie widziałyśmy się tyle czasu i nie wiem o czym z Tobą rozmawiać”. Po prostu… widzimy się albo słyszymy przez telefon i rozmawiamy. I bójcie się narody, wszystko aż się gotuje i furkocze! Mamy takie uniwersalne połączenie i tematy, dzielimy się sobie nawzajem sobą, przemyśleniami, jakbyśmy widziały się wczoraj. Bardzo to cenne i inspirujące. Jesteśmy siebie ciekawe, tego, co robimy, naszych artystycznych projektów i zwyczajnie – świata. Baśka mnie inspiruje, jest dla mnie niezaprzeczalnym autorytetem. Ilekroć  z nią rozmawiam, nie mogę się  nadziwić, ile energii i zaangażowania jest w naszej relacji! Ile tego jest w Baśce! Poza tym… obie uwielbiamy głośno – i rubasznie nawet – śmiać się pełną piersią! A nie wyobrażacie sobie nawet, jak to łączy!

Na spotkaniu jedna z jej uczennic (Basia uczy młodzież pisarstwa w Pałacu Młodzieży w Gdańsku) zapytała, jak to jest, że na jej zajęcia trudno się dostać. Ja wiem dlaczego. Ponieważ jest człowiekiem, który daje wolność. Nawet jak ocenia (nauczyciel musi to robić, cóż poradzić, taka rola), to robi to w taki sposób, że człowiek czuję się bezpiecznie. Zachęci, poradzi, podpowie rozwiązanie, pożartuje (broń Boże z Ciebie), żeby rozluźnić atmosferę, POZWALA BYĆ SOBĄ! Sama czerpie z pewnością pełnymi garściami z tej różnorodności ludzi, jaka ją otacza. Jest ciekawa, zainteresowana. Głodna ludzi, świata, spraw, Wiedzy  – przy czym spektrum jej zainteresowań jest ogromne!

Przyznaję, że ja za Baśką  nie nadążam, jest dla mnie jak wypasiony statek kosmiczny! Podziwiam i po prostu płynę w waterkielu, który za sobą tworzy, mając nadzieję, że troszkę jej wspaniałości  na mnie spłynie z samego faktu nurzania się w jej fali.

Napisałam jej w podziękowaniu za spotkanie, że  to, co ma w głowie, to jakieś niesamowitości! Prawda Ci to. Kosmiczne jakieś! Ten Hermaszewski (wiszący nad jej głową) to nie przypadek. Baśka snuje opowieści pozornie bez sensu, bawi się słowem, naturalnie tak – żongluje nimi (słowami znaczy) i doprowadza do zaskoczenia, okazuje się, ze wszystko ma jednak sens, tylko Baśka prowadzi nas przez te manowce wyobraźni i wyciągania sensów z pozornych bezsensów. Cudne to, inteligencji do tego trzeba, by nadążyć. Dużej. Bo Baśka to mistrzyni wieloznaczności i odkrywania przed ludźmi tego, czego oni się nie domyślają, ze to w ogóle istnieje. Nadaje nowe znaczenia. Prowokuje do spojrzenia na istotę rzeczy pod innym kątem, trochę jakby stojąc na głowie w dziwnej pozycji. Ja tkwię w ciągłym zdziwieniu, zachwycie i radosnym oczekiwaniu, co też będzie dalej, bo znajomość i obcowanie z Basią to wielka, radosna przygoda!

Nie tylko w swoich tekstach, dopiero przeze mnie odkrywanych, ale również w bezpośredniej rozmowie meandrami prowadzi nas przez różne światy: historie rodzinne, historie kobiet. Łączy z miejscami w sposób jak ze snu, gdzie nic nie wygląda na takie, jakie jest naprawdę. Tworzy i spina wszechświaty i różne rzeczywistości: duchowe z realnymi, plecie i przeplata, zaplata, wyplata, tka. Stąd wziął się tytuł książki – „Utkanki”. Zmusza do myślenia,  ale do myślenia sercem. Basia, nie tytuł! Szuka. Czego?

Nie powiem wam, bo sama nie wiem – domyślam się tylko. Trzeba przeczytać książkę, przyjść  na spotkanie z Baśką – jest niezwykle otwarta i chętna do interakcji międzyludzkich. Z pewnością ucieszy się, jeśli będziecie chcieli zorganizować spotkanie autorskie.

Dzięki Ci Basiu, żeś tak pozytywną i inspirującą kobitą jest! Dzięki, że bywasz w moim życiu, że mnie inspirujesz. Dzięki, ze pokazujesz, że trzeba być sobą, tak jak Tobie pokazała i pozwoliła Twoja pani od polskiego. Dzięki za Twoją energię i wyobraźnię. Dzięki, że jesteś takim wulkanem. I cieszę się, że mogłam być  na Twoim święcie! Spotkanie z czytelnikami, to wszak pewnego rodzaju święto przecież – i dla pisarza i dla przybyłych gości.

A ECS? Pójdę tam znowu. Jestem pod wrażeniem. Wiem, że pisząc to narażam się wielu osobom! Korzystam jednak ze swojego przysługującego mi i niezawisłego prawa do posiadania własnego gustu i własnej opinii, haha! Z zewnątrz wygląda okropnie: jak  zaniedbany, zardzewiały, porzucony kadłub statku. Obrzydlistwo  nawet!  A w środku… cuda, panie dziejku, cuda! Pełna nowoczesność, Europa! Dizajn, przestrzeń… ale nie przytłaczająca. Gustowne to. Trzeba się wybrać  na wystawę jakowąś chyba. Albo nawet po prostu, ot tak. Posiedzieć, popatrzeć, nacieszyć oczy.

A może Basia będzie tam znów miała swoje spotkanie autorskie? Życzę jej tego z całego serca! Z nadzieją, ze będzie nas, czytelników coraz więcej.

Spotkanie zostało zorganizowane przez Pałac Młodzieży w ECS-ie. Odbyło się 6.02.2016 r.

Basia Piorkowska spotkanie ECS 6.02.2016 Utkanki

O… UWAGA! CZESŁAW MOZIL!

O… UWAGA! CZESŁAW MOZIL!

Czeslaw Mozil gdyniaTak. Śpię z nim. Z Czesławem. Od dobrych kilku dni. Zasypiam

z nim i budzę się. Otwieram oczy i mój wzrok pada na te jego błękitne oczęta i chłopięcą buzię. Jestem zafascynowana. Nim jako człowiekiem. Czytam go przed snem. Fajny jest. Myślę, że na żywo też bym go polubiła. Czytam i dochodzę do wniosku, że niegłupi facet z niego jest. No.

Ta jego książka – bo śpię z Czesławem drukowanym – nie jest to Sienkiewicz, ani Wańkowicz, nie, nie! Tak sobie chłop coś gada, pitoli trochę, jakby na imprezie był, parę piw wychylił

i wspomina… zwykłym bardzo potocznym językiem. Potoczystym też, a jakże, czasem denerwująco. Czasem naiwnie. W sumie – ciekawie. Taki sobie Czesio – bajarz. Ktoś mógłby powiedzieć, że ego ma większe od Wielkiego Kanionu, zapytać – kto on właściwie jest? I co sobą reprezentuje? Może i ma takie ego, nie wiem, jeszcze całego Czesława nie przeczytałam. Nie znam człowieka przecież. Odkrywam go sobie pomalutku. Eksploruję. Powoli wyłania mi się jego osobowość. Oczywiście, na pewno sobie go trochę idealizuję. Ale fascynuje mnie. Bo kim właściwie jest Czesław? Wyłonił się kiedyś skądś, taki undergroudowy muzyk ze śmiesznym (cudnym! Uwielbiam!) akcentem, dziwnymi tekstami, gra na akordeonie, kto to gra na akordeonie??? Po prostu pojawił się i… jest.

Kim więc jest? Interesującym człowiekiem, jak dla mnie. Otwartym na inność, tolerancyjnym. Troszkę zagubionym pomiędzy dwoma krajami – Danią i Polską, poszukującym tożsamości. Chłopakiem odkrywającym świat, beztrosko (na pewno?), ciekawym świata i ludzi. Imprezowiczem. Muzykiem. Do tego utalentowanym. W sumie gościem dość chyba nieśmiałym. Szczęściarzem, który jakoś tam sobie dryfuje w życiu, a co się ma ułożyć, się układa, ale – czego nie pisze wprost, pewnie dlatego, że jest zbyt skromny – bardzo pracowitym i dlatego układa mu się to, co się ma ułożyć. Jest łapczywy na życie. Refleksyjny. Wydarzają mu się w życiu rzeczy i może nie od razu – ale jednak wyciąga wnioski. To jest ogromna wartość. Ludzie często nie wyciągają wniosków, a potem się dziwią, że to, czy tamto ich ciągle spotyka. Albo nie spotyka. Potrafi spojrzeć na siebie krytycznie i powiedzieć, że nie zawszy był fair. To też cenne. Może musiał, bo jakby nie napisał, dostałby od kumpli po mordzie, ale jednak zrobił to.

Przede wszystkim jest to człowiek z pasją i chyba jest do tego skromny. Nie mam pewności, powtarzam, że nie znam człowieka, śpię tylko z jego papierową wersją… na pewno wie, że nie to ma wartość, co jest warte kupę forsy. Dość długo grał i tworzył na starym rozpadającym się akordeonie, pomimo, że miał inny, dużo droższy, ale tamten był dla niego cenniejszy. Wie czym jest przyjaźń. Wie, czym jest pasja.

Nie gardzi ludźmi. Nie gardzi prowincją. Nawet jest nią zachwycony, w końcu to prowincja to jego siła. Tak jak ludzie – to oni go nakręcają. Docenia drobiazgi, docenia to, co ma. Również to, co niematerialne. Fajnie!

Moim zdaniem to niezwykle inteligentny człowiek, który sobie obserwuje świat, jaki go otacza (i tu mamy z Czesławem coś wspólnego, tzn. ja też obserwuję, ha ha!), przygląda się ludziom i światu. Wyciąga absurdy, dziwi się rzeczywistości. I odważnie komentuje to, co widzi. Odważnie, ale jakby od niechcenia. Kpiąco nawet. Nie wiadomo tylko, czy kpi z obiektu swojej piosenki, czy ze słuchacza, z tego, który nie rozumie. A może i to, i to?

Obnaża ludzkie wady, słabości. Bawi się słowami, pojęciami. Żongluje nimi. Trzeba mieć odpowiednią psychę, żeby zrozumieć i polubić to, co ma do powiedzenia, zarówno tekstowo, jak i muzycznie. Zaczepia, kpi, wsadza kij w mrowisko i patrzy, jak się gotuje… On WIE. On WIDZI. On POKAZUJE i pyta – a ty, ty widzisz to, co ja?

Byłam niedawno na jego… hm… koncercie? Trafniejsza nazwa to WYSTĘP. CZESŁAW ŚPIEWA z Czesławem solo na scenie. To miał być koncert. Chyba. A był monodram. Myślę, że można to tak określić. Ludzie spodziewali się chyba czegoś innego, więcej muzyki i całego zespołu. A tu –guzik! Czesław był sam. Z małym klawiszem, z akordeonem i piwkiem. I opowiadał. Tak, nawet coś czasem zagrał, parę dźwięków, tak pro forma coś zaśpiewał, wplatał wersy piosenek w opowieść. Ale głównie mówił. Wkładał ten swój kij i mieszał, ooooj, mieszał! Niby opowiadał o swoim dzieciństwie, młodości – to co w książce. O kumplach z podwórka. Ale co to za kumple byli! O tym co aktualne – akurat wówczas najgorętszym tematem byli uchodźcy. Nie przebierał w słowach. Mówił rzeczy, które nie każdy mógł znieść. Klął nawet, takiego podwórkowego języka używał, no zwyczajnie, to kurwą rzucił, to pierdolnął – co nie każdemu przypadło przypuszczam do gustu. I parę osób wyszło z lokalu. Nie dali rady czesiowemu dowcipowi i sposobowi bycia, haha! Oj, bo po łapkach, tu się dialog toczy! – można by powiedzieć. Monolog właściwie. Inteligentny do bólu. Osobiście – ryczałam ze śmiechu! Powstrzymywałam się trochę, a jakże, z towarzystwem byłam, wstyd im przynosiłam, nic nie piłam, a piszczałam ze śmiechu – trzeba było się trochę ogarnąć, bo niektórzy gapili się na mnie z przyganą – jak to, co cię kobieto tak śmieszy?! Co w tym śmiesznego?

Śmieszyły mnie teksty Czesława, śmieszyło mnie, że niektórzy nie łapią kontekstu, śmieszyły mnie te spojrzenia, chrząknięcia… Śmieszyło mnie to, co smutne nawet, taki śmiech przez łzy…

Zrobiłyśmy sobie z córką lansik z Czesławem, a co! A może to Czesław lansuje się z nami? Nie, żeby przedtem słyszał o nas…

Wyszłam z koncertu w dobrym humorze, ale i pełna refleksji. Długo mnie trzyma, aż do teraz 😉 ale fakt, jak się śpi z kimś, to się o nim myśli… moja córka też z nim śpi… rozrywany ten Czesław.

Najważniejsza konkluzja moja jest taka, że Czesław jest… po prostu jest SOBĄ. Taki jest jaki jest. Jak się komuś nie podoba, to wypad. Akceptuje siebie takiego. Podąża za swoimi talentami i rozwija je. I to jest jego siła.

I jeszcze jedno jest pewne. Czesław cieszy się życiem.

I tego właśnie i Wam moi mili czytelnicy i sobie życzę. Z całego serca!

  1. S.: córka mnie oświeciła, że występ nazywał się Czesław Śpiewa Solo Akt. Dziękuję, dobrze wiedzieć, ale i tak dostałam to, co chciałam :))))
  2. S.2: Czesław Śpiewa Solo Akt odbył się w listopadzie w Blues Club w Gdyni na ul. Portowej – kultowej

www.magdalenapfeiferarts.com

www.facebook.com/magdalenapfeiferarts

jeśli się Wam podoba ten tekst – proszę, udostępniajcie – nie bądźcie tacy, niech inni też poczytają

O CARTE BLANCHE Z ANDRZEJEM CHYRĄ

O CARTE BLANCHE Z ANDRZEJEM CHYRĄ

carte blanche plakatMiałam rozbierać choinkę. Dawno się już sypała, nie miałam czasu zabrać się za to. I nagle któregoś wieczoru wróciłam wcześniej z pracy –jest czas na rozbieranie choinki! Jeeeee!

Żeby było mi raźniej, postanowiłam sobie włączyć film, lubię filmy i często kiedy coś robię, do towarzystwa włączam sobie jakiś. Z braku pomysłu zaczęłam czegoś szukać na VOD i… jest!!! Tak dawno chciałam go zobaczyć! Carte Blanche!

Włączyłam. Film się zaczął. A ja… zaczęłam rozbierać choinkę w baaaaardzo zwolnionym tempie… Właściwie przez znaczną część filmu stałam wpatrzona w ekran, z rękami pełnymi choinkowych ozdób, bo nawet nie przyszło mi do głowy, żeby odłożyć je na stół, albo – wykorzystując mniej przykuwające uwagę momenty – szybko to robiłam, brałam następne do ręki i dalej tak stałam… czasem tylko przysiadłam na krześle…

Film pewnie ma jakieś braki, ale wiecie co? Nie obchodzi  mnie to. Warto go obejrzeć! Dla świateł, dla zdjęć, dla portretu psychologicznego. Dla oczu Chyry. Pierwszy raz zobaczyłam Chyrę w „Wiedźminie” i te jego oczy, sposób gry tak mnie zauroczyły, że… kolejne postaci przez niego grane (te, które widziałam) wydały mi się miałkie, bezbarwne. A tu, w „Carte Blanche”… znów zostały pokazane ich błękit i głębia! Swoją drogą Chyra ma naprawdę takie oczy, spotkałam go kiedyś u nas  w teatrze, i przyjrzałam się – cóż, jestem  nimi zafascynowana!

Film bezapelacyjnie przykuł moją uwagę. Kadrowanie, efekty świetlne, sposób narracji… Zarysowane postaci i ich problemy. Piękna muzyka, świetne efekty akustyczne. To jest bardzo malarski film. Niesamowite wrażenie zrobiło na mnie „patrzenie oczami Kacpra”, obserwacja, jak rozwija się jego choroba. Podziwiam. Podziwiam twórców filmu za to, ze tak pięknie przedstawili historię lubelskiego nauczyciela (Maciej Białek) i podziwiam jego samego – za walkę o siebie, za walkę ze strachem, za spryt i inteligencję. Za empatię, charyzmę i podejście do młodzieży.

Dorota Kolak podobała mi się w roli oschłej, zapracowanej i trzymającej twardą ręka dyrektorki szkoły, wypadła bardzo wiarygodnie, w końcu to świetna aktorka (w dodatku z Gdańska! Ach!), Eliza Rycembel pokazała się  nam jako piekielnie inteligentna, ale zbuntowana nastolatka, a czemu zbuntowana? Ja już wiem, ale nie powiem! Nie będę spojlerować!

Mam taką refleksję, że to film o powierzchowności relacji międzyludzkich, o tym, że widzimy z czyjegoś życia tyle, ile ta osoba nam pokazuje i ile chcemy zobaczyć. Jest to też film o zaufaniu i strachu, że nie spełni się czyichś oczekiwań. Film o strachu przed brakiem akceptacji,  o tym, jak wciąż oszukujemy – siebie i innych i jak jesteśmy oszukiwani. Film o godzeniu się na to, co życie nam  niesie, o budowaniu siebie, o przyjaźni, tej istniejącej i umacniającej się z Wiktorem (świetny, ciepły Arkadiusz Jakubik) i rodzących się nowych przyjaźniach. O zmianie nastawienia – wzajemnie ludzi do siebie i do życia. Film o wartościach, przewartościowywaniu i szacunku. Wszystko to brzmi bardzo patetycznie, ale zapewniam, że tylko brzmi!

Obejrzyjcie go koniecznie, bo to też film o zwyczajnym życiu i o tym, że koniec naszego jednego świata może być początkiem drugiego, a tzw. „dopust Boży”, nieszczęście, jakie na nas spadło może być początkiem pięknej przygody, rozwoju i po prostu Życia – przez wielkie Ż.

Choinkę w końcu uprzątnęłam. Późno w nocy, powoli, w zamyśleniu i zachwycie kontemplując wciąż to, co zobaczyłam  na ekranie.

Carte Blanche (2015)

Reżyseria, scenariusz – Jacek Lusiński

zdjęcia – Witold Płóciennik

muzyka                -Paweł Lucewicz

montaż                – Jarosław Barzan

scenografia (scenograf)               – Marek Zawierucha

scenografia (dekorator wnętrz)               – Bartłomiej Bartłomiejczyk

scenografia (dekorator wnętrz)               – Jacek Gruszecki

O KONCERCIE ANDREA BOCELLI

O KONCERCIE ANDREA BOCELLI

ANDREA BOCELLI  (4)23 stycznia 2016w Ergo Arenie w Gdańsku odbył się koncert  Andrea Bocelli, w którym miałam zaszczyt brać udział, wraz koleżankami i kolegami artystami chóru i orkiestry Opery Bałtyckiej :))) pod dyrekcją maestro Marcello Roty!

Przyznaję, to było ogromne przeżycie! Przeżyłam w życiu trochę różnych występów, lecz  w takim wielkim przedsięwzięciu, z gwiazdą tego formatu i z tak ogromną widownią jeszcze nie brałam udziału! Na widowni Ergo Areny siedziało około 10 000 widzów! Możecie mi wierzyć, lub nie… ale to działa euforycznie, jak narkotyk 😉 i można się uzależnić!

Do tego te wszystkie światła jupiterów, atmosfera na scenie…

A gwiazda wieczoru… to prawdziwa gwiazda. Z klasą. Skromny człowiek, sympatyczny, uśmiechnięty. Fakt, że nie widzi tworzy dystans, ale też i szacunek ludzi wokoło.

Niech sobie wszyscy znawcy mówią co chcą – Andrea Bocelli to fenomen. Może i ma braki wokalne i interpretacyjne (bo ma), ale niewątpliwie za jego sprawą tzw. „wysoka muzyka” staje się coraz bardziej popularna i rozpoznawalna nawet wśród ludzi, którzy normalnie nigdy w życiu nie zainteresowaliby się muzyką operową – także jego ogromny wkład w jej popularyzowanie uważam za bezcenny! Dzięki niemu np. aria Turridu z Cavaleria Rusticana (https://www.youtube.com/watch?v=4CDAU9VOKk8 ) jest rozpoznawalna. Jego zasługi w tej  materii są niezastąpione! Wiem, wiem, Pavarotti, Carreras i Domingo – Ci trzej panowie i wielu innych, wybitnych śpiewaków też ma ogromny wkład. Ale Bocelli – chyba jest postrzegany jako jeden z nas. Zwykły chłopak. Jego ułomność też mu pomaga, poza tym jest niezwykle przystojny (nadal jest, mimo 58 lat i widocznego zmęczenia  na twarzy), a wiadomo, uroda też pomaga… Kiedy zaistniał  na scenie wzbudził zachwyt w mediach, (media go kochają i ludzie go kochają) mówiono – o ile pamiętam – że  to odkrycie, że to człowiek niewykształcony wokalnie, za to niezwykle muzykalny, talent wokalny. Naturszczyk. Dobrze wypromowany naturszczyk! Ale w końcu czemu nie? Śpiewać każdy może. Jeden lepiej, inny gorzej – tak podchodząc do sprawy Bocelli wypada całkiem nieźle, ba, bardzo dobrze nawet, niejeden z tenorów mógłby mu pozazdrościć czystego i świeżego jak  na swój wiek głosu, a te wszystkie długie i niewiarygodnie wysoko i pięknie wibrujące długie nuty, to marzenie niejednego z tenorów… i bardzo przyjemnie słucha się go na żywo. Jego repertuar jest pogodny, wprawiający w dobry humor, wzruszający. I o to przecież chodzi! Żeby ludzie czuli! Muzyka ma uszczęśliwiać i wzruszać!

Moim zdaniem Andrea Bocelli otwiera ludziom serca. I otwiera ich domy dla muzyki operowej!

Choć osobiście, na co dzień wolę wykonania arii operowych przez innych artystów, choćby wspomnianego wcześniej Domingo… ale to już takie zboczenie zawodowe…

 

Koncert był zorganizowany bardzo sprawnie. Wszystko było eleganckie, stonowane, żadnych fiku – miku. Na telebimie wyświetlane były zdjęcia i filmy ilustrujące muzykę, m. in. fragmenty z występów Bocellego. Całości dopełniło piękne, kolorowe oświetlenie, również widowni i delikatna mgiełka z dymów.

Niedowiarków pragnę zapewnić, że cały koncert był autentycznie na żywo, nie było żadnych playbacków! Choć z pewnością był „podrasowany” akustycznie. Podobno jedynie perkusja została dodana.

 

Jestem pod ogromnym wrażeniem dyrygenta, Marcello Roty! Jak  na wybitnego dyrygenta przystało  dyrygował niezwykle czytelnie. Na tym polega zapewne jego wybitność… Bardzo skoncentrowany, dokładnie wiedział, czego chciał – co jest oczywiste -i świetnie przekazywał to gestami. To była wielka przyjemność pracować z nim! To była wyjątkowa sytuacja i czerpałam z tego dużo przyjemnosci!

 

Mam jednak taką refleksję, dyskutowaliśmy też o tym w operze – w recenzjach i w artykułach dotyczących  koncertu zachwycano się  nad tym, że dyrygent świetnie podążał za solistą, który nic nie widzi, taki mieli wspaniały kontakt… Nie chcę umniejszać wspaniałości dyrektora Roty, bo jest ona absolutnie niezaprzeczalna! Ani wspaniałości Bocellego. Ale coś Wam powiem – każdy dyrygent operowy robi dokładnie to samo ze śpiewakami grającymi  na scenie, każdy śpiewak grający w przedstawieniu bardzo często znajduje się w sytuacji, kiedy nie widzi dyrygenta, nie ma szans na to, do tego jeszcze musi wykonywać zadania sceniczne,  a na koncertach solista często stoi PRZED dyrygentem… więc go nie widzi… – i wszyscy muszą sobie jakoś radzić! I dają radę. Na tym polega nasz zawód. Na słuchaniu. Na poczuciu muzyki. Na wzajemnym czuciu siebie. I  naprawdę  nie trzeba widzieć dyrygenta, żeby śpiewać! Trzeba słyszeć, umieć słuchać, trzeba mieć czujność i umiejętność szybkiego reagowania, jeśli dzieje się coś nieprzewidzianego. Bo czasami dzieją się takie rzeczy!… A widz/słuchacz nie powinien nic zauważyć…

Panowie Bocelli i Rota tak  naprawdę  mieli komfortowe warunki – mieli kontakt werbalny, nawet mogli się dotknąć, z pewnością ( co zresztą było widać) mają umówione sygnały, które wypracowali po latach wspólnej pracy, znają się obaj na wylot, to też wiele ułatwia.  Bocelli jest wykształconym instrumentalistą, zatem słuchać umie. Poza tym z pewnością jest wyczulony – w końcu nie widzi od bardzo wczesnej młodości, jego wewnętrzny wzrok i słuch, odczuwanie rzeczywistości jest dużo mocniej wykształcone, niż  nasze. Fraszka dla nich J

 

 

Wracając do kulis koncertu – ochrona była zwykle dyskretna – profesjonalnie, sprawnie,z kulturą. Obyło się bez incydentów. Bez szumu i sensacji. Wszystko było tak zorganizowane, aby wszyscy artyści byli jak najbardziej zadowoleni, bezpieczni, obsługa była bardzo miła i profesjonalna, bardzo pomocna.

Najważniejsza była muzyka i Andrea Bocelli wraz z gośćmi, zresztą  znakomitymi – sopranistką Alessandrą Marianelli i wokalistką pop Illarią Della Bidia, a także fantastycznym duetem gitarowym CARisMa.

 

Widzowie dostali to, czego pragnęli – ulubione przeboje w wykonaniu ukochanego przez nich wokalisty. Gustownie podane. Ma czar ten Andrea, to jest fakt niezaprzeczalny! Jest uwielbiany i to było czuć w Ergo Arenie! A nam, wykonawcom ta atmosfera się udzielała! Były momenty, kiedy odczuwałam niemałe wzruszenie, cieszyłam się tym, co się działo, naprawdę cieszyłam się atmosferą! Oddychałam nią!

 

Cudownie jest zobaczyć choć fragment koncertu i co się działo za naszymi plecami :))) i jeszcze raz wrócić do tych chwil, utrwalonych kamerami i na zdjęciach – filmy można obejrzeć w internecie oczywiście!

Będę miała wspaniałe wspomnienia!

 

 

Czytaj więcej i oglądaj na:
http://kultura.trojmiasto.pl/Andrea-Bocelli-oczarowal-publicznosc-w-Ergo-Arenie-n98273.html##tri

 

http://m.trojmiasto.pl/tv/Andrea-Bocelli-w-Ergo-Arenie-na-bis-13920.html

http://pomorskie.naszemiasto.pl/artykul/andrea-bocelli-wystapil-w-ergo-arenie-zdjecia,3631831,gal,t,id,tm.html

 

http://trojmiasto.tv/Andrea-Bocelli-Ergo-Arena-z-publicznosci-13919.html

 

http://trojmiasto.tv/Andrea-Bocelli-w-Ergo-Arenie-13921.html

 

http://kulturaonline.pl/wydarzenia/gdansk/ergo_arena/bocelli-z-chorem-i-orkiestra-opery-baltyckiej-e93233

 

 

Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.