Ten tekst napisałam pod koniec roku 2016. Chyba były to ostatnie przedstawienia „Strasznego Dworu w Operze Bałtyckiej, na pewno ostatnie, w jakich ja brałam udział. Długo czekałam z opublikowaniem go. Robiłam kilka przymiarek, ale ciągle coś  mnie powstrzymywało. Teraz, kiedy odchodzący ze stanowiska dyrektora Opery Bałtyckiej Warcisław Kunc w agonii swojego urzędowania podejmuje decyzję o LIKWIDACJI  przedstawienia i utylizacji dekoracji (dlaczego, pytam, dlaczego???) ten tekst nabiera dla nie samej nowego wymiaru. Dużo emocji, dużo wspomnień.  Nadszedł czas, by pokazać go światu. Niech się Wam tak dobrze czyta, jak mnie się go dobrze pisało!

„Kiedy byłam małą dziewczynką, miałam wówczas około 6 lat, dostałam od znajomej mojej mamy dwie kasety magnetofonowe. Ale jakie to były kasety! Niezwykłe! Było to słuchowisko ze wspaniałą obsadą i świetną muzyką (choć nie każdą z piosenek doceniałam jako dziecko, bo niektóre były „dorosłe”) – „Lato Muminków”.

To słuchowisko wywarło  na mnie takie wrażenie, że słuchałam tego latami niemal codziennie. Po jakimś czasie kasety się zniszczyły od ciągłego słuchania, ale na szczęście psim swędem udało się gdzieś zdobyć kolejne, co graniczyło niemal z cudem – pamiętajmy, że to był głęboki PRL, kryzys, przełom lat 70/80-ch. Ale udało się! Dostałam nowe kasety i dalej mogłam spijać dźwięki i upajać się ich treścią. Wydawać by się mogło, że znam każde słowo na pamięć i potrafiłabym wyrecytować całość, ale tak  nie jest. Mam jakąś ułomność, lub dar – zależy jak  na to spojrzeć. Więcej zwracam uwagi  na melodię i sposób artykulacji, na  to, co się dzieje, na emocje, niż  na bezpośrednią treść. I mogę uczciwie powiedzieć, że mam każdy dźwięk „lata Muminków” zakodowany w komórkach. Ale nie każde słowo. No, tak mam i już. To słuchowisko było o tyle szczególne dla mnie, że… odkryłam dzięki niemu magię teatru. Miałam też inne słuchowiska, ale tylko w tym jednym była mowa o teatrze i to w taki sposób!!! Muminki przeżywały w nim swoją przygodę z iluzją, wyobrażeniami, tym, że w teatrze wszystko jest wymyślone, choć niby prawdziwe, z tym, że „nic nie jest tym, czym się wydaje, ze jest”. Doznały magii teatru, jego mistyki. Nawet teraz, kiedy o tym piszę, mam ciarki  na plecach… w dziwnym domu, który okazał się teatrem, a w którym Muminki wraz z sąsiadami schroniły się po powodzi w ich Dolinie mieszkała tajemnicza i nieco naburmuszona, choć raczej – jak się tak zastanowić – wściekła woźna Emma (kreowana przez Zofię Rysiównę!). Była żoną inspicjenta Filifionka, o którym opowiadała, że „spadła na niego żelazna kurtynaaaaa! I oboje pękli!  I on i kurtyna!” (ten dramatyzm, jak ona o tym opowiadała! Ależ to robiło wrażenie! I oczywiście całymi latami nie wiedziałam, tak jak Muminki ani co to żelazna kurtyna, ani kim był inspicjent, co wzmagało dramatyzm!). Była wściekła z powodu ignorancji Muminków owszem, mnie też było wstyd!), którzy nie mieli pojęcia, że istnieje coś takiego jak teatr i w ten oto sposób, który był chyba kluczowym dla mnie osobiście w rozumieniu teatru, tłumaczyła im, czym teatr jest:

„Teatr jest najważniejszą rzeczą na świecie, gdyż tam pokazuje się ludziom, jakimi mogliby być, jakimi pragnęliby być, choć nie mają na to odwagi, i jakimi są.”

Przerażona Mama Muminka myślała, że to zakład wychowawczy i muszę przyznać, że coś w tym jest…

 

Ktoś mógłby zapytać – wszystko fajnie, ale co  ma do Muminków „Straszny Dwór”? A ma. I to dużo.

Jako już dorosła, dwudziestokilkuletnia dziewczyna po szkole  wokalnej dostałam wymarzoną, wymodloną pracę w teatrze operowym, wówczas jeszcze w Państwowej Operze Bałtyckiej. Było to tuż po przekształceniu Państwowej Filharmonii i Opery Bałtyckiej w dwie niezależne instytucje, czyli rok 1997. Pomimo, że raczej marzyłam o Teatrze Muzycznym, byłam ogromnie szczęśliwa! Do „Muzyka” nawet nie próbowałam zdawać,  uznałam, że skoro łaaaaał!, przyjęli mnie aż w operze, a to było jak najbardziej zgodne z moim wykształceniem, to co ja tam będę wydziwiać… no cóż, kompleksy i strach… a PRZECIEŻ W OPERZE MNIE PRZYJĘLI! Wówczas dyrektorem był pan Włodzimierz Nawotka, a kierownikiem choru pani Elżbieta Wiesztordt.

Moim pierwszym, najpierwsiejszym przedstawieniem, w jakim wystąpiłam, czyli moim debiutem na scenie był właśnie Straszny Dwór – opera, której niemal każdy dźwięk mam zakodowany w komórkach, tak jak Muminki. Opera, dzięki której poznałam magię teatru.  Jeszcze w reżyserii Bogusławy Czosnkowskiej, pod batutą Andrzeja Knapa. Graliśmy to przedstawienie ładnych parę lat, „Straszny” to taki „samograj” jakby, sztuka operowa z przepiękną (i myślę, że jednak niedocenianą) muzyką. I wówczas zaczęłam odczuwać magię teatru. Polega ona na bardzo wielu rzeczach. Po pierwsze ważne jest doskonałe opanowanie materiału, które ja akurat zawdzięczam naszej koleżance z chóru i jednocześnie korepetytorce i akompaniatorce Janinie Matusewicz. Nie było zmiłuj! Jańcia rozliczała mnie z każdej nutki, ale też spotykała się ze mną wytrwale i mówiła co i jak, a ja wytrwale się uczyłam. W sumie od tego zależało moje stałe zatrudnienie. Zresztą spaliłabym się ze wstydu, gdybym nie umiała… Z tego miejsca pragnę Janeczce  bardzo podziękować!  Po drugie, kiedy dostałam „swoją własną” teatralną konsolkę w garderobie, a potem kostiumy – byłam wniebowzięta! Wizyty w pracowni krawieckiej, której wtedy szefowała niezrównana pani Terenia Firyn były świętem, dopasowywano mi koszuliny, halki, suknie… a potem trzeba było biec do szewców dobrać buty. Miałam małe dzieci, ale jeśli tylko mogłam, to zostawałam dłużej  na próbach, oglądałam, słuchałam, chłonęłam, w końcu to teatr!  Wymarzony, wymodlony! Zwiedzałam kulisy, przyglądałam się sufitowi pełnemu sztankietów i reflektorów, zazwyczaj tonącemu w tajemniczym mroku, dekoracjom zwalonym na tyłach sceny za kulisami, przygotowanym, by szybko je zmienić na kolejną odsłonę, czy  na kolejny akt. Kłaniałam się każdemu, czy trzeba, czy nie trzeba. Z nabożeństwem mijałam Floriana Skulskiego, wówczas długoletnią i niekwestionowaną gwiazdę POB i przeżywałam szok, gdy się do mnie odezwał. A to bardzo fajny człowiek był, jest – w ogóle człowiek z krwi i kości – jak się okazało! W ogóle miałam skłonności do traktowania solistów jak bogów na Olimpie – tym dla mnie byli! Na próbach robiłam wszystko, żeby się odnaleźć, rejestrowałam wszystko, co tylko mogłam, modląc się by dobrze wypaść. Również, a może przede wszystkim w oczach starszych koleżanek i kolegów. I tak  naprawdę to im zawdzięczam to, że przeżyłam jako tako moje pierwsze przedstawienie. Bo, pomimo, że umiałam muzykę w tę i nazad, nieocenione były podpowiedzi koleżanek i kolegów (uwaga, „nasza muzyka leci”), a także to, że w odpowiednich momentach byłam pociągnięta, czy popchnięta dokądś, a  oczy miałam dookoła głowy i patrzyłam co wszyscy robią. Musiałam się też mieć mocno  na baczności, bo co dowcipniejszy koledzy potrafili nieźle „wpuścić” w maliny… to były takie otrzęsiny.

Byłam też świadkiem debiutu scenicznego Pawła Skałuby, który o ile pamiętam rolą Stefana „zaliczał” swój dyplom na scenie Państwowej wówczas jeszcze Opery Bałtyckiej. Wszyscy wtedy zachwycaliśmy się i głosem i aparycją tego jakże wspaniałego teraz śpiewaka. Wszyscy wróżyliśmy mu wspaniałą karierę i nadal trzymamy za niego kciuki, za niego, za jego talent. Wróżba się spełniła. Dla mnie osobiście jego dyplom był ogromnym przeżyciem, bowiem przeczuwaliśmy wszyscy, że Paweł mocno wbije się w pamięć publiczności i mieliśmy rację! Mam szczęście, że mogłam pracować z takimi śpiewakami jak Paweł, że mogłam oglądać narodziny gwiazdy, jaką jest niewątpliwie w Polsce Paweł Skałuba – każdy szanujący się meloman zna nazwisko tego świetnego tenora. Rola Stefana zawsze będzie rozbrzmiewała w mojej głowie Jego głosem. Większość „Strasznych”, w których wystąpiłam była właśnie z Pawłem jako Stefanem!

Zresztą z wieloma śpiewakami występującymi w „Strasznym” połączyły mnie serdeczne stosunki, bo tak się właśnie dzieje w teatrze,  na scenie… jesteśmy rodziną… bardzo serdeczny i koleżeński był i jest Jacek Szymański, którego Damazy również brzmi mi w uchu.  Dość wymienić tu jeszcze Józia Przestrzelskiego (Stefan), którego serdeczność była ogromna, a nie widziałam go niestety już chyba z 20 lat… nawet nie wiem, czy  by mnie pamiętał… Floriana Skulskiego i Leszka Skrlę oraz w ostatniej realizacji również Mikołaja Zalasińskiego – trzech wybitnych Mieczników. Marzena Prochacka, Anna Fabrello czy Aleksandra Kubas jako Hanna. Trzy dźwięczne głosy, trzy wspaniałe kobiety. Trzy divy. Jako Jadwiga, Ewelina Wojciechowska oraz Karolina Sikora, której również kibicuję mocno. Nieżyjący już niestety panowie niezrównany Kazimierz Sergiel czy Maciej Wójcicki… Raz gościnnie wystąpiła z nami w roli Cześnikowej wybitna Stefania Toczyska, dla której Opera Bałtycka była macierzystym teatrem! To było przeżycie! I na szczęście mam gdzieś zdjęcie! Panią Stefanię mogłam podziwiać z daleka i bliska. Wspaniałą kreację nieco nietypowej Cześnikowej stworzyła również wspaniała i kochana jednocześnie diva, jaką jest Kasia Hołysz , a jako Damazy partnerowali jej w ostatniej produkcji Weissa zabawni Ryszard Minkiewicz i Adam Zdunikowski. Można by tu jeszcze wymienić co  najmniej kilka osób, ale pamięć już  nie ta… Jak wspomniałam jesteśmy rodziną, czasem bliższą czasem dalszą… Ale najbliższą  mi rodziną były koleżanki i koledzy z Chóru. Było i jest wśród nich wiele wybitnych osobowości, które odcisnęły  na mnie niezatarty ślad, kształtowały mnie, a ja – prawdopodobnie też – ich. Wspaniałe głosy, ciekawi ludzie, po prostu Artyści! Nietuzinkowi ludzie, którzy całe serce wkładają w swoją pracę, tak wymagającą przecież, a tak często niedocenianą. Mówi się często, że „chórzyści” (my to określenie odbieramy niestety nieco pejoratywnie), to odpadki, ludzie, o niespełnionych ambicjach solistycznych. To bardzo krzywdzące opinie. Tak, wielu z nas marzyło o karierze solowej, ale z dumą pracujemy w chórze, z dumą tworzymy teatr. Każdy z nas to jakaś historia, często trudna historia rodzinna czy inna, ale która nie pozwoliła spełniać się solowo. Każdy z nas to człowiek z marzeniami, lękami, ale i odpowiedzialnością nie tylko za śpiew, ale i własne życie poza teatralne… Każdy z nas to człowiek z różnym szczęściem i różnym talentem. Bywa, że skromnym, ale wystarczającym do tego, by z ogromnym za to zaangażowaniem tworzyć teatr w Chórze. Bywa, że olbrzymim, ale… różnie się w życiu układa. Czasem zdrowie nie pozwala… czasem życie po prostu ma swoje zakręty… nikomu nie wolno oceniać pobudek, dla których ktoś pracuje „tylko” w Chórze. A my jesteśmy szczęśliwi, że mamy okazję supportować (pozwolę sobie użyć tego określenia) czyli wspierać innych artystów. Jesteśmy szczęśliwi, kiedy możemy występować i zamieniać tych kilka chwil w trakcie spektaklu w momenty magiczne.
Chór to moja najbliższa teatralna rodzina, takie… rodzeństwo i kuzynostwo. Miałam i mam tam kilka osób, które są mi szczególnie bliskie. Kto wie o kim mowa, ten wie – mam nadzieję! Darzymy się nawzajem serdecznością, zaufaniem, a nawet przyjaźnią. Dziękuję za to Losowi! Dziękuję, że są ze mną! Bez Was moja praca w Operze miałaby zupełnie inną jakość. Jesteście ważną częścią mojego życia!

Pamiętam również pierwsze kroki Macieja Pękala właśnie również w Strasznym Dworze jako Macieja… Piękny głos. Naprawdę piękny głos.

A dyrygenci?… heh, było paru dyrygentów kierujących Strasznym Dworem, a ja w „Strasznym” zaczynałam ze wspaniałym człowiekiem, jakim był Andrzej Knap. To była ogromna przyjemność występować „pod nim” (tak, wiem jak to brzmi, ale tak się mówi!) i zaczynać z tak pro-śpiewaczym dyrygentem!  Kierował wówczas orkiestrą, której wielu członków  nie pamiętam, bo grywali na tzw. doangażowaniu i sporadycznie, a z wieloma łączą mnie serdeczne i wieloletnie więzi tworzyli – i na szczęście nadal jeszcze tworzą – Muzykę. Od początku mojej pracy koncertmistrzami były świetne: skrzypaczka Halina Jastrzębska i wiolonczelistka Anna Sawicka.

Skoro dałam się ponieść wspomnieniom, to nie sposób nie wspomnieć o paniach i panach z zespołu technicznego – wszyscy po cichu dbali o to, by cale przedstawienie szło tak jak  należy. Zazwyczaj się o nich nie wspomina, pomija milczeniem, a to niezwykle ważni członkowie  teatru przecież są… Też są częścią mojej rodziny. I oczywiście balet – i tu jest kilka osobowości scenicznych, które mocno zapadły mi w serce!

Jeszcze jedna osoba zasługuje na osobne wspomnienie, bo też poznałam ją przy okazji mojego debiutu. Magdalena Szlawska – inspicjentka. Nie przygniotła jej żelazna kurtyna jak inspicjenta Filifionka z Muminków, ale przygniatała ją ogromna odpowiedzialność. Myślę, że można to w sumie porównać… Bycie inspicjentem to wybitnie trudne zadanie, a Magda zaczęla pracę jako bardzo młoda dziewczyna, miała raptem nieco ponad 20 lat. Trzeba ogarniać WSZYSTKO to, co się dzieje za kulisami, na scenie, na zapleczu teatru, pilnować kolejności, porządku i ciszy, utrzymywać dyscyplinę… przypominać WSZYSTKIM o wszystkim. Jeszcze śledzić tekst  opery  na bieżąco i podpowiadać śpiewakom, gdyby nie daj Panie coś się zdarzyło… Znosić humory artystów. Magda też miała swoje humory, ale przy takim ogromie pracy i odpowiedzialności to zrozumiałe. Bywało trudno, ale jej praca jest wybitnie trudna. I dla niej chciałabym tą drogą przekazać wyrazy podziwu, uznania, szacunku i podziękowania!

To wszystko sprawia, że mam do „Strasznego Dworu” ogromny sentyment. I kiedy nowo przybyły dyrektor POB (później przekształconej w OB – Opera Bałtycka) nie chciał się zgodzić na wystawienie tej sztuki, było mi troszkę smutno. W końcu to „samograj”, ludzie to kochają, młodzież by przyszła… a Dyrektor zapewne właśnie dlatego nie chciał „Strasznego” wystawić. Tak naprawdę jest to sztuka, którą trudno jest inaczej zrobić, niż klasycznie i łatwo można się otrzeć o kicz. A tego Marek Weiss – bo o nim mowa – nie cierpi. Unika jak piekielnego ognia! Jego inscenizacje są wyjątkowe, wyszukuje perełki, nie bierze się za popularne sztuki. Ma na koncie w samej Bałtyckiej nie byle co – Madame Curie, Salome, czy  Czarną Maskę i oczywiście wiele innych, jak  Faust, czy popularne (jednak!) Rigoletto. Sporo Mozarta. W każdej z tych inscenizacji Weiss, jako wybitny reżyser dodał coś od siebie – szturcha widza, który skłoniony jest tymi kuksańcami do myślenia. Takie zadanie dobrego reżysera przecież…

Na całe szczęście wreszcie po latach Dyrektor zdecydował się i zrealizował „Straszny Dwór”  na deskach Opery Bałtyckiej. Niestety była to jego ostatnia realizacja w tym teatrze. Nasz Tatuś (jak żartobliwie, ale i trochę czule nazywała go część chóru, skłonna jestem twierdzić, że o tym nie wiedział, choć wyszło to od niego, bo on kiedyś coś nam tłumacząc tak powiedział) znalazł sposób, żeby pokazać i nam i publiczności inne oblicze tej sztuki. Uważam, że udało mu się to wyśmienicie! Czemu? Cóż, po każdym przedstawieniu kurtyna podnosi się kilka razy, a my kłaniamy się i kłaniamy… i wydaje się, że tym mocnym, równym oklaskom nie ma końca!  I daje nam to radość i satysfakcję, pomimo, że czasem ktoś śpieszy się  na kolejkę, czy tramwaj, czy chorego dziecka… Karmimy się tymi oklaskami, cieszymy, że podoba się widzom to, co staramy się przekazać. To, że widzowie doceniają to, co my wszyscy artyści próbujemy pokazać tak, jak  nas tego dyrektor Weiss nauczył. Bo jego reżyseria jest świetna.

Dla mnie osobiście praca z nim w jego inscenizacjach była ogromnym zaszczytem. Nie zawsze podobało mi się to, w jaki sposób przekazywał pewne treści, nie zawsze zgadzałam się z pewną estetyką, ale nie ma wątpliwości, że jest to wybitny reżyser operowy. Opera jest szczególną sztuką i trudniej ją wyreżyserować, niż inne spektakle, takie przynajmniej panuje przekonanie. W obecnych czasach trzeba się również mocno wysilić, by przyciągnąć widza, zainteresować go, gdyż w każdej chwili może włączyć jakiś tzw. wykon, powiedzmy z Metropolitan Opera na You Tube i „wypiąć” się  na żywy teatr. Kluczową rolę w operze odgrywa muzyka i wiele razy miałam okazję się przekonać, że Dyrektor zna dogłębnie dzieło, z którym pracował. Każdą frazę, każdy dźwięk – i genialnie potrafi zgrać inscenizację z muzyką. Powiem więcej, zależy mu  na maksymalnym wykorzystaniu muzyki w swoich reżyseriach.  Niezależnie od kontrowersyjnych odczuć, jakie być może wzbudzają jego dzieła ich atutem jest, ze poruszają coś w człowieku. Nikt nie wychodził obojętny z jego sztuk. Nikt. Również my, artyści. Często dyskutowaliśmy, czy  nawet kłóciliśmy się na temat jego wizji jakiejś sztuki, czasem pomstowaliśmy, bo burzył nasz światopogląd na coś, a wiadomo, że często łatwiej jest zrzucić winę na tego, który pokazuje nam inność niż tę inność (bywa, że niezgodną z naszym światopoglądem) zaakceptować. Kłóciliśmy się o to, że „tak się nie robi, a Weiss tak robi, przecież to niezgodne z kanonem!”.

Właśnie. Dyrektor Weiss burzy kanony. Każda jego sztuka jest majstersztykiem, ze świetną obsadą. Oczywiście ma swoich ulubionych śpiewaków, ale to jest chyba ”grzechem” każdego reżysera, który, kiedy znajdzie optymalnych dla siebie artystów, po prostu z nimi pracuje, wiedząc czego może się spodziewać po nich i że oni zrozumieją jego intencję wykonując ją tak, jak on tego oczekuje, przy okazji dodając coś od siebie (ta uwaga dotyczy solistów, nas, artystów chóru po prostu miał, nie wtrącał się do zatrudniania czy zwalniania osób w chórze, o ile nie był do tego zmuszony). A Weiss jest świetnym znawcą ludzi i doskonałym obserwatorem. Potrafi uwolnić w ludziach ich potencjał, pokazać im, że mają w sobie coś, o czym  nawet nie wiedzą, że mają, ale on chętnie to w swojej sztuce wykorzysta. Bardzo często bywało tak, że ktoś z nas robił coś – gest, specyficznie reagował, każdy wg własnego charakteru, a Dyrektor wykorzystywał to –  za chwilę można było usłyszeć prośbę, a słuchajcie, zróbcie to i to… a ktoś z nas się cieszył, że zainspirował Dyrektora i ma swój mini wkład w powstanie tej reżyserii. Ale to system  naczyń połączonych, on po prostu dostawał od nas na scenie, to, czego chciał.

Dyrektor, przystępując do pracy z chórem (z solistami zapewne było podobnie), robił wprowadzenie sytuacyjne. Przeważnie znaliśmy dzieło, wiedzieliśmy lepiej lub gorzej o czym jest, a nawet bardzo dokładnie, często była to dla niektórych z nas kolejna realizacja. Mimo to wszyscy bardzo uważnie słuchali tych „pogadanek”. Marek Weiss potrafi czarować, oczarowywać słowem i opowieściami. Roztaczał swoją wizję w taki sposób, że wierzyliśmy w to, że to jedynie słuszna koncepcja, przynajmniej w chwili słuchania. Osobiście zawsze bardzo cieszyłam się na te wstępne próby, gdyż interpretacja dzieła przez Dyrektora często była zaskakująca, a do tego czułam się trochę jak dziecko w szkole słuchające z otwartą buzią bajki – takie dziwy opowiadał. Wplatał do swoich mów wątki osobiste, swoją historię, przeżycia, anegdoty różne, a wszystko to po to, by  nas  naprowadzić na to, co chciał osiągnąć przy  naszej pomocy  na scenie. Chciał, żebyśmy to zrozumieli, poczuli, uwierzyli w to. Byśmy potrafili wczuć się w JEGO opowieść o Tosce, czy Makbecie. Byśmy TYM się stali.

Kiedy pracowaliśmy przy „Strasznym Dworze” oczywiście również wysłuchaliśmy dyrektorskich refleksji. A ponieważ my jako chór bardzo dużo w tej sztuce występujemy – sporo tych historyjek nam opowiadał. Taka rola reżysera. I dzięki temu np. powszechnie uznawana za nudną, choć bardzo piękna scena lania wosku nagle zyskała aspekt magiczny, którego kiedyś nie czułam w takim wymiarze. A teraz, gdy jestem  na scenie, to po prostu JEST. Sprawiają to światła i półmroki. Zatrzymania ruchu. Sprawiają to wspomnienia o tym, o co  nas prosił. A prosił na przykład tak: podchodził do  nas uśmiechnięty na scenie i mówił jakby podekscytowany „a wiecie dziewczynki…  a gdybyście tak zechciały stać się  na chwilę tymi niewinnymi dziewczątkami, które cierpliwie wyszywają te kwiaty, modlą się do Matki Bożej o dobrego chłopa, ale oczywiście żadna się do tego nie przyzna, bo tak  naprawdę to są takie prawdziwie niewinne istoty…”. Albo „dziewczynki moje miłe, poczujcie to, przestańcie udawać, że czujecie, nie myślcie teraz o tym, że nie zdążycie na tramwaj, że dziecko nie odrobiło lekcji i czy kupiłyście kartofle, no błagam was, to są bardzo ważne sprawy, ale pomyślcie o tym po zejściu ze sceny… (i puszczał oko bez puszczania oka, ale wszyscy wiedzieli, że puścił do  nas mentalne oko, bo tak specyficznie przeciągnął kilka ostatnich słów, niemal niezauważalnie, przesuwał uważnie po wszystkich obecnych wzrokiem małego szelmy, po czym  zacierał ręce i mówił „no, to jeszcze raz!”, a tych razów wcale nie było dużo, bo jego perswazja i motywacja sprawiała, że robiłyśmy to, co trzeba. W scenie lania wosku naprawdę chcemy ten wosk lać. To są nasze autentyczne dziewczęce marzenia i pragnienia zaklęte w tej scenie. A kiedy Jadwiga śpiewa swoją Dumkę naprawdę widzimy te czary, o których opowiada… a ja to po prostu przeżywam.

Marek Weiss wprowadził mistycyzm do tej opery. Mistycyzm i refleksję. Ciekawa jestem, czy byłby zadowolony z tego, co właśnie napisałam! Z refleksji  na pewno, bo sam niejednokrotnie mówił o tym, że lubi, kiedy widz się jej podda, kiedy MYŚLI…

„Straszny Dwór” Marka Weissa budził sporo kontrowersji. Na początku nie było wiadomo, czy będzie klasyczny. Przyzwyczailiśmy się do uwspółcześnionych oper w jego reżyserii, poza tym, niestety skromny budżet naszej opery  raczej nie pozwalał na uszycie obfitych szlacheckich kostiumów… Ale Dyrektor znów wszystkich zaskoczył! Nie dość, że znalazły się klasyczne kostiumy, piękne zresztą, to jeszcze w prologu występowały prawdziwe konie!!! (Na premierze jednemu zdarzył się „wypadek”, ale na szczęście kryzys został zażegnany dość szybko i tylko utrzymujący się na scenie i w pierwszych rzędach widowni zapach o nim przypominał…). A inscenizacja pomimo wyjątkowo skromnych jak na premierę operową środków finansowych była stworzona z rozmachem! Nie był to jednak koniec niespodzianek! Dyrektor skorzystał z prawa inscenizatora do wprowadzania zmian i… nasz „Straszny” zaczyna się i kończy zupełnie inaczej, niż kiedykolwiek w jakimkolwiek innym teatrze operowym! Wprowadził wątek współczesny, a cała opera stała się jednym wielkim snem pijanego człowieka, który zastanawia się nad polskimi wartościami i wątpi, czy to wszystko tak  naprawdę ma sens…. I jak  to we śnie bywa, czas się miesza, a żywiołowego mazura tańczą młodzi powstańcy warszawscy, którzy oddali życie za… no właśnie, tu Weiss pyta „za co?”.  Czy te polskie wartości warte są tego, żeby  nasze dzieci skazywać na śmierć? Czy nie jest tak, że to życie jest najwyższą wartością? Powstańcy w trakcie mazura padają jeden po drugim, a główny bohater, Stefan, budzi się ze snu właśnie z takim pytaniem w głowie… gasną światła i słychać krakowski hejnał, a jeszcze przed chwilą tak rozradowany chór opiewający radość życia, stoi z pospuszczanymi w hołdzie powstańcom, lub z żałości  nad nimi, głowami. Zawsze, absolutnie zawsze mam ciarki  na plecach! Znów. I łzy w oczach! Także i teraz, kiedy to piszę, jestem bardzo wzruszona…

Publiczność niemal za każdym jest zdezorientowana! Po ostatnich dźwiękach słynnego, wesołego i zawsze oczekiwanego mazura porwani muzyką ludzie zaczynają oklaski, natychmiast jednak one gasną, gdy tylko rozlega się hejnał. My jako chór stoimy na proscenium i możemy obserwować publiczność. Widzimy niedowierzanie i zachwyt, konsternację, niepewność… niektórzy się rozglądają , bo nie wiedzą, jak się zachować. Niektórzy wstają. A potem następuje burza, huragan oklasków, która trwa i trwa, niejednokrotnie standing ovations! I drzwi na foyer są już otwarte, ale nikt się tam  nie wybiera. Dla mnie… dla mnie to jest piękne, to jest docenienie tej wersji „Strasznego Dworu”, docenienie wizji Marka Weissa i tego, ze zaczarował ludzi, publiczność. Pokazał im za naszym pośrednictwem COŚ.

 

Tak, obie miały rację i Emma i Mama Muminka. Teatr to zarówno najważniejsza i najpiękniejsza rzecz na świecie pokazująca ludziom, jacy mogliby być, ale też i zakład wychowawczy. Cudowny, moralny, piękny, wesoły, smutny. Zawsze magiczny, kiedy jest dobrze zrobiony. Kiedy reżyser i artyści  mają cos do powiedzenia.

Za każdym razem, kiedy jestem na scenie współtworzę tę  magię, a przynajmniej próbuję. Na pewno ją czuję, choć czasem „tam boli, tam strzyka”, padam z nóg lub myśli wędrują ku jakimś kłopotom. Wtedy jednak myślę o widzach, o tym, że czekają na swoją bajkę, a ja tę bajkę wraz z innymi opowiadam, tak, jak marzyłam, odkąd dostałam kasety z „Latem  Muminków”. Nie ma więc „że boli” i daję z siebie wszystko. W szczególności odczuwam tę magię w takich przedstawieniach, jak „Straszny Dwór” Marka Weissa. I to sprawia, że czuję nie tylko przyjemność z tego, co robię, ale też i sens, bo to o to przecież chodzi. Żeby mili widzowie, coś z tej sztuki wynieśli. Choćby oderwali się na chwilę od nieodrobionych lekcji, wściekłego szefa i tego, co  na obiad.

Prawdę mówiąc, mało brakowało, a po odejściu Dyrektora Weissa „Straszny Dwór” nie byłby grany, gdyż nie bardzo podobała się ta koncepcja przedstawienia nowej dyrekcji. Rozważano zmianę, przearanżowanie mazura z powstańcami, przerobienie przedstawienia na obowiązujący kanon. Było to o tyle możliwe, że Marek Weiss podobno scedował prawa autorskie na Operę Bałtycką. Piękny, honorowy gest. Szkoda by było nie wystawiać w ogóle, gdyż muzykę Moniuszki wszyscy mamy we krwi, ona po prostu płynie w żyłach Polaków i znamy te melodie, nucimy je, często nie wiedząc, że to Moniuszko. Szkoda by też było zmieniać tę, nieco kontrowersyjną, ale wspaniałą, poruszającą koncepcję Weissa. Na szczęście zapadła decyzja o ponownym wystawieniu tej realizacji! Nie wiem z jakiego powodu, ale pozostawiono spektakl w takiej formie, jak został stworzony. I chwała za to! No, oprócz koni, niestety koni żal… Graliśmy „Straszny” ponownie po ponad półrocznej przerwie, trochę więcej niż rok od premiery, wszyscy wkładając w wykonanie ogromne zaangażowanie i –jak sądzę – w ogólnym rozrachunku Pan Dyrektor byłby zadowolony z nas, choć pewnie były niedociągnięcia, bo zawsze znajdzie się coś do poprawienia.

Nie wiem, czy będzie mi dane jeszcze wystąpić w tym przedstawieniu i czy widzowie będą mogli je obejrzeć. Nie wiem, czy będę  miała okazję wystąpić jeszcze w jakimkolwiek spektaklu Marka Weissa. Liczę  na to, że tak. Mam też szczerą nadzieję, że jeszcze wiele razy ten „Straszny Dwór” „poleci” na naszych deskach, że będziemy wszyscy mogli się nim jeszcze długo cieszyć!

Co więc łączy „Lato Muminków” ze „Strasznym Dworem” Marka Weissa? Zaraźliwa magia teatru!”

 

 

Poniżej przedstawiam dane dotyczące obu premier „Strasznego Dworu”, a także słuchowiska pt. „Lato Muminków”. Możliwy do znalezienia na kanale You Tube.

 

 

Stanisław Moniuszko
Straszny dwór

Premiera 11 listopada 1995

libretto: Jan Chęciński
kierownictwo muzyczne: Andrzej Knap
reżyseria: Bogusława Czosnowska
scenografia: Józef Napiórkowski
choreografia: Henryk Rutkowski
przygotowanie chóru: Elżbieta Wiesztordt

Obsada:
Krzysztof Gasz: Stefan
Ewelina Wojciechowska: Jadwiga
Bartłomiej Tomaka: Skołuba
Adam Węgliński: Grześ
Leszek Skrla/Florian Skulski: Miecznik
Anna Fabrello: Hanna
Jacek Szymański: Damazy
Łukasz Goliński: Zbigniew
Joanna Wesołowska: Cześnikowa
Kamil Pękala: Maciej

oraz Balet, Chór i Orkiestra POB

 

Czytaj więcej na:

http://kultura.trojmiasto.pl/Oko-uchem-Jaki-teatr-lubi-Mama-Muminka-n46689.html#tri

 

 

 

 

 

Straszny dwór

Stanisław Moniuszko

Premiera 13 grudnia 2015

 

Sienkiewicz, Matejko, Moniuszko – taka jest aktualna trójca wieszczów. Krasiński i Słowacki nie sprawują już rządu dusz. Tylko Mickiewicz ze swoim niepodważalnym autorytetem stoi na czele wszystkich, ale głównie dzięki kultowi, jakim darzymy „Pana Tadeusza”. A więc nostalgia sarmacka i sny o potędze wciąż są podstawowym paliwem narodowej dumy. Nie zmienił tego Wyspiański ani Gombrowicz. Nie zmienili tego luminarze PRLu. Kochamy nasze szlacheckie tradycje, waleczność, honor, odwagę i Miecznika, który ten kodeks cnót wylicza Damazemu, jako warunek ubiegania się o rękę córki. Nie raz obserwowałem oburzenie na widowni, kiedy reżyser szydził z tej postaci i opatrywał jej arię dwuznacznym cudzysłowem.

 

Ale jednak spór z Sarmacją jest podstawowym motorem naszej kultury. Prawie każdy polski twórca czuje się w obowiązku zabrać udział w tej dyskusji. Prawie każdy polski widz żywo kibicuje w tych sporach. Nawet pokolenia, które wydają się już kosmopolityczne i dla których narodowe cnoty należą do lamusa obciachowych tematów ze szkolnej ławy, tak naprawdę tęsknią za wyprawą w głąb przeszłości i odkrywaniem prawdy o swoich korzeniach. A więc zagrajmy to jeszcze raz i dodajmy tu i teraz swoje przekonanie, że heroiczna poezja, na której zostaliśmy wychowani ma też swoją niebagatelną cenę, którą niespodziewanie trzeba będzie zapłacić.

 

Marek Weiss

 

Premiera

13 grudnia 2015

 

Realizacja

libretto                Jan Chęciński

kierownictwo muzyczne              Tadeusz Kozłowski

inscenizacja i reżyseria  Marek Weiss

scenografia        Hanna Szymczak

choreografia      Emil Wesołowski

światła Piotr Miszkiewicz

przygotowanie Chóru    Anna Michalak

asystenci dyrygenta       Szymon Morus,Jakub Kontz

asystenci reżysera           Magdalena Szlawska,

Krzysztof Rzeszutek

asystent scenografa       Monika Ostrowska

Obsada

 

MIECZNIK Mikołaj Zalasiński/Leszek Skrla

HANNA Aleksandra Kubas – Kruk / Agnieszka Adamczak-Hutek

JADWIGA Karolina Sikora / Elwira Janasik

DAMAZY Adam Zdunikowski/Ryszard Minkiewicz

ZBIGNIEW Adam Palka/Szymon Kobyliński

STEFAN Paweł Skałuba

MACIEJ Zbigniew Macias/Zenon Kowalski

SKOŁUBA Daniel Borowski/Damian Konieczek

CZEŚNIKOWA Katarzyna Hołysz/Małgorzata Ratajczak

STARA NIEWIASTA Joanna Wesołowska

GRZEŚ Krzysztof Rzeszutek

Chór, Balet i Orkiestra Opery Bałtyckiej

 

Dyrygent Tadeusz Kozłowski/Szymon Morus

Informacje pobrane z oficjalnej strony Opery Bałtyckiej. Zdjęcia Krzysztof Mystkowski (agencja KFP)

 

 

 

 

Lato Muminków (bajka muzyczna)

Lato Muminków

Rodzaj słuchowiska        baśń muzyczna

Kraj produkcji   Polska

Język     polski

Scenariusz          Andrzej Maria Marczewski (adaptacja)

Bogdan Chorążuk (teksty piosenek)

Na podstawie   Lato Muminków Tove Jansson w przekładzie Ireny Szuch-Wyszomirskiej

Reżyseria            Andrzej Maria Marczewski

Muzyka Tadeusz Woźniak

Realizacja dźwiękowa    Władysław Gawroński, Fryderyk Babiński, Andrzej Złomski

Narrator              Gustaw Holoubek

Data produkcji  1978

Długość 79:32

Pierwsze wydania płytowe

lub kasetowe

Tytuł     Tove Jansson: Lato Muminków

Data wydania    1978

Wytwórnia płytowa        Wifon/Pronit

Lato Muminków – polska baśń muzyczna dla dzieci, będąca adaptacją Lata Muminków fińskiej pisarki, Tove Jansson.

 

Dla Teatru Dramatycznego w Wałbrzychu tekst zaadaptował reżyser przedstawienia Andrzej Maria Marczewski. Teksty piosenek napisał Bogdan Chorążuk, a muzykę skomponował Tadeusz Woźniak. Widowisko cieszyło się dużą popularnością i było potem wystawiane w wielu polskich teatrach[1]. Dla potrzeb wałbrzyskiego spektaklu nagrany został podkład muzyczny, który w 1978 wykorzystano w trakcie realizacji fonograficznej tej baśni. Pomiędzy marcem a sierpniem 1978[2] w studiach radiowych w Warszawie i Opolu nagrywane były teksty mówione i piosenki.

 

Bohaterom Lata Muminków użyczyli swoich głosów znani polscy aktorzy, a piosenki śpiewane były przez samego Tadeusza Woźniaka, jego kilkuletniego wówczas syna Piotra, Krystynę Prońko, zespół Andrzej i Eliza i in. Album, obok płyty Zegarmistrz światła, był największym sukcesem w dorobku Tadeusza Woźniaka[1]. Pochodząca z płyty piosenka „Senna kołysanka” należy też do największych przebojów Krystyny Prońko[3].

 

Producentem nagrań była firma Wifon, która w 1978 wydała Lato Muminków na dwóch kasetach magnetofonowych (Wifon NK-536 a-b) oraz dwóch długogrających płytach gramofonowych wytłoczonych dla Wifonu przez Pronit (SLP 4001 – 4002).

 

W 2009 roku, nakładem Polskiego Radia, ukazała się reedycja albumu na płycie kompaktowej i w nowej oprawie graficznej (nr kat. PRCD 1083).

 

Twórcy (wyd. 1978, 2LP)[edytuj]

opracowano na podstawie materiału źródłowego[2]

 

przekład: Irena Szuch-Wyszomirska

adaptacja i reżyseria: Andrzej Maria Marczewski

teksty piosenek: Bogdan Chorążuk

muzyka: Tadeusz Woźniak

realizacja dźwięku: Władysław Gawroński, Fryderyk Babiński, Andrzej Złomski

kierownik produkcji: Iwona Thierry

opracowanie graficzne: Włodzimierz Terechowicz

obsada:

Narrator – Gustaw Holoubek

Mamusia Muminka – Ryszarda Hanin

Tatuś Muminka – Zygmunt Kęstowicz

Muminek – Mieczysław Czechowicz

Mimbla – Ewa Kania

Mała Mi – Mirosława Krajewska

Panna Migotka – Mirosława Krajewska

Bufka – Małgorzata Niemirska

Homek – Jerzy Bończak

Emma – Zofia Rysiówna

Filifionka – Daniela Makulska

Paszczak – Andrzej Stockinger

Paszczakówna – Danuta Szaflarska

Włóczykij – Tomasz Grochoczyński

Informacje pobrane z Wikipedii.

Poniżej przedstawiam pismo dyrektora w sprawie likwidacji „Strasznego Dworu” w Operze Bałtyckiej. Zdjęcie pobrałam ze strony na FB „Ratujmy Operę Bałtycką”

 https://www.facebook.com/Ratujmy-Oper%C4%99-Ba%C5%82tyck%C4%85-139455373571226/

 

Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.