O gongach – jubileusz 10 lat

O gongach – jubileusz 10 lat

Właśnie niedawno sobie uświadomiłam, że w tym roku mija 10 lat. 10 lat odkąd na serio działam w temacie mis tybetańskich. Rok 2007 był dla mnie ważny pod tym względem. To był rok ogromnych przemian. Moich osobistych przemian. Rok, w którym przewróciłam do góry nogami całe moje życie. Rok, w którym postawiłam bardzo mocno na siebie i swoją moc. Kiedy stwierdziłam, że mogę żyć  inaczej niż inni, że nie muszę się dostosowywać, naginać (w każdym razie nie w tym stopniu, w jakim było to dotychczas), że MOGĘ.

A co mogłam? A, chociażby spełnić swoje marzenie z wczesnej młodości o uzdrawianiu dźwiękiem. Albowiem, okazało się, że są tacy ludzie, którzy mieli podobne spostrzeżenia, jak ja. Ponieważ ja, kiedy śpiewałam, zauważałam wiele pozytywnych zmian u siebie i moich bliskich, którzy słuchali mojego śpiewania. Już jako dziecko czułam, że dźwięk jest czymś więcej. Czułam go niemal  namacalnie, był dla mnie realny, mogłam go dotykać. A skoro tak, skoro dźwięk mnie dotykał i robił mi przyjemność, odejmował ból (np. ból głowy, lub brzucha)  albo sprawiał ból (np. pisk hamującego pociągu), to znaczy, że działa na człowieka fizycznie i można to wykorzystać. W tamtych czasach był bardzo nikły dostęp do literatury  na ten temat i nie miałam pojęcia, że są ludzie, którzy też to badają (Peter Hess, Alfred Maman). Nie miałam pojęcia, że tak jest, jak myślałam! To znaczy ja to czułam i dla bliskich wykorzystywałam, ale nie na szerszą skalę. Bałam się trochę, że zostanę uznana za wariatkę, choć nawet moja Pani Profesor od śpiewu przyznawała, że coś w tym jest, w dźwięku, że ona też obserwuje czasem cuda. Potem był długi czas, kiedy w pewien sposób zostałam odcięta od tego wszystkiego. Od śpiewania, od duchowości. Tak – i to niestety  ja sama pozwoliłam na to. Ale taka była najwyraźniej moja droga do celu, trochę wyboista i trudna, ale… najważniejsze, ze we właściwym kierunku. Tamte doświadczenia, choć trudne, doprowadziły mnie do naprawdę kiepskiego stanu fizycznego i – przede wszystkim – psychicznego, stały się jednak dla mnie… Trudno mi powiedzieć czym się stały. Na pewno kopalnią wiedzy o sobie. Sięgnęłam wtedy dna. Swojego dna. I miałam do wyboru – zostać  na tym dnie  i powoli usychać, albo… wrócić do siebie. Wybrałam to drugie. Z umiłowania życia, ale przede wszystkim z miłości do dzieci. Dla nich postanowiłam odzyskać siebie, gdyż uznałam, że zasługują na to, żeby mieć szczęśliwą matkę. Uznałam, że zasługują  na to, żeby im pokazać, że MOŻNA INACZEJ. I zrobiłam to. Wymagało sporo determinacji , samozaparcia, bałam się jak nie wiem, bo stawiałam wszystko  na jedną kartę, ale gdzieś w głębi ducha wiedziałam, że dobrze robię! Że jestem  na właściwej ścieżce! A wiadomo, jak jesteś  na właściwej ścieżce, to Wszechświat Ci sprzyja! I tak właśnie było! Znajdowały się znikąd pieniądze, okazje, pomocni ludzie. I to się wtedy działo. Wystarczyło się odważyć! Codziennie tego doświadczam.

Niestety, moje ciało w czasie posuchy mocno ucierpiało i echa tego odczuwam do tej pory, ale – dzięki powrotowi do siebie  i niekonwencjonalnej pracy z dźwiękiem niesamowicie podkręciłam woje zdrowie!  Dzięki temu, w jakim byłam wówczas stanie (bardzo złym, były chwile, kiedy nie mogłam chodzić), mogłam obserwować, jak dźwięk  na mnie działa.

A był to czas, kiedy jeździłam  na kursy i koncerty do Leszka Angulskiego oraz do centrum Petera Hessa „Acama”, a także na kurs uzdrawiania głosem (moja działka, moje marzenie!) Shirley Rodin!

Na tych wszystkich kursach spotkałam bardzo wielu wspaniałych ludzi – z niektórymi jestem wciąż w kontakcie i to jest wspaniałe, niektórzy niestety zniknęli z mojego życia. Wszystkie te osoby sprawiły jednak, że uwierzyłam w siebie. Wspierali  mnie w trudnych chwilach, mówili, że mam nie schodzić z tej drogi, nie wolno mi! Jestem tym wszystkim ludziom bardzo głęboko wdzięczna i niezwykle często myślę o nich z wielką serdecznością, bo – uratowali mi życie. Dziękuję Wam za to!

Na tych kursach zobaczyłam, że nie jestem sama. Zobaczyłam, że ludzi podobnych do mnie jest więcej, że ścieżka jest już dobrze wydeptana i mogę nią po prostu iść. Co też czynię od ponad 10 lat.  I Wszechświat mi sprzyja!

W czym – zapytacie? Ano, choćby w zdobyciu pieniędzy  na misy. I potem na więcej mis i wymarzone gongi. To jest bardzo kosztowna sprawa. Ja nie miałam po prostu szans na zdobycie potrzebnej kwoty na choćby jedną misę. Tak mi się zdawało… Ale w 2006 r. zaczęłam sobie płacić ubezpieczenie na emeryturę, miesięcznie grosze, ale jak się okazało… po kilku miesiącach coś pomieszałam z wpłatami i ubezpieczalnia nagle mi przysłała pieniądze. Listonosz mi je przyniósł, a ja nie dostałam wcześniej żadnego wyjaśnienia – nic. A za tydzień był kurs gry  na misach, na który  nie mogłam pójść, bo nie miałam  na to zwyczajnie funduszy. I nagle się znalazły! Powiem więcej – nie dość, że opłaciłam kurs, to kupiłam mój pierwszy zestaw trzech mis i zostało mi niecałe 10 zł – na powrót do domu – akurat tyle ile kosztował przejazd. Niesamowite! Od tej pory śmieję się, że to jest moja emerytura. Ale czyż nie można powiedzieć, że Wszechświat mi sprzyjał? Doprowadził do „pomyłki”, która, jak się okazało, nią nie była – to był wówczas jedyny legalny i dostępny  dla mnie sposób na zdobycie potrzebnej gotówki  na rozpoczęcie Nowego Życia, Powrotu do Siebie.

Potem, już w 2007 roku pojechałam na kursy do Acama i z Shirley Rodin (już uzbierałam pieniądze sama, bo uwierzyłam, że warto i dam radę), a w czerwcu 2007 roku ukończyłam kursy w Akademii Dźwięku Petera Hessa!

W tak zwanym międzyczasie trafiłam  na unijny kurs aktywizujący kobiety po 30 roku życia – byłam PIERWSZĄ kursantką, która podpisała umowę. A po przejściu kursu i złożeniu wniosków DOSTAŁAM PIENIĄDZE Z UNII EUROPEJSKIEJ NA ROZPOCZĘCIE DZIAŁALNOŚCI. Choć szanse miałam naprawdę bardzo marne, bo nie rokowałam wielkich dochodów…. Ale dostałam! I mogłam kupić potrzebny mi, WYMARZONY sprzęt, czyli gongi i misy! I stojaki, pałki, wszystko, co potrzebne!

Także, Proszę Państwa, jak się okazuje, warto marzyć i inwestować w te marzenia energię! Warto się odważyć!

Gongi nabyłam we wrześniu. Ależ ja byłam szczęśliwa! Od tej pory od częściej lub rzadziej (miałam też sporą przerwę niestety) gram  dla Was. Niedługo wznowię indywidualne masaże dźwiękiem, bo bardzo mi tego brakuje, takiego bezpośredniego oddziaływania  na Was. Chociaż uwielbiam grać dla Was koncerty, naprawdę – i to nie jest kokieteria, czy zwykły biznes.

Konkludując – uświadomiłam sobie, że to już tyle czasu! Kawał czasu!  Kawał doświadczania i mojego własnego zdrowienia, a także patrzenia na zdrowienie innych.

A w tym roku jubileusz, jak się okazuje i też pewnie bym o tym nie myślała, gdyby nie to, ze musiałam poszukać jakieś dokumenty i trafiłam  na moje certyfikaty… jak to Wszechświat sprzyja ☺

Kochani, wobec tego ogłaszam ten rok moim świętem!

O FOTOGRAFII I REALIZACJI MARZEŃ

W  życiu ludzi zdarza się wiele inspirujących dni. W życiu artystki również. To ważne, ponieważ  pomaga się  nam rozwijać zauważanie pewnych rzeczy, przemyślenie ich, powoduje to rozszerzenie percepcji, możliwości artystycznych, zwiększenie możliwości wyrazu…

Ostatnie dwa dni były wyjątkowo inspirujące mnie artystycznie. Dwa dni pełne pasji, zmęczenia i nawet zwątpienia. Frustracji. Pytań, czy się nadaję. Dwa dni artystycznego rozwoju, spędzone w Trójmiejskiej Szkole Fotografii. Dwa dni, które grubą linią odcisnęły się na filmie mojego życia. Dni, które doprowadziły do przewartościowań i zadania sobie pytania – co dalej?

Jako dziecko miałam możliwość wchodzić na zaplecze zakładu fotograficznego Foto Miruś w Gdyni. Nie tylko jako konsument zdjęć. Zakład należał do  naszych sąsiadek, a one mnie lubiły i pozwalały czasem przyjrzeć się sprzętom, tym wszystkim parasolkom odbijającym światło, reflektorom, aparatowi! To był zaczarowany świat, atelier, do którego ludzie przychodzili odświętnie ubrani, od fryzjera -dla nich zrobienie zdjęcia to było święto. Była tam taki wspaniały aparat, ogromna maszyna! Panie fotografki wsuwały do niego metalową kasetę z kliszą, po zrobieniu zdjęcia wyciągały tę kasetę i zanosiły do ciemni. Często z nostalgią i ciepłem w sercu wspominam te chwile, kiedy skradałam się  na zaplecze, chowałam w ciemności za grubą zasłoną, by podejrzeć pracę… marzyłam o tym, by znaleźć się w ciemni, jaskini magicznych mocy  ujawniania tajemnic,  historii ludzkich, wspomnień zaklętych w kliszy… lubiłam sobie wyobrażać kim są ci ludzie na kliszach i zdjęciach, jakie mają marzenia, jakie są ich życia. Czy są szczęśliwi, czy może nie. Jak  mieszkają, czy podróżują, jakie są ich zawody. Negatywy były jeszcze bardziej inspirujące. Sama nadal z sentymentu trzymam sporo negatywów swoich osobistych zdjęć i często chętniej przeglądam właśnie je – nie same zdjęcia. Taśma filmowa, szary plastikowy pasek, taki niepozorny. Film z życia, zapis, coś niby niezmiennego, co można jednak jeszcze troszkę zmienić – na przykład nałożyć klatki  na siebie – i już zmienia się kontekst. Poza tym wszystko jest na kliszy w negatywie inne. Ogromne pole dla wyobraźni! A dla wyobraźni dziecka!? Fotografki były dla mnie czarodziejkami. Miały moc zaklinania rzeczywistości, wyłaniania z ciemności tego, co być może mogłoby być zapomniane, utrwalania chwili, czy czyjegoś wyglądu. Miały moc poprawiania jej czasem (retusz), moc panowania nad wspomnieniami. Były dla mnie szafarkami wspomnień i historii ludzkich.

Marzyłam, że zostanę dopuszczona do ciemni, ale tak się nie stało. Mogłam tylko czasem coś zobaczyć przez uchylone drzwi. To była wielka tajemnica i absolutnie  nie wolno było wchodzić tam dzieciom, nawet trochę większym. To oczywiście rozbudzało namiętności i wyobraźnię!

Tak się życie potoczyło, że namiętnie robiłam zdjęcia i starałam się w miarę moich skromnych możliwości, aby były jak najlepsze. Mimo to porzuciłam marzenie o fotografii bardziej – jakby to ująć? Lepszej jakościowo. Brak mi było wiedzy, środków, czasu.  Potem dostałam aparat, z którym kompletnie nie wiedziałam co robić – moje marzenie, ale był zbyt skomplikowany. Ja miałam zbyt dużo innych obowiązków i spraw, poza tym, no umówmy się, jest tyle ludzi robiących lepsze lub gorsze zdjęcia, czy ja też muszę? Zastanawiałam się, co ja jeszcze mogę dać światu, skoro tyle w fotografii zostało już powiedziane? Nie wydawało mi się, żebym mogła osiągnąć coś w tej dziedzinie, tym bardziej sama, bez pomocy, więc nie szukałam. Zwyczajnie nie wierzyłam w siebie. Zwątpiłam. Choć  namiętnie przyglądam się zdjęciom innych ludzi, szczególnie portretom wszelkiej maści. Obserwuję fakturę, środki wyrazu, światło, to, co się dzieje na zdjęciu, próbuję dociec, co zdjęcie ma powiedzieć. Przecież one mówią. Jak ktoś chce, to usłyszy całe historie… a ja chłonę. Całą sobą. I próbuję mimo wszystko (natura zawsze wyjdzie z człowieka), aby zdjęcia, jakie robię dla siebie, do domu coś sobą reprezentowały. Żeby były przyzwoicie skomponowane, żeby dobrze się na nie patrzyło.

Wielokrotnie przyglądałam się (codziennie je mijam w drodze do pracy) reklamie Trójmiejskiej Szkoły Fotografii, patrzyłam na nią z nostalgią i z uporem maniaka wysyłałam tam córkę. Córka nie chciała. Może ma podobne wątpliwości do tych, które ja miałam w życiu, choć moim zdaniem jest w tym kierunku bardzo utalentowana, a może jej droga po prostu jest inna? A może ma rację, kiedy mówi mi, że popełniam grzech rodzica, który nie spełnił swojego marzenia i próbuje je spełnić poprzez dziecko?

Jakiś czas temu zostałam poproszona o to, bym uwieczniła  na zdjęciach pewne wydarzenie – „bo robisz fajne zdjęcia”. Uwierzyłam osobie, która mnie poprosiła, bo nie rzuca słów na wiatr. Skoro tak, skoro on uważa (oni, do tego osoby bardzo nietuzinkowe i wymagające), że te zdjęcia, które dla nich do tej pory zrobiłam ot, tak, by pomóc uwiecznić inne wydarzenie, są dobre, to może jednak coś by ze mnie było? Może mogę więc przynajmniej spróbować czegoś się dowiedzieć czegoś więcej o fotografii, nauczyć  się wreszcie obsługiwać aparat, korzystać z możliwości, jakie daje i robić sobie i bliskim przyjemność robiąc przyzwoite, a może nawet ładne fotografie? I  nagle – z dnia na dzień podjęłam decyzję! Jest! Dwudniowy kurs portretu.  Wzięłam więc aparat i popedałowałam  na rowerze do Orłowa.

To były dwa bardzo intensywne dni. Bardzo. Wiedzy multum. Aż głowa mi pękała on niej i to niemal dosłownie. W nocy śniłam o ludziach spotkanych  na kursie, o ludziach, którzy czekali  na mnie w dwóch mieszkaniach, aż się  na coś zdecyduję (mam jeszcze inną szkołę  na myśli, chętnie wzięłabym dwie, ale fizycznie nie wyrobię). Niestety zaczęłam pobieranie nauki nie od tej strony – powinnam zacząć od podstaw, ale ja nie chciałam czekać prawie dwa miesiące na kolejny kurs z podstaw, no tak mam, że jak coś zdecyduję, to muszę już, żeby nie rozmyślić się po drodze. Trzeba korzystać z okazji, jakie niesie los! I dobrze zrobiłam, choć było mi ciężko. Nie znam aparatu. Nie wiem wielu rzeczy. Ale nie szkodzi. Miałam chęci i determinację. Chciałam mimo wszystko wyciągnąć jak najwięcej nauki. Patrzyłam, słuchałam, chłonęłam, zapisywałam – w zeszycie, w głowie, sercu i na karcie aparatu. W żadnym razie nie są to dni stracone! Były niezwykle inspirujące! Spotkałam wspaniałych ludzi, którzy bardzo chętnie dzielili się swoją wiedzą i ZACHĘCALI: rób zdjęcia. Nie szkodzi, że mogą być niepoprawne. Jak będziesz wiedziała, co poprawić, przecież to zrobisz. To kolejny krok do bycia lepszą w tym co robisz.

Nie co dzień spotyka się takich artystów jak Wojtek Korsak, którzy oprócz wiedzy, dzielą się historiami o tych, których fotografował. A fotografował naprawdę wielkich! I ma ogromne doświadczenie. Nie co dzień można pogadać z Radosławem Brzozowskim, którego subtelne akty powalają na kolana. Nie co dzień spędza się  czas z taką fotografką jak Małgorzata Bardoń, której wyobraźnia i zdjęcia są bardzo bliskie mojej wrażliwości. W dodatku jest samoukiem – i to też jest bardzo inspirujące, bowiem jej zdjęcia świadczą nie tylko o talencie, ale o wielkiej pracy  nad sobą i samozaparciu, a to budzi mój ogromny szacunek! Do tego oni wszyscy patrzą na ludzi inaczej, trochę jak ja, więc jestem po prostu wzruszona. Tymi spotkaniami,  spędzonymi w ich towarzystwie godzinami, czy kilkuminutową rozmową, jak w przypadku pana Radka. Wszyscy otwarci i życzliwi. Myślę, że mottem szkoły mogłoby być – błędy są po to, by się  na nich uczyć, bo wielokrotnie z ust tych wspaniałych artystów to zdanie słyszałam. Dziękuję za nie. Motto na życie dla wielu!

Byłam w studio. Magia – lampy, te wszystkie sprawy czarujące różne rodzaje światła. Był też aparat – taki, jak u fotografek z mojego dzieciństwa, przynajmniej bardzo podobny. Wielka maszyna do robienia zdjęć. I to przeważyło szalę! Wywołało wspomnienia, przypomniało nieśmiałe marzenia.

Miałam okazję i ogromną przyjemność pracować z modelkami w studio i w plenerze. Piękne, sympatyczne dziewczyny! Bardzo dziękuję i Weronice i Marcie! Z Martą – bardzo ciekawą osobą, być może coś wspólnie zrobimy,  nawiązała się nić sympatii, a to ważne przecież! Świetna dziewczyna!

Zdobyłam pewną wiedzę. Być może nowy środek artystycznego wyrazu. Początki mogą być bolesne, ale kto sobie nie obtłukł zadka w trakcie nauki chodzenia? A nawet i w dorosłości zdarza się rymnąć na glebę, nabić guza przecież!

Życie niesie swoje wyzwania. Przypomina o naszym przeznaczeniu. Trzeba nauczyć się odczytywać znaki. Właściwie. Próbując, szukając.

Ukończyłam kurs portretu. Rozpoczęłam tym samym kolejną rzecz w moim życiu. I z dumą przedstawiam zaświadczenie o ukończeniu tego kursu! Cieszy mnie to, że mam pęd do rozwijania się i swoich umiejętności. Pomimo, że kiedyś mawiano o mnie – zdolna, ale leń. Tak, jestem leń. Ale taki z ADHD, haha! Ciągle mnie coś goni, ciągle robię i uczę się czegoś. Niektórzy po prostu tak  mają 🙂 a artysta musi poleżeć trochę „ponicnierobić”, to są chwile, kiedy w głowie się dzieje!

Moja przyjaciółka, kiedy się dowiedziała, że znów w jakiejś  szkole jestem, zapytała, czy ja muszę tak gonić? No muszę. Jak są okazję, to muszę je gonić. I łapać. To mnie kręci i nakręca.

To, co się wydarzyło w ostatnich dwóch dniach zmieniło moje myślenie o fotografowaniu przeze mnie. Może nie pokażę niczego nowego w fotografii, ale mogę czerpać radość z robienia zdjęć.  I dać trochę radości, czy refleksji ludziom przeze mnie fotografowanym, szczególnie, jeśli zdjęcia, jakie im być może zrobię będą lepsze niż dotychczas. Wartość nie do zmierzenia! Mimo wszystko pokażę też coś innego, gdyż filtruję fotografowaną osobę czy krajobraz poprzez siebie i swoją osobowość, wrażliwość. Zmiany w życiu i nowe drogi mają to do siebie, że budzą wiele wątpliwości. Nie chcę być kimś tam z aparatem. Nie chcę być kolejnym domorosłym fotografem, kimś, kto  ma dobry sprzęt i myśli, że może robić w związku z tym dobre zdjęcia. Chcę umieć. Chcę coś przekazywać zdjęciami. I chyba znalazłam sposób, by być kimś, kto może czasem zrobić  naprawdę dobre zdjęcie. Nawet, jeśli to będzie jedno  na tysiąc. Niekoniecznie przy użyciu fotoszopa. Pewnie przyniesie mi on wiele frustracji, ale z pewnością i satysfakcji.

Tak to jest, kiedy chce się być artystą w tym, co się robi.

 

http://www.malgorzatabardon.com/

http://www.photowork.pl/wojtek-korsak-photography-2016/

http://radoslawbrzozowski.com/

http://martalitynska.pl/

http://www.tsf.edu.pl/

 

Zdjęcia z sesji zostały pobrane z https://www.facebook.com/Tr%C3%B3jmiejska-Szko%C5%82a-Fotografii-112836372134429/?fref=ts
Dziękuję szkole za udostępnienie ich!

 

O TYM JAK PRZEZ MOJE ZAPOMINANIE NAZWISK STAŁAM SIĘ STRĘCZYCIELKĄ…

Z Życia Artystki: O Tym Jak Przez Moje Zapominanie Nazwisk Stałam Się Stręczycielką…

Urodziłam się kiedyś tam, ładnych parę lat temu. Dość już sporo w sumie, jak się tak zastanowić, biorąc pod uwagę ilość siana pozostałego w głowie. Ale nie wstydzę się tego, a co, nawet uważam  za zaletę! To takie celebrowanie życia, uśmiechu, no  – przecież  nie można w życiu być ciągle poważną! Od tego się umiera… i tak człowiek umiera, ale przynajmniej będę miała więcej miłych i zabawnych wspomnień. O! Tyle Wam powiem!

W sumie narodziłam się wiele razy. Tak, w tym życiu, ale kto by to spamiętał, tyle razy to było… może kiedyś policzę, a może szkoda mi będzie czasu, bo będę zajęta nowymi narodzinami –wciąż i wciąż.

Jedna z moich sióstr zwykła powtarzać z tajemniczym wyrazem w głosie: „No tak, z niej to niezła artystka!”. Zawsze mnie to zastanawiało, co ona miała właściwie na myśli? Czy podziwiała mój kunszt wokalno – aktorski (o ja naiwna!), czy raczej ta tajemnica to był przekąs – ta, to w życiu potrafi nawyczyniać? A dziś sobie myślę, że nawet, jeśli to nie miało być miłe, to kogo to obchodzi? Cóż, pomimo wielu ograniczeń, szczególnie tych w głowie, próbuję po prostu żyć w miarę pełnią życia, a jeśli moje pomysły nie wszystkim się podobają, to ja już na to nic nie poradzę. No w końcu nie można zrobić dobrze wszystkim – przecież! A mnie jest z moimi wygłupami dobrze! Jestem artystka i już! I bierzcie mnie ludzie z całym pakietem!

Było  i jest w moim życiu trochę zabawnych wydarzeń. Sporo też było nieprzyjemnych i przykrych chwil,  na szczęście mam jakąś taką zdolność do uśmiechu, do znajdowania dobrych stron… zawsze powtarzam, że nie ma tego złego, co by  na dobre nie wyszło! Tak jest i już.

Gdyż ponieważ pracuję w teatrze, żyję w środowisku barwnych ludzi, podobnych mnie kolorowych motyli, wrażliwych mniej, lub bardziej. Mniej lub bardziej przytomnych nawet – i nie mam tu  na myśli upojenia alkoholem, czy innymi środkami wspomagającymi, raczej sztuką! Ta potrafi dopiero odurzyć człowieka, uderzyć do głowy! Głowa w chmurach!

Możecie mi wierzyć, albo i nie, jak sobie chcecie, ale życie artystki może być nie tylko ciekawe, może też być  nudne. Tak jak i Wasze życie. To zależy od punktu widzenia i skłonności do narzekactwa. Moje jest ciekawe. Lubię je. Bo lubię. Chyba. To znaczy lubię ludzi, a chyba dlatego mam ciekawe życie! Gmatwam, wiem. Też lubię, haha! Ale patrzę  na życie w taki sposób, żeby było ciekawe. I dzięki temu jest. Trochę przygód się w nim wydarzyło, mniej lub bardziej interesujących.

Zdarzyło mi się np. takie coś. Odkryłam ostatnio na Instagramie instytucję trójmiejsko – szczecińską zwaną Teatr Czwarte Miasto. To znaczy oni mnie odkryli, coś tam polubili, to weszłam do nich, popatrzyłam i – szok. To skąd oni są? Czemu ich nie znam? Hmmmm… zaglądam w ich posty, patrzę, a tam Darek Siastacz – gdyński aktor i w postach o Gdyni piszą, ze występują, ale i w Szczecinie. Zagwostka. Coś mi się gdzieś kiedyś obiło o uszy chyba…pffffff… och, ta skleroza!!! Są tacy, którzy wiedzą o mojej nieuleczalnej skłonności, przynoszącej  mi wstyd okropny i stawiającej mnie w niekomfortowych sytuacjach. Otóż – zapominam. Nie ze złośliwości, czy braku uważności i szacunku, tak  mam po prostu i trudno mi coś  na to poradzić, pomimo starań. Przykre to i dla mnie i inter- moich – lokutorów. Bo zapominam imiona,  nazwiska,  nazwy instytucji… Kiedyś  miałam doskonałą pamięć, ale coś mi w mózgu kiedyś widać się przepaliło i umiejętność znikła, pozostawiając masę czarnych dziur w mojej głowie. Wybuch jakiś musiał  nastąpić. I mieszka do tego w mojej głowie taki chochlik, który uznał, ze jego misją życiową jest chowanie mi różnych ważnych dla mnie informacji po ciemnych kątach umysłu i zapomnianych jego szafach, zapyziałych szufladach – i ma radochę z tego ogromną! A ja dygam często spanikowana po labiryntach pamięci i szukam. Czasem udaje mi się go przechytrzyć  na szczęście,  mam na to sposoby. Zdarza się, że działają.

Ta przypadłość doprowadziła kiedyś do nieoczekiwanego i w sumie śmiesznego z perspektywy lat spotkania z Darkiem Siastaczem. Niezorientowanych informuję, że Darek Siastacz jest świetnym aktorem, przez długi czas związanym z Teatrem Muzycznym, potem Miejskim (oba w Gdyni), a teraz – jak się okazuje – Teatrem Czwarte Miasto.

Był to rok chyba 2000. Któregoś wieczora umówiłam się z moją dawno nie widzianą Koleżanką mieszkającą  w Niemczech w słynnej gdyńskiej Cyganerii. Każdy szanujący się bohemianin powinien od czasu do czasu tam zajrzeć, szanująca się bohemianka również. A my oczywiście do takich  należałyśmy, wszak trzeba bywać w odpowiednich miejscach! Przynajmniej czasem, bo ja w sumie rzadko, dzieci miałam małe. Ale przyjazd Koleżanki to wydarzenie i trzeba było je uczcić! Siedzimy, gadamy, śmiejemy się. Powietrze gęste od dymu papierosowego (to jeszcze te czasy), oparów alkoholu, spoconych,  rozgrzanych ludzi  i ich śmiechu odurzało i wprowadzało w coraz lepszy  nastrój. Wszystkie stoliki były zajęte, knajpa pełniusieńka. Atmosfera łikendowa, wesoła, ludzie się bawili. Fajnie było! Nagle Koleżanka  zobaczyła kogoś przy jednym ze stolików –  zadrżała i osłupiała. Rozejrzałam się, ale nie mogłam się zorientować kogo zobaczyła i o co chodzi. Wreszcie, nagabywana przeze mnie wydukała: „Uwielbiam go…”. „Kogo???” – pytam – „Jego. Ale nie wiem, jak się  nazywa.” Ruchem głowy wskazała mi postać siedzącą przy jednym ze stolików. Mężczyznę. Siedział sam. „Aaaa, to aktor z Muzyka. Siastacz. Nie, Śledź. Cholera nie wiem! Znowu…”.

Koleżanka siedziała i wlepiała się w niego rozmarzonym wzrokiem. Z naszych plotek  nici. Ona kompletnie odpadła. Kompletnie! Co tu zrobić? No co? W sumie prosta sprawa– jak obiekt uwielbienia siedzi obok, to najlepiej iść, zapoznać się z nim, umówić  na randkę może… Jak pomyślałam, tak zaczęłam wdrażać plan w życie – wyłuszczyłam, jej, że pójdzie, przedstawi się, coś tam powie na temat nazwisk, potajemnie dowie się, które nazwisko jest właściwe, coś tam zawsze można przecież na poczekaniu wymyślić. A ona się zaparła, że nie! Nie zrobi tego! Chciałaby się spotkać, ale tak jej wstyd, że nie zna nazwiska, że nie pójdzie! Ja mówię, kobieto, taka szansa, siedzi obok! – Nie i już! Zagroziłam, że ja pójdę do niego, coś trzeba było zrobić, co – będę tak siedzieć i patrzeć na nią, jak więdnie z tęsknoty do obiektu oddalonego o jakieś 3 metry i z dziesięć osób pomiędzy  nami? Nie czekając zbyt długo wstałam od stolika i – trochę zdenerwowana, w końcu byłam jakaś tam nieopierzoną artystką, a to Wielki Artysta i w sumie sytuacja niezręczna, żeby nie rzec, głupia – podeszłam do stolika Pana Aktora. Grzecznie się przedstawiłam, (wtedy jeszcze nazywałam się Miętki), przeprosiłam, że przeszkadzam i zapytałam czy to będzie straszna rzecz, jeśli zajmę Panu chwilkę? Bo wynikła taka sprawa… Trochę mi było wstyd, nie powiem. Strasznie mi było wstyd! Jezu, tak  naprawdę myślałam, że zapadnę się pod ziemię! Bo nie pamiętałam nazwiska Aktora. Gdyby nie to – luz. Ale nie było odwrotu, trzeba było brnąć dalej, w końcu obiecałam Koleżance, że załatwię jej randkę.

Pan Aktor popatrzył  na mnie i wskazał krzesło – wyraźnie się zainteresował. Usiadłam w taki sposób, by widzieć koleżankę. Wskazałam mu ją i wyłuszczyłam sprawę:

– Widzi pan, trochę to krępujące. Nie powiem, żenujące właściwie. Otóż… zastanawiamy się z Koleżanką, jak się Pan  nazywa. Wstyd, bo jest Pan znanym aktorem…. Dla mnie wstyd, bo widuję Pana w rolach, ona tylko raz… i uwielbia pana… i właściwie nie pozwoliła mi tu przyjść (Koleżanka była wyraźnie spłoszona, zmieniała kolory na szczęście dla mnie, potwierdzając moje słowa). No i właściwie mamy dwie opcje – albo jest pan Śledź, albo Siastacz. Tylko teraz – który z nich to pan?! Może zechciałby pan  nas wybawić z kłopotu, bo ta niewiedza i wstyd aż bolą… a jeszcze do tego wszystkiego tak się Pan podoba Koleżance…

Powiedziałam co miałam do powiedzenia i patrzę na niego. Czekam, co się stanie – jak  na wyrok. Przeżyję, czy nie? Czerwona chyba byłam jak burak, w każdym razie zdenerwowanie buchało ze mnie. A Aktor się śmieje. I mówi – fajna jesteś! Ja na to, że głupia, bezczelna i niewychowana, bo nie pamiętam i jeszcze mam śmiałość mu o tym mówić. Ale podoba się koleżance. Ponieważ bardzo ją lubię i cenię, to postanowiłam doprowadzić do spotkania. Na to on zebrał swoją szklankę i popielniczkę i przysiadł się do nas. Przedstawił się Koleżance i mnie – Dariusz Siastacz! Jednak! Koleżanka jednak za chwilę czmychnęła. Szkoda. W sumie nie dziwię się, bo Darek właściwie nie był zainteresowany rozmową z nią, chyba jednak ja (zakompleksione stworzenie bardzo tym zadziwione) bardziej go zaintrygowałam. Był cały czas w moją stronę zwrócony. W sumie nie co dzień podchodzą ładne dziewczyny do człowieka, nawet tak znanego (byłam ładna, z radością to przyznaję teraz) i prawią banialuki! Niezbyt komfortowo się z tym czułam, cały próbowałam tak prowadzić rozmowę, żeby zainteresować go Koleżanką. Trudno było, bo ona nabrała chyba wody, a może wódki w usta… nie pomagało to raczej…

Lojalnie poszłam za nią. Głupia sytuacja, poszłam stręczyć Koleżankę, a facet nie zwraca uwagi na nią, tylko  na stręczycielkę. Cóż – bywa! Ale potem ile razy spotykaliśmy się z Darkiem na ulicy to on wyraźnie się cieszył, w sumie to była zabawna znajomość, choć przelotna! Było z czego się śmiać, Haha!

Nie wiem, czy Darek mnie jeszcze pamięta, wiele lat się  nie widzieliśmy i kiedyś spotkaliśmy się  na ulicy – widać było, że mu dzwoni, tylko, który to był kościół? Sytuacja się odwróciła.

Ale za to ja mam co wspominać!

 

 

Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.