Mam nadzieję, że będzie to miła niespodzianka, szczególnie dla miłośników astrologii – gdyż z okazji Równonocy Wiosennej (czyli wejścia Słońca do znaku Barana inicjującego nowy cykl zodiakalny – jutro wieczorem) oraz pełni Księżyca w Wadze (której kulminacja jest w nocy z 20 na 21 marca) zapoczątkowuję cykl beletrystycznej opowieści w odcinkach ”Zodiak w alkowie”.Miała ukazać się w druku, ale coś się omsknęło, więc zdecydowałam pokazać ją tutaj.
Składają się na nią 24 gustowne akwarelowe akty przedstawiające personifikacje znaków zodiaku obu płci oraz 12 esejów – po jednym o każdym ze znaków. Czytelnik staje się gościem archetypowych znaków, słuchaczem i obserwatorem – postaci opowiadają o sobie, każda swoim językiem i słownictwem, kładąc nacisk na najważniejsze dla siebie, jako dla archetypu kwestie, między innymi intymne i przedstawiając swój archetypowy charakter. Eseje są lekkie w odbiorze, momentami zabawne. Są wplecione w historię…. Nic więcej nie zdradzę.
Odcinki będą pojawiały się na blogu raz w miesiącu – w dniach wejścia Słońca do danego znaku, czyli przejścia jednego znaku w kolejny – przez cały cykl zodiakalny, czyli 12 miesięcy. Mam nadzieję, że lektura okaże się dla Państwa zajmująca, a ilustracje będą cieszyły oko
Moje powieści o znakach oparte są na archetypach i nie zawierają wszystkich aspektów danego znaku, lecz tylko ich część – na potrzeby tej publikacji. Wobec tego postaci mogą się wydawać przejaskrawione. Cechy archetypowe znaku mogą się przejawiać pozytywnie i negatywnie, zależy od tego, jak zostaną wykorzystane. Nie należy odczytywać ich dosłownie przykładając do siebie i na przykład się obruszać – ja taka/taki nie jestem! To nieprawda! Jestem Baranem, więc muszę być chamski – możesz być, owszem, ale możesz być po prostu bardzo bezpośrednią osobą, mieć wolę walki, lubić krótkie i szybkie akcje. Szybko się zapalać do czegoś i równie szybko gasić, tzn. nie mieć umiejętności pociągnięcia np. projektu – Barany bywają bardzo dobre w rozpoczynaniu spraw, nadawaniu im biegu, życia, iskry – a kiedy ogień jest rozpalony, już ktoś inny powinien się nim zająć, natomiast Baran powinien ruszyć do kolejnej akcji. Bo Baran działa akcyjnie. Szybko, krótko, nagle. Na tym polega m.in. zrozumienie astrologii – że każdy znak ma inne zadanie i inaczej się przejawia, a my ludzie mamy pewne określone cechy z każdego znaku w różnych proporcjach i różnie się one przejawiają. I tak, jeśli jesteś spod znaku Barana – nie znaczy, że jesteś nieokrzesanym mięśniakiem – możesz być bardzo kulturalnym człowiekiem, lubiącym wysiłek, sport, człowiekiem, który mówi wprost, to co myśli (bezpośredniość, bywa czasem brutalna – czyli baraniasta – dla wrażliwszych osób), człowiekiem, który woli działać, niż się zastanawiać – co przynosi różne skutki, bo to może oznaczać porywczość a dla niektórych bezmyślność. Człowiekiem, który woli doświadczać (co oznacza, że może oberwać od życia w skórę) niż teoretyzować. Nie boi się tych razów od życia, radzi sobie z nimi. Każdy z nas ma takie cechy w jakiejś kwestii.
Pamiętaj drogi czytelniku – nie przykładaj tych historii bezpośrednio do siebie – cechy ich postaci przejawiają się w Tobie w taki sposób, w jaki są wymieszane.
Na koniec jednak przewrotnie zapytam – a może masz je w sobie, tylko ich nie chcesz widzieć? 😉
Zastanawiam się też ile z siebie – niezależnie czy jesteś kobietą, czy meżczyzną – odnajdziesz w głównej bohaterce opowieści?
Zapraszam do czytania. Na początek:
KORA
– Rety, co za dzień! Jak dobrze być już w domu…
Oparłam się o z hukiem zatrzaśnięte drzwi, torebkę i neseser upuściłam na podłogę. Stałam tam zmarznięta i rozdygotana dłuższą chwilę, jak ktoś, kto uciekł właśnie prześladowcy. Byłam zbyt zmęczona, żeby się ruszyć. Właściwie uciekłam temu tyranowi, jakim jest nim mój szef. Bezwzględny sadysta, typ bez uczuć, wyrachowany gad. Zabija nas wszystkich powoli, codziennie coraz bardziej zaciska pętlę na naszych szyjach, wykańcza nas powoli, sprawdzając ile sobie jeszcze pozwolimy. Ile ja wytrzymam.
Rozpłakałam się. „Nie dam rady już tak dłużej, po prostu nie dam rady…” – myślałam chowając twarz w dłoniach. Spojrzałam w lustro. Spod rozmazanych resztek makijażu spoglądały na mnie obce oczy. Jakby nie moje. I nie moja twarz. Dłuższą chwilę przyglądałam się tej kobiecie w lustrze, ubranej, czy raczej przebranej w elegancki kostium, gładko uczesanej w kok, a ona spoglądała na mnie. Nie, zdecydowanie, praca w korpo nie jest dla mnie. Gdzie podziała się ta niegdyś tak wesoła dziewczyna, gdzie burza włosów i roziskrzone oczy? Teraz… krytycznie przyjrzałam się ściągniętej ze smutku i zmęczenia, poszarzałej twarzy i smutnym, podkrążonym oczom.
Wreszcie oderwałam się ciężkim ruchem od drzwi. Zrzuciłam przemoczone buty, płaszcz rozwiesiłam na wieszaku, żeby się nie pogniótł – zapłaciłam za niego pół pensji, praca i zarobki zobowiązują, muszę „wyglądać” – ale czy jest tego wart? Czy te ciuchy, to wszystko, na co mogę sobie teraz pozwolić jest warte tej ceny jaką płacę? Waluta jest cenna – to moje życie. Weszłam do kuchni, wymacałam kontakt i zapaliłam światło. Nalałam wodę do czajnika i włączyłam go. Wyjęłam puszkę z herbatą – otworzyłam ją, lekko nią wstrząsając, żeby wydobyć aromat liści– wciągnęłam go głęboko w nozdrza. Uwielbiam ją! Poczułam, jak zapach delikatnie rozpływa mi się po duszy. Tak, pachnie i smakuje wybitnie, przywiozłam ją z którejś z podróży służbowych. Jedno co dobre – mogę sobie pojeździć i przywozić ulubione produkty. Pod warunkiem, że mam czas na zakupy, a to też właściwie rzadkość. Zazwyczaj mam niewiele czasu na jakiekolwiek zwiedzanie. Wsłuchując się w szum gotującej się wody przygotowywałam napar i rozmyślałam. Krzątałam się po kuchni, zajrzałam do lodówki w nadziei, że może w jakimś jej kątku zapodziało się coś do jedzenia…. Ale nie. Puchy. Pokręciłam głową i ciężko westchnęłam. Ta kanalia znów mnie przetrzymała do późna. Standard. Miałam nadzieję kupić coś w drodze do domu, ale okazało się, że wszystkie sklepy są już pozamykane, a ten nocny, który jest w pobliżu akurat miał przerwę. Stałam przed otwartą na oścież lodówką i gapiłam się na puste półki. Naprawdę – jak pech to pech. Dobrze, że jutro jest niedziela, nie będę musiała iść do biura. Muszę przewietrzyć głowę, jakoś się zresetować, bo zwariuję! Może trochę posprzątam, zrobię jakieś zakupy. A może Wszechświat chce mi coś pokazać? Może rzuca mi tyle kłód pod nogi, żeby mnie obudzić? Na przykład dzisiejszy dzień: wszystko przygotowane jak trzeba, zapięte na ostatni guzik, a szef w ostatniej chwili pozmieniał parametry. Oczywiście, że cały plan się posypał! Następowała katastrofa za katastrofą! Zdezorientowani i wściekli klienci wydzwaniali z pretensjami, oczywiście nie szef obrywał, tylko ja, przecież pan i władca nie wziął ani pół grama odpowiedzialności na siebie! Współpracownicy się odsunęli, nie chcieli dać się w tym umoczyć. Rozumiem ich i nawet nie mam pretensji. Do tego padł system w komputerze, wszystkie dane szlag trafił… Odzyskanie tego to mistrzostwo świata, na szczęście informatyk się nade mną ulitował i pomógł, gdyby nie on, już chyba bym nie miała pracy. Co z tego, jak szef i tak mnie zrugał? Zrobił taką karczemną awanturę, jakby to była moja wina! A przecież sam dał mi zainfekowany pendrive, nie jestem przecież duchem świętym, żeby wiedzieć, że na nośniku był wirus! Zresztą nie zdziwiłabym się, gdyby zrobił to specjalnie.
Znów się rozpłakałam. Czułam w sobie i wokół siebie potężną, bardzo gęstą ciemność, przygniatała mnie swoim nieziemskim ciężarem – jednak teraz tama puściła i wszystko się ze mnie zaczęło wylewać. Miałam wrażenie jakby z każdą łzą, z każdym szlochem robiło się coraz jaśniej wokół mnie, czułam jak uwalnia się coś we mnie. Usłyszałam, że woda się zagotowała, zamknęłam więc zrezygnowana powietrze w lodówce i poczłapałam w stronę czajnika, żeby zalać herbatę. Będzie się zaparzać, a ja przez ten czas wezmę prysznic. Akurat będzie w sam raz do picia, kiedy wyjdę z łazienki.
Poszłam do tej mojej wypieszczonej świątyni dumania i oczyszczania, odkręciłam wodę w prysznicu, żeby zimna spłynęła i rozebrałam się. Zostawiłam pomięte ubrania rozrzucone na podłodze. Weszłam do kabiny pod ciepły strumień, który niemal natychmiast zadziałał na mnie kojąco i regenerująco. Czułam, jak krople delikatnie uderzają mnie w głowę i plecy, spływają po ramionach, lędźwiach, jak masują moją skórę i mięśnie, jak ściągają ze mnie zmęczenie – tę energię rozpaczy, poczucia przytłoczenia i porażki. Znów płakałam. Bardzo, bardzo mocno. Oczyszczałam duszę i ciało. Jak kiedyś. Tak, niegdyś żyłam bardziej w zgodzie z sobą. Miałam tyle pasji! Sama byłam pasją! Co się ze mną stało? Czy mogę to jeszcze zmienić? Na chwilę oddałam się wspomnieniom, jednak otrząsnęłam się z nich. Czy to coś da, takie rozpamiętywanie? Tylko wzmaga żal i rozgoryczenie. Zakręciłam kurek i wytarłam się dokładnie, właściwie wyszorowałam ciało ręcznikiem, żeby pobudzić krążenie. Tak, chcę je czuć, chcę czuć, że żyję! Kąpiel i wypłakanie znacznie poprawiły mój nastrój. Poczułam się dużo lżejsza, a i świat wydał się inny. Zawinęłam się w mój kochany, długi, puchaty szlafrok i poczłapałam do kuchni po herbatę. Oczywiście zdążyła całkiem wystygnąć, w końcu spędziłam w łazience więcej czasu niż planowałam, smutek i depresja zwolniły mi ruchy. Wylałam ją do zlewu i ponownie zagotowałam wodę. Zrobiłam nowy napar, wzięłam kubek i skierowałam się do pokoju. Właściwie poczłapałam. Szurałam nogami, nie miałam siły ich podnieść. Czułam się jak stara kobieta – jak to możliwe?! Przez chwilę postałam w ciemności, po czym zapaliłam lamkę przy ulubionym fotelu i odstawiłam kubek. Rozejrzałam się wokół, szukając koca i oceniając wielkość bałaganu, którego nie mam czasu posprzątać od… nie wiem kiedy. To mieszkanie to sypialnia. Tylko i aż w mojej sytuacji. Owszem, wygodna i przytulna, lecz nie mam czasu z niej korzystać w pełni. Westchnęłam. Wygrzebałam koc spod stosu prania rzuconego na tapczan. Jak dawno nie miałam czasu, żeby tak zwyczajnie posiedzieć w domu! Książki nie miałam w ręku… nawet nie pamiętam kiedy ostatnio coś czytałam! Ciągle tylko praca i praca! Telewizor nie jest podłączony do kablówki, więc nic nie obejrzę, używam tylko internetu, żeby w weekendy móc pracować w domu. Hm, może bym coś obejrzała w komputerze? Nie mam jednak pomysłu co. Czuję się fatalnie – jakby mi wycięto mózg. „Nie mam potrzeb, nie mam życzeń. Czarna dziura.” – pomyślałam. Znów pokręciłam głową i westchnęłam ciężko. „Kobieto, chyba czas zrobić coś ze swoim życiem. Najwyższy czas, bo długo tak nie pociągniesz – mówiłam w myślach do siebie. – Nie masz rodziny, nawet kota nie masz. A lata lecą. No, nawet niech lecą, ale przynajmniej tego kota mogłabyś mieć. Byłoby do kogo się przytulić. A tak? Jesteś sama, samiuśka. Mógłby koić twoje skołatane nerwy swoim mruczeniem. Tak byłoby przyjemnie mieć teraz kota na kolanach, zanurzać palce w miękkim futerku i czuć się zwyczajnie bezpiecznie, prawda? No, tak, jesteś zbyt odpowiedzialna na to, żeby brać kota, bo siedziałby sam całymi dniami w domu, nie można skazywać zwierzaka na taki los przecież. To nieetyczne i nie Twoim stylu – karciłam się w myślach. – Chyba, że… a może by tak naprawdę rzucić pracę? Co mnie w niej trzyma? Mam trochę oszczędności, mogłabym jakiś czas przetrwać. Co najmniej kilka miesięcy. Może urodzi się przez ten czas jakiś plan B? I jakiś kociak może by się tu wprowadził?”. Myśl o kociaku sprawiła, że się nieco uśmiechnęłam, bo dostrzegłam w niej miłą dwuznaczność. Tak. Mężczyzną do rzeczy też bym nie pogardziła.
Poczułam podekscytowanie i pewnego rodzaju rześkość. Przypływ energii – odebrałam to jako dobry sygnał. Usiadłam w tym hiper wygodnym, najpiękniejszym na świecie, wymarzonym fotelu, który kupiłam sobie rok temu na urodziny, by mieć gdzie wieczorami czytać książki. Siedziałam w nim dotychczas chyba dwa razy. Więcej nie miałam czasu i siły, bo zazwyczaj po powrocie z pracy siadałam do biurka, by jeszcze pracować, albo wlokłam się prosto do łóżka. Nie, czas to zmienić. Zdecydowanie!
Wprowadzam zmiany od tej chwili!
– Pierwsza – po to kupiłam fotel, by go używać. Od dziś będę w nim codziennie wypoczywać! Z tym mocnym postanowieniem podkurczyłam pod siebie nogi, usadowiłam się wygodnie i opatuliłam szczelnie pledem. Wzięłam kubek z herbatą w obie dłonie i spojrzałam w ciemność za oknem.
Co to za wspaniała chwila! Niezwykła! Czułam się, jakbym robiła coś szalonego, coś zakazanego, a jednak cudownego! Rozkoszowałam się tym nicnierobieniem i ciepłem kubka w dłoniach – pierwszy raz od dawna poczułam, że zadbałam o siebie i własne potrzeby. Cieszyłam się swoim komfortem – trochę wymuszenie, bo gdzieś w brzuchu czaił się niepokój, a jego wysłannicy, lękliwe myśli, czaiły się z tyłu głowy, ale przecież od czegoś trzeba zacząć. Jest bezpiecznie, ciepło. To ważne. Sącząc powoli herbatę analizowałam swój dzień, tak podobny w sumie do innych, ale nie rozczulałam się już nad sobą. Powzięłam przecież postanowienie. Coś mi dziś kliknęło w umyśle, jakaś część duszy wołała, że to ostatnia chwila na to, żeby się uratować, zanim zamarznie na dobre. Trzeba iść za tym wołaniem. Nie wiedziałam jeszcze co mogłabym robić w zamian, ale trzeba opuścić korpo. I to już. Podoba mi się siedzenie wieczorem w fotelu, w końcu po to go kupiłam. Pracując tu gdzie teraz mam małe szanse na korzystanie z niego. Po raz pierwszy tego dnia uśmiechnęłam się. Zrobiło mi się przyjemnie, koc grzał mnie z zewnątrz, ciepły płyn rozchodził się po organizmie i rozgrzewał mnie od wewnątrz, z każdą chwilą czułam coraz większą błogość. Wciąż rozważałam porzucenie pracy i doszłam do wniosku, że świat mi się przecież nie zawali. „Co mogłoby się stać gorszego, niż dzieje się teraz? – myślałam – Tkwię po uszy w bagnie. Każdy ruch coraz bardziej mnie w nim pogrąża. Trzeba się z niego wydostać!”.
Odstawiłam pusty już kubek i mój wzrok padł na książkę leżącą na stoliku. Ależ na niej kurzu, zresztą na stoliku wcale nie jest lepiej! Wzięłam ją do ręki, strzepnęłam pył. Wiązała się z nią dziwna historia. Któregoś wieczora po pracy wstąpiłam do osiedlowego spożywczaka, o dziwo zdążyłam! W kolejce do kasy stała przede mną pani mniej więcej w moim wieku, ale co to za kobieta była! Niesamowicie kolorowa! Wspaniałe włosy miała częściowo upięte w fantazyjną fryzurę, część natomiast swobodnie spływała na plecy. We włosach miała kwiat, na ramionach barwny szal. Ubrana była w płaszczyk uszyty jakby z kolorowych ścinków i długą amarantową spódnicę. Przez ramię przewiesiła wielgachną torbę w indyjskim stylu. Pomieszanie i nadmiar kolorów, ale jakoś to wszystko do niej pasowało i świetnie współgrało. Jej styl wyraźnie przekazywał informację o wielkiej energii i indywidualności. Widać było, że to szczęśliwa kobieta była. Na pewno nie pracowała w żadnej korporacji! Odwróciła się w moją stronę, popatrzyła na mnie uważnie i uśmiechnęła serdecznie. Zrobiła to w taki specjalny sposób, jakbyśmy się znały i jakby mi przekazywała jakąś tajemnicę. To było porozumienie. Poczułam się tak, jakby mnie otoczyła kokonem ciepła. Zobaczyłam w niej cząstkę siebie, zapragnęłam wtedy być nią. Miała niesamowite oczy – wiedziałam, że widzi mnie na wskroś. Zapłaciła, spakowała swoje zakupy i już miała odchodzić, kiedy otworzyła tę swoją przepastną torbę, wyjęła z niej książkę i podała mi z tym swoim pięknym uśmiechem mówiąc – „Przepraszam, zapomniałabym! Chciałabym oddać pani jej własność. Dziękuję! Mam nadzieję, że nie zapomni pani się nią cieszyć tak, jak ja się cieszyłam! I skorzysta tak bardzo, jak ja!”. Podkreśliła słowa „nie zapomni pani”. Dziwne. Ponieważ byłam zaskoczona, nie zareagowałam, więc kobieta po prostu wzięła moją dłoń (przeszedł mnie dreszcz!), włożyła do niej książkę, odwróciła się i wyszła szeleszcząc spódnicą. Spojrzałam na tę książkę zdumiona, bo przecież nie była moja i wybiegłam ze sklepu, żeby ją oddać, ale kobiety już nigdzie nie było. Jakby się rozpłynęła. Wróciłam do kasy. Zaczęłam wypytywać kasjerkę o tę tajemniczą osobę, jest tak wyrazista, że łatwo ją zapamiętać. Niestety niczego się nie dowiedziałam. Ta pani podobno nigdy wcześniej tu nie była. Miałam przejrzeć książkę po powrocie do domu, ale oczywiście w chwili, kiedy zamierzałam usiąść w fotelu zadzwonił szef i musiałam wracać do biura mimo późnej pory. Tak jak ją zostawiłam na stoliku, tak leżała to tej chwili.
Skoro nie miałam wtedy czasu jej przejrzeć, postanowiłam skorzystać i zrobić to teraz. Byłam jej bardzo ciekawa. Przytrzymałam tomik w dłoniach, jakby ważąc go. Nie miał okładki ani strony tytułowej, miał natomiast stronę z dedykacją:
„Kto często patrzy w gwiazdy rozumie prawa rządzące Naturą”.
A pod spodem ręczny dopisek:
„Koro, patrz w gwiazdy i podążaj za ich światłem i wskazaniami, a drogi Twego życia wyprostują się. Dzięki temu będziesz też mogła pomagać nie tylko sobie, ale też wskazywać kierunek innym. Ufaj! Pamiętaj: po nocy przychodzi dzień, a po zimie wiosna. Tak jak ziemia się odradza, kiedy mitologiczna Kora wychodzi z Hadesu, tak i Twoje życie może rozkwitnąć!”.
„Skąd ta kobieta wiedziała, jak mam na imię?! Przecież nie jest ono zbyt popularne, właściwie bardzo rzadkie! Taki dziwny zbieg okoliczności? Kim ona jest? Czy ona mnie znała? Skąd? Może mnie z kimś pomyliła? Zachowywała się, jakby tak… i to absurdalne twierdzenie, że książka jest moja i pożyczyła ją ode mnie! I jak ona wtedy mogła się tak rozpłynąć w powietrzu, przecież niemożliwe jest, żeby tak zniknąć!” – zastanawiałam się gorączkowo nad tamtą sytuacją, pytania kotłowały mi się w głowie, niestety nie znalazłam żadnego sensownego wyjaśnienia. „A książka nie jest stara, jest tylko nieco zniszczona od używania, właściwie brak jej tylko okładki, więc nie jest to jakaś dawna dedykacja. Taki zbieg okoliczności? Dziwne. A nawet niemożliwe”.
Pomyślałam że jutro podejdę do tego sklepu i wypytam personel, czy może ta osoba pojawia się tu jeszcze. To, co zrobiła, jej słowa – to wszystko było bardzo, bardzo zastanawiające. „A właściwie o czym jest ta książka? Nie ma tytułu, ani autora, szkoda. Cóż właściwie szkodzi mi ją przeczytać?” – przekonywałam siebie. Najpierw przewertowałam tomik otwierając go na chybił trafił, żeby się zorientować w treści. Znalazłam tam opisy znaków zodiaku, jakieś koła czy wykresy zwane mandalami. Hmmm… wygląda to ciekawie, nie jest to chyba stek gazetowych bzdur, tylko wygląda na całkiem sensowne, żeby nie powiedzieć naukowe opracowanie.
Zawartość książki zainteresowała mnie na tyle, że postanowiłam wgłębić się w treść. Zaczęłam czytać od początku. Ani się spostrzegłam, a pochłaniałam zdania jak odkurzacz. Zmęczenie ustąpiło zaciekawieniu.
W pewnej chwili usłyszałam męski chropawy głos:
c.d.n.
Magdalena Pfeifer
Jeśli jesteś miłośnikiem astrologii i pragniesz mieć swój astrologiczny portret w postaci AstroMandali – skontaktuj się ze mną. O tym, czym jest AstroMandala i jak ją zamówić dowiesz się tutaj.
Chętnie namaluje też dla Ciebie Anioła Duszy, Mandalę Duszy (lub z dowolną intencją), Twoje zwierzę Mocy lub Twój Znak Zodiaku. Podejmę sie również wykonania ilustracji do Twojej publikacji lub strony internetowej/bloga.
Serdecznie zapraszam!