Z Życia Artystki: O Tym Jak Przez Moje Zapominanie Nazwisk Stałam Się Stręczycielką…

Urodziłam się kiedyś tam, ładnych parę lat temu. Dość już sporo w sumie, jak się tak zastanowić, biorąc pod uwagę ilość siana pozostałego w głowie. Ale nie wstydzę się tego, a co, nawet uważam  za zaletę! To takie celebrowanie życia, uśmiechu, no  – przecież  nie można w życiu być ciągle poważną! Od tego się umiera… i tak człowiek umiera, ale przynajmniej będę miała więcej miłych i zabawnych wspomnień. O! Tyle Wam powiem!

W sumie narodziłam się wiele razy. Tak, w tym życiu, ale kto by to spamiętał, tyle razy to było… może kiedyś policzę, a może szkoda mi będzie czasu, bo będę zajęta nowymi narodzinami –wciąż i wciąż.

Jedna z moich sióstr zwykła powtarzać z tajemniczym wyrazem w głosie: „No tak, z niej to niezła artystka!”. Zawsze mnie to zastanawiało, co ona miała właściwie na myśli? Czy podziwiała mój kunszt wokalno – aktorski (o ja naiwna!), czy raczej ta tajemnica to był przekąs – ta, to w życiu potrafi nawyczyniać? A dziś sobie myślę, że nawet, jeśli to nie miało być miłe, to kogo to obchodzi? Cóż, pomimo wielu ograniczeń, szczególnie tych w głowie, próbuję po prostu żyć w miarę pełnią życia, a jeśli moje pomysły nie wszystkim się podobają, to ja już na to nic nie poradzę. No w końcu nie można zrobić dobrze wszystkim – przecież! A mnie jest z moimi wygłupami dobrze! Jestem artystka i już! I bierzcie mnie ludzie z całym pakietem!

Było  i jest w moim życiu trochę zabawnych wydarzeń. Sporo też było nieprzyjemnych i przykrych chwil,  na szczęście mam jakąś taką zdolność do uśmiechu, do znajdowania dobrych stron… zawsze powtarzam, że nie ma tego złego, co by  na dobre nie wyszło! Tak jest i już.

Gdyż ponieważ pracuję w teatrze, żyję w środowisku barwnych ludzi, podobnych mnie kolorowych motyli, wrażliwych mniej, lub bardziej. Mniej lub bardziej przytomnych nawet – i nie mam tu  na myśli upojenia alkoholem, czy innymi środkami wspomagającymi, raczej sztuką! Ta potrafi dopiero odurzyć człowieka, uderzyć do głowy! Głowa w chmurach!

Możecie mi wierzyć, albo i nie, jak sobie chcecie, ale życie artystki może być nie tylko ciekawe, może też być  nudne. Tak jak i Wasze życie. To zależy od punktu widzenia i skłonności do narzekactwa. Moje jest ciekawe. Lubię je. Bo lubię. Chyba. To znaczy lubię ludzi, a chyba dlatego mam ciekawe życie! Gmatwam, wiem. Też lubię, haha! Ale patrzę  na życie w taki sposób, żeby było ciekawe. I dzięki temu jest. Trochę przygód się w nim wydarzyło, mniej lub bardziej interesujących.

Zdarzyło mi się np. takie coś. Odkryłam ostatnio na Instagramie instytucję trójmiejsko – szczecińską zwaną Teatr Czwarte Miasto. To znaczy oni mnie odkryli, coś tam polubili, to weszłam do nich, popatrzyłam i – szok. To skąd oni są? Czemu ich nie znam? Hmmmm… zaglądam w ich posty, patrzę, a tam Darek Siastacz – gdyński aktor i w postach o Gdyni piszą, ze występują, ale i w Szczecinie. Zagwostka. Coś mi się gdzieś kiedyś obiło o uszy chyba…pffffff… och, ta skleroza!!! Są tacy, którzy wiedzą o mojej nieuleczalnej skłonności, przynoszącej  mi wstyd okropny i stawiającej mnie w niekomfortowych sytuacjach. Otóż – zapominam. Nie ze złośliwości, czy braku uważności i szacunku, tak  mam po prostu i trudno mi coś  na to poradzić, pomimo starań. Przykre to i dla mnie i inter- moich – lokutorów. Bo zapominam imiona,  nazwiska,  nazwy instytucji… Kiedyś  miałam doskonałą pamięć, ale coś mi w mózgu kiedyś widać się przepaliło i umiejętność znikła, pozostawiając masę czarnych dziur w mojej głowie. Wybuch jakiś musiał  nastąpić. I mieszka do tego w mojej głowie taki chochlik, który uznał, ze jego misją życiową jest chowanie mi różnych ważnych dla mnie informacji po ciemnych kątach umysłu i zapomnianych jego szafach, zapyziałych szufladach – i ma radochę z tego ogromną! A ja dygam często spanikowana po labiryntach pamięci i szukam. Czasem udaje mi się go przechytrzyć  na szczęście,  mam na to sposoby. Zdarza się, że działają.

Ta przypadłość doprowadziła kiedyś do nieoczekiwanego i w sumie śmiesznego z perspektywy lat spotkania z Darkiem Siastaczem. Niezorientowanych informuję, że Darek Siastacz jest świetnym aktorem, przez długi czas związanym z Teatrem Muzycznym, potem Miejskim (oba w Gdyni), a teraz – jak się okazuje – Teatrem Czwarte Miasto.

Był to rok chyba 2000. Któregoś wieczora umówiłam się z moją dawno nie widzianą Koleżanką mieszkającą  w Niemczech w słynnej gdyńskiej Cyganerii. Każdy szanujący się bohemianin powinien od czasu do czasu tam zajrzeć, szanująca się bohemianka również. A my oczywiście do takich  należałyśmy, wszak trzeba bywać w odpowiednich miejscach! Przynajmniej czasem, bo ja w sumie rzadko, dzieci miałam małe. Ale przyjazd Koleżanki to wydarzenie i trzeba było je uczcić! Siedzimy, gadamy, śmiejemy się. Powietrze gęste od dymu papierosowego (to jeszcze te czasy), oparów alkoholu, spoconych,  rozgrzanych ludzi  i ich śmiechu odurzało i wprowadzało w coraz lepszy  nastrój. Wszystkie stoliki były zajęte, knajpa pełniusieńka. Atmosfera łikendowa, wesoła, ludzie się bawili. Fajnie było! Nagle Koleżanka  zobaczyła kogoś przy jednym ze stolików –  zadrżała i osłupiała. Rozejrzałam się, ale nie mogłam się zorientować kogo zobaczyła i o co chodzi. Wreszcie, nagabywana przeze mnie wydukała: „Uwielbiam go…”. „Kogo???” – pytam – „Jego. Ale nie wiem, jak się  nazywa.” Ruchem głowy wskazała mi postać siedzącą przy jednym ze stolików. Mężczyznę. Siedział sam. „Aaaa, to aktor z Muzyka. Siastacz. Nie, Śledź. Cholera nie wiem! Znowu…”.

Koleżanka siedziała i wlepiała się w niego rozmarzonym wzrokiem. Z naszych plotek  nici. Ona kompletnie odpadła. Kompletnie! Co tu zrobić? No co? W sumie prosta sprawa– jak obiekt uwielbienia siedzi obok, to najlepiej iść, zapoznać się z nim, umówić  na randkę może… Jak pomyślałam, tak zaczęłam wdrażać plan w życie – wyłuszczyłam, jej, że pójdzie, przedstawi się, coś tam powie na temat nazwisk, potajemnie dowie się, które nazwisko jest właściwe, coś tam zawsze można przecież na poczekaniu wymyślić. A ona się zaparła, że nie! Nie zrobi tego! Chciałaby się spotkać, ale tak jej wstyd, że nie zna nazwiska, że nie pójdzie! Ja mówię, kobieto, taka szansa, siedzi obok! – Nie i już! Zagroziłam, że ja pójdę do niego, coś trzeba było zrobić, co – będę tak siedzieć i patrzeć na nią, jak więdnie z tęsknoty do obiektu oddalonego o jakieś 3 metry i z dziesięć osób pomiędzy  nami? Nie czekając zbyt długo wstałam od stolika i – trochę zdenerwowana, w końcu byłam jakaś tam nieopierzoną artystką, a to Wielki Artysta i w sumie sytuacja niezręczna, żeby nie rzec, głupia – podeszłam do stolika Pana Aktora. Grzecznie się przedstawiłam, (wtedy jeszcze nazywałam się Miętki), przeprosiłam, że przeszkadzam i zapytałam czy to będzie straszna rzecz, jeśli zajmę Panu chwilkę? Bo wynikła taka sprawa… Trochę mi było wstyd, nie powiem. Strasznie mi było wstyd! Jezu, tak  naprawdę myślałam, że zapadnę się pod ziemię! Bo nie pamiętałam nazwiska Aktora. Gdyby nie to – luz. Ale nie było odwrotu, trzeba było brnąć dalej, w końcu obiecałam Koleżance, że załatwię jej randkę.

Pan Aktor popatrzył  na mnie i wskazał krzesło – wyraźnie się zainteresował. Usiadłam w taki sposób, by widzieć koleżankę. Wskazałam mu ją i wyłuszczyłam sprawę:

– Widzi pan, trochę to krępujące. Nie powiem, żenujące właściwie. Otóż… zastanawiamy się z Koleżanką, jak się Pan  nazywa. Wstyd, bo jest Pan znanym aktorem…. Dla mnie wstyd, bo widuję Pana w rolach, ona tylko raz… i uwielbia pana… i właściwie nie pozwoliła mi tu przyjść (Koleżanka była wyraźnie spłoszona, zmieniała kolory na szczęście dla mnie, potwierdzając moje słowa). No i właściwie mamy dwie opcje – albo jest pan Śledź, albo Siastacz. Tylko teraz – który z nich to pan?! Może zechciałby pan  nas wybawić z kłopotu, bo ta niewiedza i wstyd aż bolą… a jeszcze do tego wszystkiego tak się Pan podoba Koleżance…

Powiedziałam co miałam do powiedzenia i patrzę na niego. Czekam, co się stanie – jak  na wyrok. Przeżyję, czy nie? Czerwona chyba byłam jak burak, w każdym razie zdenerwowanie buchało ze mnie. A Aktor się śmieje. I mówi – fajna jesteś! Ja na to, że głupia, bezczelna i niewychowana, bo nie pamiętam i jeszcze mam śmiałość mu o tym mówić. Ale podoba się koleżance. Ponieważ bardzo ją lubię i cenię, to postanowiłam doprowadzić do spotkania. Na to on zebrał swoją szklankę i popielniczkę i przysiadł się do nas. Przedstawił się Koleżance i mnie – Dariusz Siastacz! Jednak! Koleżanka jednak za chwilę czmychnęła. Szkoda. W sumie nie dziwię się, bo Darek właściwie nie był zainteresowany rozmową z nią, chyba jednak ja (zakompleksione stworzenie bardzo tym zadziwione) bardziej go zaintrygowałam. Był cały czas w moją stronę zwrócony. W sumie nie co dzień podchodzą ładne dziewczyny do człowieka, nawet tak znanego (byłam ładna, z radością to przyznaję teraz) i prawią banialuki! Niezbyt komfortowo się z tym czułam, cały próbowałam tak prowadzić rozmowę, żeby zainteresować go Koleżanką. Trudno było, bo ona nabrała chyba wody, a może wódki w usta… nie pomagało to raczej…

Lojalnie poszłam za nią. Głupia sytuacja, poszłam stręczyć Koleżankę, a facet nie zwraca uwagi na nią, tylko  na stręczycielkę. Cóż – bywa! Ale potem ile razy spotykaliśmy się z Darkiem na ulicy to on wyraźnie się cieszył, w sumie to była zabawna znajomość, choć przelotna! Było z czego się śmiać, Haha!

Nie wiem, czy Darek mnie jeszcze pamięta, wiele lat się  nie widzieliśmy i kiedyś spotkaliśmy się  na ulicy – widać było, że mu dzwoni, tylko, który to był kościół? Sytuacja się odwróciła.

Ale za to ja mam co wspominać!

 

 

Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.