Właśnie niedawno sobie uświadomiłam, że w tym roku mija 10 lat. 10 lat odkąd na serio działam w temacie mis tybetańskich. Rok 2007 był dla mnie ważny pod tym względem. To był rok ogromnych przemian. Moich osobistych przemian. Rok, w którym przewróciłam do góry nogami całe moje życie. Rok, w którym postawiłam bardzo mocno na siebie i swoją moc. Kiedy stwierdziłam, że mogę żyć  inaczej niż inni, że nie muszę się dostosowywać, naginać (w każdym razie nie w tym stopniu, w jakim było to dotychczas), że MOGĘ.

A co mogłam? A, chociażby spełnić swoje marzenie z wczesnej młodości o uzdrawianiu dźwiękiem. Albowiem, okazało się, że są tacy ludzie, którzy mieli podobne spostrzeżenia, jak ja. Ponieważ ja, kiedy śpiewałam, zauważałam wiele pozytywnych zmian u siebie i moich bliskich, którzy słuchali mojego śpiewania. Już jako dziecko czułam, że dźwięk jest czymś więcej. Czułam go niemal  namacalnie, był dla mnie realny, mogłam go dotykać. A skoro tak, skoro dźwięk mnie dotykał i robił mi przyjemność, odejmował ból (np. ból głowy, lub brzucha)  albo sprawiał ból (np. pisk hamującego pociągu), to znaczy, że działa na człowieka fizycznie i można to wykorzystać. W tamtych czasach był bardzo nikły dostęp do literatury  na ten temat i nie miałam pojęcia, że są ludzie, którzy też to badają (Peter Hess, Alfred Maman). Nie miałam pojęcia, że tak jest, jak myślałam! To znaczy ja to czułam i dla bliskich wykorzystywałam, ale nie na szerszą skalę. Bałam się trochę, że zostanę uznana za wariatkę, choć nawet moja Pani Profesor od śpiewu przyznawała, że coś w tym jest, w dźwięku, że ona też obserwuje czasem cuda. Potem był długi czas, kiedy w pewien sposób zostałam odcięta od tego wszystkiego. Od śpiewania, od duchowości. Tak – i to niestety  ja sama pozwoliłam na to. Ale taka była najwyraźniej moja droga do celu, trochę wyboista i trudna, ale… najważniejsze, ze we właściwym kierunku. Tamte doświadczenia, choć trudne, doprowadziły mnie do naprawdę kiepskiego stanu fizycznego i – przede wszystkim – psychicznego, stały się jednak dla mnie… Trudno mi powiedzieć czym się stały. Na pewno kopalnią wiedzy o sobie. Sięgnęłam wtedy dna. Swojego dna. I miałam do wyboru – zostać  na tym dnie  i powoli usychać, albo… wrócić do siebie. Wybrałam to drugie. Z umiłowania życia, ale przede wszystkim z miłości do dzieci. Dla nich postanowiłam odzyskać siebie, gdyż uznałam, że zasługują na to, żeby mieć szczęśliwą matkę. Uznałam, że zasługują  na to, żeby im pokazać, że MOŻNA INACZEJ. I zrobiłam to. Wymagało sporo determinacji , samozaparcia, bałam się jak nie wiem, bo stawiałam wszystko  na jedną kartę, ale gdzieś w głębi ducha wiedziałam, że dobrze robię! Że jestem  na właściwej ścieżce! A wiadomo, jak jesteś  na właściwej ścieżce, to Wszechświat Ci sprzyja! I tak właśnie było! Znajdowały się znikąd pieniądze, okazje, pomocni ludzie. I to się wtedy działo. Wystarczyło się odważyć! Codziennie tego doświadczam.

Niestety, moje ciało w czasie posuchy mocno ucierpiało i echa tego odczuwam do tej pory, ale – dzięki powrotowi do siebie  i niekonwencjonalnej pracy z dźwiękiem niesamowicie podkręciłam woje zdrowie!  Dzięki temu, w jakim byłam wówczas stanie (bardzo złym, były chwile, kiedy nie mogłam chodzić), mogłam obserwować, jak dźwięk  na mnie działa.

A był to czas, kiedy jeździłam  na kursy i koncerty do Leszka Angulskiego oraz do centrum Petera Hessa „Acama”, a także na kurs uzdrawiania głosem (moja działka, moje marzenie!) Shirley Rodin!

Na tych wszystkich kursach spotkałam bardzo wielu wspaniałych ludzi – z niektórymi jestem wciąż w kontakcie i to jest wspaniałe, niektórzy niestety zniknęli z mojego życia. Wszystkie te osoby sprawiły jednak, że uwierzyłam w siebie. Wspierali  mnie w trudnych chwilach, mówili, że mam nie schodzić z tej drogi, nie wolno mi! Jestem tym wszystkim ludziom bardzo głęboko wdzięczna i niezwykle często myślę o nich z wielką serdecznością, bo – uratowali mi życie. Dziękuję Wam za to!

Na tych kursach zobaczyłam, że nie jestem sama. Zobaczyłam, że ludzi podobnych do mnie jest więcej, że ścieżka jest już dobrze wydeptana i mogę nią po prostu iść. Co też czynię od ponad 10 lat.  I Wszechświat mi sprzyja!

W czym – zapytacie? Ano, choćby w zdobyciu pieniędzy  na misy. I potem na więcej mis i wymarzone gongi. To jest bardzo kosztowna sprawa. Ja nie miałam po prostu szans na zdobycie potrzebnej kwoty na choćby jedną misę. Tak mi się zdawało… Ale w 2006 r. zaczęłam sobie płacić ubezpieczenie na emeryturę, miesięcznie grosze, ale jak się okazało… po kilku miesiącach coś pomieszałam z wpłatami i ubezpieczalnia nagle mi przysłała pieniądze. Listonosz mi je przyniósł, a ja nie dostałam wcześniej żadnego wyjaśnienia – nic. A za tydzień był kurs gry  na misach, na który  nie mogłam pójść, bo nie miałam  na to zwyczajnie funduszy. I nagle się znalazły! Powiem więcej – nie dość, że opłaciłam kurs, to kupiłam mój pierwszy zestaw trzech mis i zostało mi niecałe 10 zł – na powrót do domu – akurat tyle ile kosztował przejazd. Niesamowite! Od tej pory śmieję się, że to jest moja emerytura. Ale czyż nie można powiedzieć, że Wszechświat mi sprzyjał? Doprowadził do „pomyłki”, która, jak się okazało, nią nie była – to był wówczas jedyny legalny i dostępny  dla mnie sposób na zdobycie potrzebnej gotówki  na rozpoczęcie Nowego Życia, Powrotu do Siebie.

Potem, już w 2007 roku pojechałam na kursy do Acama i z Shirley Rodin (już uzbierałam pieniądze sama, bo uwierzyłam, że warto i dam radę), a w czerwcu 2007 roku ukończyłam kursy w Akademii Dźwięku Petera Hessa!

W tak zwanym międzyczasie trafiłam  na unijny kurs aktywizujący kobiety po 30 roku życia – byłam PIERWSZĄ kursantką, która podpisała umowę. A po przejściu kursu i złożeniu wniosków DOSTAŁAM PIENIĄDZE Z UNII EUROPEJSKIEJ NA ROZPOCZĘCIE DZIAŁALNOŚCI. Choć szanse miałam naprawdę bardzo marne, bo nie rokowałam wielkich dochodów…. Ale dostałam! I mogłam kupić potrzebny mi, WYMARZONY sprzęt, czyli gongi i misy! I stojaki, pałki, wszystko, co potrzebne!

Także, Proszę Państwa, jak się okazuje, warto marzyć i inwestować w te marzenia energię! Warto się odważyć!

Gongi nabyłam we wrześniu. Ależ ja byłam szczęśliwa! Od tej pory od częściej lub rzadziej (miałam też sporą przerwę niestety) gram  dla Was. Niedługo wznowię indywidualne masaże dźwiękiem, bo bardzo mi tego brakuje, takiego bezpośredniego oddziaływania  na Was. Chociaż uwielbiam grać dla Was koncerty, naprawdę – i to nie jest kokieteria, czy zwykły biznes.

Konkludując – uświadomiłam sobie, że to już tyle czasu! Kawał czasu!  Kawał doświadczania i mojego własnego zdrowienia, a także patrzenia na zdrowienie innych.

A w tym roku jubileusz, jak się okazuje i też pewnie bym o tym nie myślała, gdyby nie to, ze musiałam poszukać jakieś dokumenty i trafiłam  na moje certyfikaty… jak to Wszechświat sprzyja ☺

Kochani, wobec tego ogłaszam ten rok moim świętem!

Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.