Magdalena Pfeifer przedstawia opowiadanie pt.:

Suknia Laury

Część 1

Każdego dnia po późnym obiedzie, kiedy mijał upał i zrywał się lekki popołudniowy wietrzyk, Laura szła na spacer po plaży. Pozornie samotny. Pozornie, gdyż jej pokojowa, ukochana Marianna nie pozwalała  na to, szła za nią w pewnej odległości, nie spuszczając dziewczyny z oka, robiła to jednak tak, by ta nie czuła się skrępowana. Cóż, miała prawo, w końcu Marianna wychowywała Laurę – była opiekunką tej  młodej kobiety, najwierniejszą w świecie przyjaciółką, powiernicą wszelkich sekretów, kimś więcej niż  matka, która zmarła, gdy Laura była małą dziewczynką. I tak jak nigdy dotąd, nie opuszczała Laury na krok. Marianna bała się o nią i Laura wiedziała o tym, że tamta ją śledzi. Biedna Marianna myślała, że ona będzie chciała… to już tyle czasu minęło odkąd…

Tego dnia kobiety również poszły  na plażę. Laura przysiadła  na piasku i zaczęła wpatrywać się w niego. Przyglądała się różnorodności ziaren, ich kolorom wielkości – były takie maleńkie, tak drobne, a był w nich zawarty cały świat! Powoli zanurzała palce w sypkim, miękkim i ciepłym piasku, przypatrywała się, jak pomiędzy nimi przesypują się złote

i srebrne ziarenka, jak światło gra pomiędzy nimi. Uwielbiała te popołudnia, tę samotność. Nic innego nie liczyło się wówczas, istniał tylko piasek i ona. Poczuła żar słońca na nagich ramionach, więc poprawiła szal, okryła je dokładniej, żeby nie spalić sobie skóry. Co prawda z podziwem przyglądała się kobietom, które wprowadzały nową modę opalonej skóry, ale to nie było dla niej. Ona lubiła być tylko lekko muśnięta słońcem.

Wciąż bawiła się piaskiem, obserwowała uważnie, jak ziarnko po ziarnku upadało na powoli rosnącą kupkę, jak układały się we wzory, jak podstawa tego małego wzgórka rosła, wraz z jego wysokością, jak ziarenka zsuwały się po łagodnym zboczu. Była tu, w kurorcie już kilka miesięcy i niemal codziennie to robiła, z wyjątkiem deszczowych dni. To było jak rytuał, rytuał, który pozwalał jej nie myśleć, przesypywanie złotego piachu między palcami

i obserwacja go wprowadzała ją w pewnego rodzaju medytację. Ta specjalna uważność z jaką to robiła i koncentracja, były najlepszymi momentami w ciągu dnia. Jedynymi właściwie, kiedy nie myślała o… i to było piękne. Jak prysznic dla duszy… Choć ostatnio zauważyła, że świat jakby wydał się jaśniejszy, pogodniejszy. Nie za sprawą pięknej pogody i wyjątkowych w tych okolicach upałów, tak długo trwających. Nie, to coś w jej sercu i w jej umyśle… za każdym razem, kiedy kończyła swój piaskowy rytuał, czuła się lżejsza, oczy jakby więcej

i wyraźniej widziały, czarna chmura smutku za każdym razem stawała się mniej przytłaczająca. Docierały do niej radosne głosy innych ludzi, ich śmiechy i nie bolały jej one już, nie drażniły. Nawet parę dni temu przez chwilę porozmawiała z jakąś dziewczynką, która rzuciła  jej piłkę pod nogi.

Czytała coś o medytacji, podobno miała lecznicze działanie dla duszy, popularyzowali niegdyś Helena Bławatska, a ostatnio Stefan Ossowiecki… Czy przesypywanie piasku mogło być medytacją? Czymkolwiek było, uspokajało ją, wyciszało i to było najważniejsze. Powodowało, że czuła się stabilniejsza i bardziej związana z Ziemią. Dziwne to odczucie. Czasem  czuła, jak ziemia oddycha, czasem zdawało jej się, że sama jest takim ziarenkiem spadającym spomiędzy czyichś palców w upalny dzień. Może któregoś dnia porwie ją ocean? A może miękka, mokra fala poliże ją tylko i pokaże, że jest też coś innego, niż tylko bezwolne leżenie z innymi ziarenkami, wywołując jakieś marzenia? Ona swoje marzenia straciła. Straciła je bezpowrotnie… to już nigdy nie wróci. Tamto życie. Nic nie będzie już takie jak dawniej. Zastanawiała się często, jakie mają życie ci wszyscy ludzie na plaży. Jak żyją, jak mieszkają, jak  nienawidzą, jak kochają, jak rozmawiają ze sobą… co lubią, a czego nie. Oni wszyscy byli takimi ziarenkami. Czy mieli marzenia? Jakie? Czy byli szczęśliwi?

Nigdy nie wiedziała, jak długo tak siedziała. Podniosła wzrok i spojrzała na morze. Co prawda zawsze spacerowała  nad morzem, ale unikała zbyt długiego wpatrywania się w dal, to wywoływało w niej poczucie bezradności, tęsknotę tak wielką! Tęsknotę za nim!

Tym  razem jednak zdecydowanym ruchem podniosła głowę i omiotła spojrzeniem widok . Nagle postanowiła, że czas pogodzić się ze stratą. Czas chyba zacząć życie na nowo. Skoro nie może umrzeć, musi żyć. Zresztą, czy chce umrzeć? Nie, teraz już  nie. Będzie robiła to, co kiedyś, tylko bardziej się zaangażuje, przecież ma dość pieniędzy, kochany ojciec zadbał o to, żeby odziedziczyła ogromny majątek! A niania, najdroższa w świecie Marianna zadbała o to, żeby Laura wyrosła na osobę wrażliwą na cudze nieszczęście. Po prostu bardziej zaangażuje się w działalność charytatywną, to będzie teraz celem jej życia.  I samotność będzie mniej dotkliwa.

Wpatrując się w niemal gładkie morze poczuła, jak akceptacja i postanowienia układają się jej w duszy, że układanka się dopełnia, że to jest to, czego było jej trzeba. Poczuła ulgę. Tak. Nareszcie pogodziła się z tym, że ona musi żyć, że ma widocznie coś do spełnienia jeszcze, że jej życie jeszcze się nie skończyło, pomimo, że jego – tak.

Kochany Robert… ona czuła tamtego dnia dziwny niepokój. Tak bardzo się kochali! Za kilka dni miał odbyć się ich ślub, przygotowania do niego zabierały im niemal cały ich czas.

Tamtego dnia, jak zwykle przed kolacją wsiadł  na konia, ich nowego ogiera, młodego i nieco płochliwego. Robert uparł się, żeby jak najszybciej oswoić zwierzę z jazdą pod siodłem. Czasem  jeździli razem na spacer, ale tego wieczora Laura prosiła Roberta, żeby wcale nie jechał, ogarnęło ją dziwne uczucie, jakby miała go już więcej  nie zobaczyć. Nalegała, żeby darował sobie przejażdżkę, ale on się tylko roześmiał – jak ona lubiła, kiedy on się śmiał! Jednak tego dnia prawie ogarnęła ją panika, taka sama, jak wtedy, gdy zginęli jej rodzice…. Robert nie posłuchał jej próśb, powiedział tylko, że ona nie ma się co martwić, w końcu co może mu się stać? I taki roześmiany, spiął konia i pogalopował. Ona stała na podjeździe

i widziała, jak wypadłszy za bramę koń, niezbyt jeszcze dobrze ujeżdżony przecież, przestraszył się nadjeżdżającego z dużą prędkością auta, których w okolicy zrobiło się ostatnio sporo, stanął dęba, zrzucił Roberta z grzbietu i pognał w dal. Robert był wytrawnym jeźdźcem i wiedział, jak spadać, by doznać jak  najmniejszych obrażeń. Widziała, jak podniósł głowę i próbował przeturlać się jak  najszybciej na drugą stronę drogi, jednak kierowca auta w ogóle nie zareagował ani na zdarzenie,  ani  na krzyk i machanie służby, która natychmiast wybiegła  na drogę, tylko jechał dalej, w ogóle nie próbując nawet hamować, wraz ze swą pasażerką zaśmiewali się z czegoś. Gdyby chociaż zwolnili!… Robert zdążyłby uciec! Niestety nie zrobili tego. Zginął pod kołami samochodu! A ona to wszystko widziała! Wszyscy widzieli! Potem  dobiegły ją strzępy rozmów, podobno ci ludzie w aucie byli pijani.

Kiedy do niego dobiegła, nie bacząc  na suknię, nie bacząc na nic, rzuciła się  na kolana, z przerażeniem, bardzo ostrożnie wzięła  go w ramiona, nie słyszała harmidru wokół, istnieli już tylko zakrwawiony, umierający Robert i ona – ze zduszonym gardłem, ogarnięta rozpaczą. Jeszcze wyczuła delikatny puls i ciężki, choć zanikający oddech. Przez chwilę jeszcze myślała, miała nadzieję, ze może jednak…

– Lauro… – usłyszała charczący, ledwie słyszalny szept koło swego ucha – powinienem był cię posłuchać… wybacz mi… t….tak bardzo cię… kocham… masz być szczęśliwa… pamiętaj… chociaż mnie nie będzie… – i  nagle jego ciało zmiękło, opadło, zrobiło się tak potwornie ciężkie… zrozumiała.  Klęczała tak – wciąż trzymając go w ramionach – długo, nie pozwalając nikomu podejść do nich. Nikt zresztą nawet nie miał odwagi, widząc jej ból i cierpienie. Była jak skamieniała z rozpaczy. Świat się zatrzymał i zamroził. W końcu starej Mariannie udało się przekonać ją jakoś, żeby wstała – zaprowadziła ją do jej pokoju,  pomogła zdjąć pokrwawioną suknię, umyć się, położyć do łóżka. Potem przez wiele tygodni prawie z niego nie wychodziła. Nic nie pamiętała, była jak w transie. Nie była nawet na pogrzebie, nie była w stanie. Bezwolnie poddawała się zabiegom higienicznym Marianny, nie zależało jej już  na niczym. Jedyna osoba, którą tak bardzo kochała, jej słońce, jej oddech, jej Robert – nie było go! W takim razie ona też nie miała po co żyć. Odmawiała przyjmowania pokarmów i płynów, za każdym razem, gdy niania przynosiła jakieś smakołyki odwracała głowę i to tylko  wówczas, gdy akurat nie była zatopiona we wspomnieniach. Wtedy bowiem w ogóle nie było z nią kontaktu. Marianna potem wielokrotnie powtarzała, że to było okropne, kiedy tak  leżała bez ruchu i nie reagowała na nic. W końcu wezwano doktora i stara niania kilka razy dziennie wstrzykiwała Laurze płyn z jakimiś witaminami, który utrzymywał ją jakoś przy życiu. Podobno to jakaś nowatorska metoda. Zresztą do tej pory jej opiekunka wstrzykuje jej ten płyn raz dziennie. Przez to musi nosić bluzki z długimi rękawami, bo ma całe ramiona poznaczone okropnymi siniakami i bliznami.

Biedna Marianna, tyle przy niej wycierpiała! Jej wierna towarzyszka, ukochana niania! Laura ma niesłychane szczęście mając przy sobie kogoś tak oddanego! Tak, musi to Mariannie jakoś wynagrodzić – myślała – Te dwa lata niepokoju staruszki o nią… najlepiej… najlepiej zacząć żyć! Robert też by tego chciał W końcu to były jego ostatnie słowa… Ma być szczęśliwa,  nawet bez niego. Jak miała być szczęśliwa bez niego? Jak? Długo nie potrafiła tego zrozumieć, ale teraz to zrozumienie powoli wkradało się do jej umysłu, do jej duszy. Już zaczynała dojrzewać w niej myśl, że to jest możliwe, choć jej życie będzie inne.

Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.