Suknia Laury, cz. 1

Suknia Laury, cz. 2

Magdalena Pfeifer przedstawia opowiadanie pt.:

Suknia Laury

Część 3

Nadszedł dzień balu. Rankiem przybył kurier z salonu krawieckiego i gdy Laura wróciła ze śniadania, ze zdziwieniem spostrzegła, że  na szafie wiszą dwie, niemal identyczne suknie, jedna czarna, a druga z tej cudownej, pąsowej satyny! Na podłodze stały pantofle do tańca, na niewysokim obcasie, przyozdobione… tak, maleńkimi różyczkami. Róże były jej ulubionymi kwiatami. Marianna, która krzątała się po pokoju, ukradkiem obserwowała dziewczynę. Ta, pobladła na twarzy, nieśmiało dotknęła obu sukien, dostrzegła, że pąsowa miała doszyte na staniczku przy ramiączkach  małe różyczki, a we wcięciu dekoltu większą, czego nie było przy czarnej, bardziej ascetycznej. Po chwili nagle zebrała się i prędkim krokiem wyszła na swój codzienny spacer do ogrodu. Ale zapomniała wziąć książkę, co stara niania uznała za oznakę poruszenia.

Tymczasem  w Laurze rzeczywiście walczyły ze sobą sprzeczne uczucia! Chodziła po ogrodzie i rozmyślała. Ta pąsowa suknia – jak  Marianna mogła jej to zrobić?! Tak ją wodzić  na pokuszenie? Po co?! Po co? Przecież wcale nie chciała iść  na ten bal, jak już, to w tej czarnej sukni, tak jak wybrała! A Marianna obstalowała jej tę pąsową suknię, cudo, po prostu marzenie! Jej ulubiony kolor! Tak pięknie będzie współgrała ta suknia z jej cerą i włosami! Do tego te róże… nie, nie, absolutnie nie może jej założyć! Założy czarną. Przecież to miał być symbol jej pamięci o Robercie! Powie Mariannie, co sądzi o jej pomyśle!

Po dwóch godzinach takich rozmyślań wróciła do swojego apartamentu, ale niani tam  nie było i Laura straciła impet. Nie było jej także ani na obiedzie, ani  na spacerze. Starsza pani zniknęła, cóż, może w ogóle się dziś  nie pojawi?

Laura wobec tego będzie musiała sama przygotować się do tego balu, a może            w ogóle nie pójdzie? Ale tak  naprawdę tak bardzo zapragnęła pójść, pokazać się tam choć  na chwilę i to w tej drugiej sukni!…

Dziewczyna nie poszła na poobiedni spacer po plaży, zamiast tego postanowiła się zdrzemnąć. Kiedy się przebudziła i otworzyła oczy niania siedziała w fotelu przy łóżku, jak niegdyś. Laura poczuła wzruszenie i wyrzuty sumienia – Jak mogła tak się  na nią złościć? Tak, starsza pani  miała rację, czas powoli wychodzić z żałoby. Wyszła z łóżka i uścisnęła nianię mocno.

– Marianno, dziękuję ci za wszystko! Również… za tę suknię!

Starsza Pani uśmiechnęła się ciepło i ponagliła ją tylko.

Po godzinie Laura była gotowa. Wyglądała olśniewająco! Kasztanowe włosy miała wysoko upięte w kok, kilka niesfornych loków opadało jej  na twarz i kark. Pąsowa suknia miękko współgrała z lekko tylko ozłoconą słońcem skórą, wspaniale opinała piersi i talię subtelnie je podkreślając i miękko opływała biodra, a rozszerzająca się spódnica falowała przy każdym kroku, sprawiając wrażenie, jakby dziewczyna nie szła, lecz płynęła. Po tak długim okresie żałoby, Laura rozkwitła, jak róża.

Przyjęcie rozpoczęło się już jakiś czas temu i zabawa trwała w najlepsze, kiedy Laura zeszła na dół. Poczuła się oszołomiona gwarem, muzyką, blaskiem świateł! Weszła w tłum rozbawionych ludzi i poczuła się, jak Alicja w Krainie Czarów – nie na miejscu. Chciała uciec, ale co i rusz ktoś ją to zagadywał, to prosił do tańca, a ona niezdolna była się sprzeciwić, zaprotestować, odwykła od kurtuazyjnych rozmów dawała się w nie wciągać, choć jej interlokutorzy nie zauważali, że nie uczestniczy ona w pełni w rozmowach, że nie nadąża za nimi, nie śmieje się tak wariacko, jak oni, właściwie tylko się nieśmiało uśmiecha czasem, spłoszona. W końcu, zmęczona gwarem i udawaniem, postanowiła wrócić do pokoju. Wcześniej wyszła jeszcze na chwilę  na taras, by odetchnąć wieczornym, czystym powietrzem.

Niedawna krótka burza, która narobiła wśród gości  na przyjęciu pewnego zamieszania, pozostawiła w powietrzu świeżość, wyraźnie wyczuwalny zapach ozonu. Taras był teraz pusty, pomimo, że wieczór ciepły, a deszcz, a właściwie krótka ulewa była już tylko wspomnieniem.  Laura przystanęła przy balustradzie, oparła dłonie o wilgotne jeszcze drewno i zaczęła wpatrywać się w morze.  Słońce dopiero znikało za widnokręgiem, przebłyskując zza chmur, które, jak to zwykle o zachodzie bywa rozstępowały się, by słońce mogło ucałować Ziemię na dobranoc. Nagle jej rozmyślania przerwał ciepły, męski głos:

– Pani również tu nie pasuje, prawda?

Drgnęła. Nigdy nie słyszała tego głosu. Podobał się jej, wzbudzał zaufanie. Mężczyzna ciągnął dalej:

– To takie krępujące uczestniczyć w tych wszystkich płytkich rozmowach z ludźmi, których się właściwie nie zna, uśmiechać się uprzejmie i tylko czekać, aż sobie pójdą. Jestem Aleksander W… pani Lauro, cieszę się, że wreszcie osobiście panią poznałem!

Oszołomiona Laura podała mu rękę… tak, słyszała o nim, wie kim jest, ale… skąd on wiedział, kim ona jest?

– Zastanawia się Pani, skąd znam jej imię? – ruchem  ręki przywołał  na czekającego  na to skinienie kamerdynera, który w tej samej chwili stanął przy nich z tacą i szampanem – Od kilku tygodni mieszkam tu, w tym hotelu, nawet na tym samym piętrze, co pani, nie wiedziała pani, prawda? – Laura bez słowa przyjęła kieliszek musującego napoju i uważnie słuchała mężczyzny, jednocześnie usilnie próbowała przypomnieć sobie, czy wcześniej go spotkała, ale nie, nie przypominała sobie jego twarzy. – Proszę się nie martwić, nie widziała mnie pani. Prowadzę raczej samotniczy tryb życia i unikam towarzystwa. A pani… pani również, jak zauważyłem! Obserwowałem panią. Proszę mi to wybaczyć! – szybko dodał, gdy ujrzał błysk oburzenia w jej oczach. – Ale pani jest… pani jest taka inna! Inna, niż wszyscy ludzie tutaj! – zatoczył ramieniem krąg – Pani jest, jak piękna, samotna róża, róża, która potrzebuje słońca, wody i ręki dobrego ogrodnika, który wie, że taki szlachetny kwiat potrzebuje przestrzeni!…

Zawiesił na głos i przez chwilę patrzeli na siebie zmieszani. W końcu mężczyzna się odezwał:

– Pani Lauro, żadne z nas nie pasuje do tego przyjęcia, co pani powie na to, żebyśmy stąd uciekli i wybrali się  na spacer po plaży? Wiem, że pani to lubi… Będą  nam towarzyszyć kamerdyner, gdybyśmy czegoś potrzebowali i pani pokojowa, dla pani spokoju.

Podał jej ramię, a ona widząc uśmiech aprobaty  na twarzy Marianny, która nagle pojawiła się obok, jakby wyrosła spod ziemi, ujęła je i zeszli po drewnianych schodach na promenadę i zaraz na mokry piasek. Dziewczyna nie omieszkała posłać niani gromiącego spojrzenia, ale ta udawała, że nic nie widzi i o niczym nie wie. Laura przebrnęła przez piasek kilka kroków, aż w końcu przeprosiła Aleksandra i  zdjęła pantofelki ze stóp. Poprosiła go, żeby się odwrócił i zdjęła również pończochy, które Marianna natychmiast od niej zabrała

i schowała do kieszeni swojego białego fartuszka służącej, a pantofle wzięła w dłonie.

Laura musiała przyznać, ze ten mężczyzna ją zaintrygował!  Był niewątpliwie niebanalnym człowiekiem. Spotkanie, najwyraźniej zaaranżowane (niania chyba musiała brać w tym spisku udział, ma minę, jak kot, który wypił całą śmietankę, udając, ze nie ma z tym nic wspólnego, choć wąsiki jeszcze umorusane – no, cóż… rozmówią się później… albo i nie?), sposób w jaki mówił i co mówił… spacerowali po plaży kilka godzin zatopieni w ożywionej rozmowie, Laura nawet czasem uśmiechała się radośnie… sama była zdziwiona łatwością, z jaką rozmawiali, ilością tematów, swoją własną śmiałością i spontanicznością. Aleksander wyzwalał w niej uczucia, o jakie już siebie nie podejrzewała, zadawał trudne pytania i pomagał jej uporać się

z emocjami, które nią targały, po czym wspaniale umiał rozbawić ją umiejętnie dobraną opowieścią, czy prostym żartem. Patrzeli  najpierw na pozostałości zachodu słońca, a potem już przy świetle księżyca przykrywającego się od czasu do czasu kołderką z chmur obserwowali w milczeniu odpływ, to było niezwykłe widowisko, zapierające dech

w piersiach, morze nagle znikało, zostawiając po sobie tylko ogromną połać mokrego błota. Leżeli  na piasku i pokazywali sobie gwiazdy. Rozmawiali o ulubionych książkach, wierszach,  o miejscach  na ziemi, które kochali. O ludziach, o swoich uczuciach, potrzebach, marzeniach. To było coś, za czym Laura tęskniła, czego było jej trzeba, coś, co wypełniało jej pierś ożywczym oddechem, serce nadzieją, a umysł mnóstwem pytań.  Nie nudziła się ani przez chwilę! Świt zastał ich zatopionych wciąż w rozmowie, na pustej, nie licząc drzemiących na piasku Marianny i kamerdynera, plaży. Cała czwórka zaskoczona została porannym deszczykiem. Aleksander zerwał się pierwszy i ze śmiechem, i niewiarygodnie głośnym śpiewem porwał Laurę do tańca! W pierwszej chwili zaskoczona, już w następnej poddała się jego mocnym i pewnym ramionom. Wirowali po mokrym piasku, on obejmował jej wiotką kibić, ona śmiała się z odchyloną do tyłu głową, uszczęśliwiona tą niezwykłą nocą, tą spontanicznością, jej suknia falowała wokół ich stóp, czuła się tak, jakby unosili się

w powietrzu! Czuła się wspaniale, kobieco, do tego nieziemsko szczęśliwa! Czuła, że mogłaby pokochać tego mężczyznę, który właśnie trzymał ja w ramionach, a może właściwie… już go kochała? Jego, Aleksandra, mężczyznę tak mądrego i dowcipnego, tak różnego od innych. Myślała dotąd, że to niemożliwe, a jednak… a jednak ten mężczyzna ją zauroczył! Był wspaniały! Poczuła przy nim, że jest kobietą, podziwianą nie tylko za urodę, ale również  za temperament, poczucie humoru, wiedzę i charakter. Dała się uwieść jego czarowi i czarowi tej niezwykłej nocy, nie bacząc na to, co będzie potem. W tym momencie nic nie było dla niej ważne, poddała się mu, upajała się nim – jaśniejącym z każdą chwilą niebem, śpiewem Aleksandra, swoim własnym śmiechem i szalonym tańcem po mokrym piasku, wirowaniem, wirowaniem… jakby życie miało się za chwilę skończyć! Albo zacząć!…

Ostatni goście balu pożegnalnego ze zdziwieniem obserwowali z tarasu hotelowego tę dziwną parę wakacyjnych odludków elegancko ubranych, dziko tańczących po plaży… Ona bosa, w pąsowej balowej sukni, on w smokingu i lakierkach – oboje zatopieni w tańcu, wpatrzeni w siebie nawzajem, zdawali się świata poza sobą nie widzieć i tylko ich zbudzeni ze snu nagłym deszczykiem służący próbowali dobiec do nich z parasolami, ale młodzi zupełnie nie zwracali na nich uwagi. Słychać też było ich radosne głosy.

Na drugi dzień nikt ich nie widział już w hotelu, oboje wyjechali w pośpiechu wczesnym porankiem, czym wywołali burzę plotek i domysłów, jedynie przysłano potem po ich bagaże.

Jednak widok tych dwojga był tak ujmujący, że jeszcze długo potem opowiadano

w tym kurorcie miłosną historię pięknej i smutnej Laury oraz przystojnego, bogatego Aleksandra, a także o tym, jak tańczyli o brzasku  na plaży. Nawet oni słyszeli czasem  tę historię, gdy po II wojnie, która wybuchła kilka dni po tym, jak się poznali zaczęli przyjeżdżać tu na wypoczynek z rodziną. Uśmiechali się tylko do siebie, szczęśliwi, ze mieli siebie nadal, pomimo trudów wojny, w czasie której oboje angażowali i swoje pieniądze, i ryzykowali życiem.

Oboje już dawno nie żyją, ale w tym znanym angielskim kurorcie ich legenda jest ciągle żywa, a ten, kto będzie miał szczęście, może po letniej burzy o brzasku, tuż przed przypływem,  zobaczyć na plaży wciąż tańczące tam duchy tych dwojga młodych ludzi

i biegających wokół nerwowo niemłodą już służącą oraz starego, chudego i wysokiego kamerdynera w meloniku. Ta osoba, która usłyszy śpiew Aleksandra i śmiech Laury, na pewno spotka wkrótce swoją drugą połowę, miłość swojego życia, miłość spełnioną

i szczęśliwą.

Dlatego tyle ludzi można spotkać na tamtejszej plaży każdego świtu – mają nadzieję, spotkać swoją miłość, za którą każdy przecież tęskni. Kto wie, ile par złączyli Laura i Aleksander? Par, które, co prawda, nie ujrzały ich duchów, ale spotkały się  na plaży z nadzieją

w romantycznych sercach…

Koniec

Magdalena Pfeifer

Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.